praca

piątek, 02 listopada 2007
Na wieczory takie jak dzisiejszy, kiedy to z pracy wraca się o 20.45 po tym jak szef powiedział, że powinnam być dumna ze swoich osiągnięć zawodowych (jakby to było tak naprawdę coś warte)  proponuję (sama sobie) filmik The Wendell Baker Story i butelkę wina z Chile. 
Jak to dobrze, że faceci lubią gotować obiady (a właściwie kolacje)...
03:07, hjuston , praca
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 lipca 2007
Trochę więcej ostatnio pracuję.
Chinka czikulinka zwalnia się, bo okazało się że z małym dzieckiem nie da rady pracować i dojeżdżać. Ja teoretycznie mam niby dostać jakiś tam awans. Niestety nie jest mi to na rękę, bo przecież od ponad pół roku marzę aby się zwolnić z tej firmy. Teraz raczej chyba się nie zwolnię bo posadka interesująca. No ale o tym kiedy indziej. Może.
W każdym bądź razie szkole swój replacement i dłużej pracuję.
W związku z tematem linkuję tu dzisiaj coś na pocieszenie, a może raczej na śmiech przez łzy Demotivational Images. Tak wiem, że jest to stare, i na poprzednim blogu pisałam o tym już prawię dwa lata temu. Ale co z tego? Odgrzewane kotlety są też czasem dobre.
Motivational Posters są w Stanach bardzo popularne. Ja u siebie w biurze mam tylko jeden obraz. Dokładnie ten. Mam też jeszcze jeden, ale schowałam go za szafę. Jakaś taka zgniła sarna. (Dostałam w spadku po 100 letniej pani od safety, która już z nami nie pracuje). A reszta pracowników ma u siebie właśnie te niby motywujące. Teamwork, sukces i inne bi-esy.
A wy macie w pracy jakieś obrazy, albo zdjęcia? I czy takie obrazy motywujące są popularne w Polsce?







środa, 09 maja 2007
Po czterech latach pracy w Stanach mam w końcu biuro z oknem. Okno w biurze fajna sprawa. Przez trzy lata wpoprzendiej pracy nie mieliśmy w ogóle okien w budynku. Było tylko jedne kuloodporne i zakratowane. W kolejnej pracy tak jakoś wyszło, że przydzielono mi biuro z widokiem na parking (taki piętrowy)- więc to się nie liczy. Potem miałam biuro bez okna, a teraz w końcu mam zajebiście duże biuro z oknem i z widokiem. Co prawda z widokiem na autostradę, no ale zawsze to lepsze niż widok na korytarz. Słucham sobie właśnie Somewhere Over the Rainbow w wykonaniu Israela Kamakawiwo'ole , patrze na ten hajłej i nucę „what a wonderful karfa world”... A wy jak macie w biurach?
piątek, 20 kwietnia 2007
Dzisiaj piątek. Dżinsy, makijaż i idę do pracy. Już jestem trochę spóźniona, ale to co. Trudno się mówi. Weekend zapowiada się pod znakiem niezłego zapierdzielu. To znaczy sobota, bo w niedzielę jedziemy ze znajomymi na kanu. Nad rzekę.
A zapierdziel spowodowany jest pracą nad tą wystawą. Nie wiem czy wam już mówiłam, ale poszłam i zorganizowałam Menszowi wystawę. Uważam to za swego rodzaju osiągnięcie osobiste (bez względu na to czy się coś sprzeda czy nie sprzeda), bo jak już kiedyś wspominałam jeszcze niedawno znana byłam z tego, że do obcego człowieka i to w obcym kraju raczej się nie odezwałam. Wszędzie trzeba mnie było, że tak powiem- wypychać. Do tej pory na przykład nie gadam z ludźmi w samolocie. Tak więc poszłam, poprosiłam, podpisałam i teraz zapierdzielamy. Zostały jeszcze 2 tygodnie, a mamy dość sporo do zrobienia. Zamówiłam 20 ramek firmy HALBE. Niemiecka kurcze jakość. Właśnie skończyłam rozmawiać z jakąś kobietą z Bostonu, która to ma przysłać mi inne półprodukty...
Wieczory spędzam teraz z sąsiadką, która uczy mnie jak się "sprzedać". (To znaczy nie ja się "sprzedaję", ale Monsz). Gdzie się ogłaszać, gdzie wysyłać flajersy, ile czego drukować i tak dalej... Właściwie to muszę przyznać, że nawet nieźle się bawię, tym bardziej że pijemy na tych wieczorach winko .
Sporo czasu spędzam też na "modleniu się", żeby wszystko dobrze poszło. Bo wiadomo- ryzyko pójścia z torbami jest zawsze. Tak więc jeśli za kilka dni przestanę nadawać, oznaczać to będzie że odcięli nam Internet.
Życzę miłego weekendu.
środa, 18 kwietnia 2007
Ostatnio dość sporo czasu spędziłam z tak zwanym help deskiem.
Problem był następujący- używałam bazy danych w Accessie. Baza danych znajdowała się na nie moim dysku. Robiłam jakieś tam query i w tym czasie straciłam na chwilę połączenie sieciowe. Pojawił się error i od tego czasu nie mogłam już wejść do tej bazy danych. Szalenie interesujące, nieprawda?
Z reguły staram się omijać help desk, bo bardzo często okazuje się, że mam do czynienia z helpless desk. Tak więc poczytałam trochę w Internecie i wzięłam sprawę w swoje ręce. Przyznam tu nieskromnie, że uważam się za osobę dość sprytną jeśli chodzi o współżycie z komputerami, tak więc moje próby przywrócenia bazy danych do życia nie polegały tylko na tak zwanym ?wyjściu i wejściu?. Nie jestem jakimś tam geekiem, ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o obeznanie z komputerami to jest ze mną całkiem nieźle.
Niestety, nie dałam rady. Nie mogłam zrobić kompaktu, nie mogłam użyć funkcji repair- generalnie sytuacja była przegrana. Musiałam zadzwonić do help desk-u i żebrać o pomoc. Chodziło o to, aby weszli w kopię serwera z dnia wcześniejszego, skopiowali moją bazę danych, usuneli tą zepsutą i wkleili tą starą. Takie tam zwykłe "cut and paste". Rozwiązanie wydawało mi się idealne, tym bardziej że nie musiałabym tracić czasu na odtwarzanie danych.
No więc mój romans z help desk-iem trwał jakieś trzy dni. Nasza firma jest mała. Help desk znajduje się w innym mieście. Panowie rzadko raczą odbierać telefon. Trzeba do nich wysłać mejla i czekać. Klasyka. W poprzedniej firmie znałam się z chłopakami z help desku więc wszystko miałam załatwiane od ręki. Tutaj jest inaczej. Trzeba błagać i czekać. Mamy tu jednego faceta na miejscu, ale nie zna się zbytnio prawdę mówiąc na niczym, więc nie można na niego liczyć. Trzeba słać mejle. No więc wysłałam mejla i czekam. Czekałam jeden dzień. Facet oddzwonił i pyta się mnie czy zrestartowałam komputer, bo czasem to pomaga. Nie żartuję. Takie mi zadał pytanie. Wytłumaczyłam co zrobiłam, podesłałam linki z instrukcjami z Internetu i zaproponowałam swoje rozwiązanie. Namyślali się dwa dni. Potem szukali backupu, a po kilku dniach stwierdzili, że ostatni backup tego dysku był zrobiony w 2005 roku i że w ogóle kto mnie podłączył do tego dysku, bo przecież nikt miał go już nie używać. A używam nie tylko ja.
Zakończyło się na tym, że dostałam email mniej więcej takiej treści- plik jest stracony, proszę użyć własnego backupu !@!#$^ lub zbudować bazę danych od nowa. Krew mnie zalała. (Może od tego poszła mi ta krew z nosa?). Zakończyło się na tym, że odtwarzam sobie powoli tą bazę danych. Zostały mi jeszcze 2 miesiące danych do władowania...
Całe to wydarzenie i dość spora ilość wolnego czasu w pracy spowodowana czekaniem rozpoczęła moje dyskusje z Brazylijczykiem na temat helpless desk-u. Kolega podsunął mi kilka skeczy z Saturday Night Live (Nick Burns, Your Company's Computer Guy). Skecze dotyczą oczywiście współpracy z help desk-iem. Polecam.
Odkryłam też kolejna perełkę (Niezły refleks). The IT Crowd. Widział ktoś? U nas nie ma. Podobno w Polsce też już jest. Pod tytułem Technicy Magicy. Podobno lepsze niż the Office (gra zresztą ta sama ekipa). Tu można sobie zobaczyć kawałek. A tu w ogóle cały odcinek.
A wy jakie macie doświadczenia z tech support?
poniedziałek, 19 marca 2007

Tydzień zapowiada się dość gorąco. Głównie ze względu na to, że mam niezły zapierdziel papierkowy. W życiu prywatnym znaczy się. Rozliczyłam podatki. Wypełniłam zaległe papiery do immigration, no i zakładam działalność gospodarczą. Złożyłam więc podanie o numer podatkowy, idę do County Clerk’a zarejestrować business i zaczynam się już martwić i trząść jak w następnym roku będę się musiała rozliczać. Wczorajsze popołudnie spędziłam na tworzeniu kont i generalnie na ustawianiu programu do księgowości. Vendors, customers, inventory itd. ... Całe szczęście, że się trochę tej księgowości liznęło w pracy, bo inaczej to osiwieć można by było. To znaczy i tak można. Dzisiejszy wieczór spędzam na wykładzie na podobny temat właśnie. Tak więc jeśli ktoś kiedyś chciałby otworzyć jakiś tam biznesik to chętnie podzielę się „linkami z ulubionych”. Oczywiście „co stan to obyczaj” i niektóre rzeczy są inne, ale podstawy są wszędzie takie same.

wtorek, 23 stycznia 2007
Różne zakłady pracy mają różne benefity dla swoich pracowników. Monsz mi ostatnio powiedział, że jego firma zakupiła na jego piętro iJoy dla pracowników. Jak się człowiek zmęczy, to może się zapisać na 15 minut reraksu na takim właśnie fotelu. Razem z kolegą postanowili, że któregoś wieczoru muszą się zakraść i zaciągnąć ten fotel do swojego biura, postawić za biurko i udawać, że nic się nie stało. (Oczywiście należy zamykać drzwi na klucz, żeby ktoś inny nie wpadł na podobny pomysł). Pomimo tego, że podoba mi się ten pomysł i pewnie nawet trochę zazdroszczę, bo w mojej pracy to niedługo będziemy musieli zacząć przynosić własny papier toaletowy, uważam że jest to pewnego rodzaju kuriozum. No ale nie o takich kuriozach słyszy się od znajomych z Polski.
U mojej siorki w pracy (na uniwerku) maja inny reraks. Otóż codziennie przysyłane jest do wszystkich pracowników pytanie. Emailem. Kto zgadnie odpowiedź jako pierwszy dostaje za darmo lunch. Całkiem fajny pomysł.
Pytanai są różne. Będziemy co ciekawsze umieszczać na tym blogusiu (bo oczywiście siostra codziennie mi te pytania przysyła).
Dzisiejsze pytanie brzmiało: In a diner when a waitress calls out "drag one through Georgia," what is she calling for? No więc chodzi o kolę z syropem czekoladowym. Pytanie to skłoniło mnie do dyskusji z moją siorką w godzinach pracy na temat "Kulinarne dziwolągi, czyli nieapetyczne kombinacje". Tak więc siedziałyśmy sobie, co prawda nie na ijoy-ach i wymieniłyśmy kilka nieapetycznych emaili.
Jak dla mnie szczytem jest root beer float. Czyli gałka lodów waniliowych w szklance root beer. Można też zrobić to z kolą. Cena takiego drinku to około $5. Wspomnieć też należy o plackach z gałką słonego masła, czy też PBJ sandwich, czyli kanapce z masłem orzechowym i dżemem. A na nas krzywo się patrzą jak jemy jajka z keczupem...
Miss.take wspomniał ostatnio o chili z bitą śmietaną. Mój Monsz je frytki z vinegretem. Do tego pije herbatę z mlekiem! Rok temu twierdził, że inaczej herbaty wypić się nie da. Ale zrobiłam mu raz z cytryną i miodem i bardzo mu smakowało.
Kto zna jakieś ciekawe dziwolągi kulinarne?
czwartek, 16 listopada 2006
Zen Garden, które wspomniałam w poprzednim poście jest rzeczywiście powalający. No ale jeśli ktoś chce być Feng Shui to może warto nabyć? Czytelniczka tego bloga- Thernity, jest w trakcie remontu. Jest bardzo zmęczona i wkurzona. Może powinniśmy się złożyć i jej taki ogród zakupić żeby się dziewczyna wyluzowała?
Niestety Zen Garden, jest tylko jedną z bzdur, których ostatnio doświadczyłam.
Otóż mamy co tydzień serię krótkich wykładów związanych z HR. Przez ostatnie 4 tygodnie słuchaliśmy krótkich wykładzików na temat Leadership. W związku ze zbliżającymi się świętami, wykłady były związane z Mikołajem.
Dzisiejszy temat: Słuchaj Elfów (bo dobrze ci radzą). Elfy podpowiadają Mikołajowi co ma zrobić, aby być dobrym szefem. Elfy napisały do niego list. Napisały go tak, aby szef mógł się domyśleć co ma zrobić aby jego pracownicy byli szczęśliwsi. List goes like this:
Dear Santa………
Thank you for being such a great boss.
  • We like it when you stop to chat with each of us to see how things are going,
  • It’s great when you ask us about the problems, challenges, and obstacles that we face in getting our job done
  • You really listen, showing that our feelings are important
  • We like it when you occasionally work next to us
  • We like when you ask us what you can do to make things easier and better for us and then you DO them
Thank you, Santa, for making the effort to see things through our eyes… for walking in these smaller, yet none-the-less important shoes. Your feet may not fit in them, but your heart does.
Signed…… The Elves


Kobieta która to czytała w ogóle się nie zająknęła. Nie lała. Była bardzo poważna. W końcu to poważny temat. Zastanawiam się tylko dlaczego jako metafory użyto Santę, a nie na przykład indyka?
(Pozdrawiam was z domu z lanczu- jem właśnie kanapkie z indykiem).

poniedziałek, 13 listopada 2006

Moje biuro znajduje się obok biura mojego szefa. Po drugiej stronie znajduje się pokój konferencyjny. W biurze siedzę sama. Tylko ja i mój ipod. Nie mamy okna i chyba od tego zaczynamy jeszcze bardziej ślepnąć. Na biurku dwa monitorki i se pracuję. Przynajmniej jestem w tym biurze sama. I tak jak siedzę sobie w tym biurze to na mojej godzinie 10 PM jest takie inne biuro, w którym siedzą pindzie. Trzy pindzie w biurze wielkości mojego. Amerykanki. No więc problem jest taki, że one strasznie bekają. Nie tak niewinnie. Tylko wiecie jak. No tak jak bekały chłopaki z ogólniaka jak się przed nami popisywali. Czasem potrafią się tak zbekać, że aż mi się zbiera ... Ostatnio zaczynam się tym tak przejmować, bo zależy mi na tym aby mój szef nie myślał sobie, że to ja. Bo to przecież nie ja. I teraz pytanie do was- czy należy interweniować czy też udawać, że się nie słyszy? Dodam, że tego nie da się nie usłyszeć bo się strasznie niesie po korytarzu.  Nie chcę wyjść na lalusia, ale z drugiej strony w końcu jesteśmy karfa w pracy...

niedziela, 15 października 2006
Są firmy bogate i biedne. W tych biedniejszych, takich jak moja nikomu nie przychodzi do głowy aby martwić się o ergonomię stanowiska pracy. Co prawda mam ergonomiczne krzesło- prawie, że wyżebrane- ale na tym się kończy. A zaczynam oddczuwać skutki długotrwałej pracy z klawiaturą. Lewy nadgarstek robi się tak jakby trochę słabszy (jestem praworęczna). Od dzieciństwa strzyka mi w kolanach, a teraz zaczęlo mi też strzykać w nadgarstku.
A wszystko przez ten durny Ctrl+G (go to visible only, albo go to blanks) i Ctrl + shift + * ( do zaznaczenia całej tabelki bez używania myszki). Używam skrótów. Niby używanie skrótów polecane jest dla tych, którzy za dużo używają myszki, i którzy obawiają się nabawienia RSI, ale w moim przypadku jest chyba odwrotnie.
Mój Monsz na przykład ma w pracy ergonomistę, który dwa razy w miesiacu przychodzi, sprawdza, doradza i przyjmuje zamówienia na nowe myszki, krzesła biurka itd. Niektórzy ludzie mają jakieś taki myszki nożne (bo muszą dużo klikać), a jeszcze inni podobno pracują na dwóch lub trzech myszkach (także na lewą rękę – jeśli jest się leworęcznym). Mają też zainstalowany jakiś taki program, który co 15 minut włącza się i wyskakuje na ekranie ludzik przypominający, że czas zrobić sobie przerwę, poruszać nadgarstkami, albo się przejść.
Ja takiego programu nie mam, ale mogę sobie na przykład nastawić powiadamiacz, żeby przypominał mi o tym samym. Co prawda nie będę miała ludzika, ale za to mogę sobie napisać „O Pani moja, najwspanialsza i najpiękniejsza- czas poruszać nadgarstkiem“.
Czy ktoś z was ma też problemy z początkami RSI? I jak sobie radzicie?
środa, 06 września 2006

Jeszcze może jeden wpisik na pocieszenie, żeby nie było tak grobowo. Otóż w czwartki mamy zawsze telekonferencję z innymi ludźmi z naszej firmy. Poruszamy na niej bardzo małe istatne tematy. Bo czymże jest na przykład sprawozdanie z książki pod tytułem „Who moved my cheese”, w porównaniu z powodzią w Indiach? Na tej konferencji jest zazwyczaj około 35 osób. Głównie faceci, bo ja w męskim biznesie pracuję. Obowiązują nas pewne zasady, jak na przykład włączenie opcji MUTE wtedy gdy się tylko słucha tego co mówią inni. No ale oczywiście nie wszyscy o tym pamietają.

Ostatnio podczas przemówienia pani dyrektor do spraw Safety usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Jak się okazało był to sikający do kibla z dość znacznej wysokości facet. Potem usłyszeliśmy spuszczenie wody i to by było na tyle.

22:29, hjuston , praca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 sierpnia 2006

Pisałam już chyba o tym, że moja firma jest tak biedna, że muszę wykrać serwetki w restauranach, bo w firmie nie mamy. Dzisiaj doszedł kolejny szczyt...

Moja firma jest tak biedna, że nie kupuje nam sztućców. Mieliśmy pudełko takich plastikowych, które kupiliśmy sobie sami. Skończyły nam się łyżki, i teraz muszę mieszać herbatę nożem...

środa, 05 lipca 2006
Przepraszam, że tyle to trwało. Ale jak już pisałam wcześniej byłam trochę zajęta oglądanie serialu Zagubieni, a także zajęłam się trochę nową kolarzówką.
Tak jak obiecałam dokańczam opowieść na żądanie. Dzisiaj będzie o białych kołnierzykach. O niebieskich kołnierzykach można przeczytać tutaj. Do czego oczywiście zachęcam.
Gdy skończyłam studia (w Polsce), znalazłam sobie pracę wśród białych kołnierzyków. Tu nastawienie do pracy było trochę inne, bo i ludzie trochę bardziej spanikowani. Przede wszystkim wiadomo było, że pracy należy się trzymać.  Nie tylko ze względu na to, że ładnie to wygląda na cv. Głównie dlatego, że ma się długi, a także na benefity, ubezpieczenia zdrowotne itepe. Ludzie, z którymi pracowałam w restauracji mieli jakieś tam życie po pracy. Podróżowali, spotykali się z przyjaciółmi, chodzili na imprezy itd. Teraz czegoś takiego nie widzę. Nie tylko dlatego, że gdy pracowałam w restauracji to byłam te 5 lat młodsza, a jak się jest młodszym to się imprezuje. I nie tylko dla tego, że w obecnej pracy wszyscy mają już rodziny i na nic więcej nie mają czasu. Tak jakoś wychodzi na to, że to życie po pracy to większość ma jakieś takie słabe. I to z własnej winy. Powodem jest pracoholizm. W weekendy zabierają ze sobą laptociki i do roboty. Mejle wysyłane w sobotę o godzinie 23.00 to normalka. Branie ze sobą komputera na wakacje to normalka, zapytanie się podwładnego czy rzeczywiście musi jechać na Boże Narodzenie w celu poznania przyszłej teściowej to też normalka… Oczywiście w Polsce też są takie przypadki, ale w Polsce to jakoś tak się wydaje człowiekowi że przynajmniej ma się tych przyjaciół. I nawet jak się pracuje Bóg wie do której to raz na jakiś czas można się spotkać. Oczywiście nie wszyscy żyją w taki sposób, ale z tych których znam to większość. Smutne.
A jak jest w samej pracy… Pracuje się od 8 do 5. Godzina na lunch. Średni czas dojazdu do pracy w Houston to 40 minut. 40x2x5=400 minut. Prawie 7 godzin tygodniowo zmarnowane na same dojazdy! (Ja na szczęście do pracy mam tylko 5 minut). Przychodzisz do biura i pierwsze co robisz to oczywiście kawusia, śniadanko i tak mija godzina. Tu poplotkujesz, tam poplotkujesz i minie ci druga godzina…Trochę wisi się też na telefonie itd. No jak wszędzie. Tyle tylko, że w Ameryce jakoś szczególnie widzi się to olewactwo. Na czym polega problem? Problem polega na tym, że w Europie szef zazwyczaj wie co robi jego podwładny. Często wie, gdyż w przeszłości robił to samo, a później awansował. W Ameryce szef rzadko kiedy wie ile czasu tak naprawdę zajmuje wykonanie jakiegoś zajęcia. Z moich szefów tylko jeden wiedział dokładnie ile czasu powinno zajmować mi zupdejtowanie bazy danych na przykład. Reszta nie ma pojęcia. I tak, jeśli człowiek miałby ochotę to możnaby było przekiblować całe życie. Oczywiście w końcu być może zatrudniliby jakiegoś typka z consultingu i wszystko wyszłoby na jaw, ale w małych firmach można przetrwać. Mnie nosi jak nie mam co robić. Ostatnio musiałam sie pożalić i poprosić o dodatkowe zajęcia w dziale finansów. (Tam też powoli będę się przepakowywała, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą).
Poza tym w pracy lepiej się z nikim nie przyjaźnić, bo nigdy nie wiadomo kto kogo będzie musiał zwolnić. Może być śmierdząco. Podam przykład – moim obecnym szefem jest teraz facet, który był  kiedyś jednym z moich menadżerów w poprzedniej firmie. Robiłam u niego audyty, szkoliłam mu księgową i takie tam. Teraz pracuję dla niego. Na szczęście mamy dość dobry układ. Ale jak długo to potrwa?
W pracy obowiązują jakieś durne czyny społeczne. Normalnie jak za komuny. Najgorzej jest w tych wielkich firmach, gdzie często idzie się na jakiś taki czyn społeczny (na przykład budowanie czegoś tam dla niepełnosprawnych) poczym się nie dokańcza i już się do tego nie wraca.
Pracuje się długo. W poprzedniej pracy musiałam sporo podróżować. Nikt mi nie płacił za nadgodziny, opóźnione samoloty itd. Siedzenie do 20-21 wieczorem to normalka. Dostajesz laptopa i OCZEKUJĘ SIĘ, że będziesz pracować z domu.
Śmieją się z nas. Śmieją się z nas Europejczyków, że chcemy pracować do 4-ej i mieć min. 3 tygodnie wakacji. A tak na prawdę to kto z kogo powinien się tu śmiać…
06:14, hjuston , praca
Link Komentarze (2) »
środa, 21 czerwca 2006
Tak jak obiecałam, dzisiaj będzie o pracy, a bardziej o tym jak ci Amerykanie ją traktują.
Miałam to szczęście, że pracowałam wśród zarówno niebieskich, jak i białych amerykańskich kołnierzyków. W niebieskim kołnierzyku pracowałam jako barmanka, kelnerka, pakowarka warzyw i owoców w supermarkecie,  sprzedawczyni w piekarnio-ciastkarni i niskopłatny pracownik biurowy. Jako biały kołnierzyk pracowałam jako Manager Regionalny na Stany południowe i zachodnie, a obecnie jako analityk finansowy. Podejście do pracy w obu tych grupach jest trochę inne.
Wśród niebieskich kołnierzyków widać, że obowiązuje zasada- pracy, w przeciwieństwie do matki, nie musisz mieć jednej.
Z pracą na amerykańskim rynku raczej nie ma problemów. Jak cię zwolnią, znajdziesz sobie drugą. Jak cię wkurzą, ty się zwolnisz a następnego dnia znajdziesz sobie podobną pracę. (Oczywiście mówimy tutaj o niebiskich kołnierzykach). Z tego też powodu, wśród niebieskich kołnierzyków króluje bylejakość. Szczególnie widać to przy niskopłatnych pracach biurowych. Zlewka na maksa. Jak wyjdzie to dobrze, jak nie wyjdzie to też się nic nei stanie. Zaro odpowiedzialności i chęcia wykonywania swojego zajęcia najlepiej jak tylko się umie. Niekompetencja na każdym kroku. Błąd na błędzie. Boże! Godzinami mogłabym pisać o tych pracownikach, któreych pracę musiałam nadzorować jeszcze w zeszłym roku. Kre człowieka zalewała, ale nic nie można było zrobić- bo to kobieta, bo to mniejszość narodowa, bo to ktoś kto kiedyś spał z szefem i teraz ma na wszystkich haka…Zawsze można było powiedzieć, że się nie wiedziało, więc po co się wysilać?
Inaczej jest w tak zwanym biznesie restauracyjnym. Tutaj widać już trend chęci utrzymania się w tej, a nie innej restauracji, bo od tego nei tylko zależy ile się będzie zarabiało, ale także ma to wpływ na tak zwany image. Wiadomo, lepiej jest pracować w restauracji, która jest cool, niż w jakimś truck stop-ie.
Bo kelnerzy, kucharki i inni tym podobni barmani bujają sie w towarzystwie innych gastronomów i ten lepszy, kto pracuje w bardziej odlotowej, znanej, czy też droższej knajpie… Tak jak wszędzie, nawet kelnerzy lubią sobie zaszpanować.
Zaznaczyć należy, że pracy takiej Amerykanie trzymają się tylko wtedy jeśli restauracja jest stylowa, droższa i jak wyżej. Jeśli jest to coś przeciętnego (jak naprzykład ta, w której ja pracowałam) to wszystko ma się trochę inaczej.
Pracę szanują tylko obcokrajowcy, a dla reszty liczy się tylko kasa. A jak im nie odpowiada to spadają.
W pracach tego rodzaju nie jest ważne czy ma się benefity, ubezpieczenie itd. (Proszę tu zauważyć, że piszę to z perspektywy osoby, która pracując w restauracji miała 21 lat i nie w głowie jej było 401k czy też inne taki, a i ubezpieczenie zdrowotne miała z Polski). Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ma się lat 30 i dziecko na ten przykład i pracuje się w restauracji to ubezpieczenie zdrowotne może być dość ważne.
Ale ubezpieczenia zdrowotne raczej nie istnieją w biznesach rodzinnych. Prędzej w hotelach, czy innych sieciach. Tam są związki zawodowe, więc można się ewentualnie wykłócić.
Dodam, że o związkach zawodowych wiem mało, bo spotkać się z nimi miałam okazję tylko raz, ale wtedy byłam po drugiej stronie, że tak się wyrażę muru…
Niebieski kołnierzyki są wolniejsze, mniej zestresowane, ale czy szczęśliwsze? Nie mam zdania. Bo co nam wyznacza szczęście?

PS- o białych kołnierzykach jutro…
 
04:34, hjuston , praca
Link Komentarze (8) »
środa, 07 czerwca 2006
Przerabialiśmy ostatnio z jednym z menadżerów procenty. Bo jak się okazuje można być szefem / dyrektorem i kompletnie nie rozumieć procentów… Można być szefem, który w swoich obowiązkach ma robienie budżetu i różnych sprawozdań finansowych i mieć problemy z prostymi działaniami matematycznymi. Dodam, że pensja tego pana wynosiła dość sporo tysięcy dolarów rocznie.
Parę tygodni temu próbował mnie przekonać, że 11- (-4) = 7. To naprawdę nie są żarty.
16:55, hjuston , praca
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston