kupiłam sobie

wtorek, 01 lipca 2008

Nowy (tzn. w cale nie taki nowy) dom ma swoje plusy (nadal jest cicho w nocy i nadal nie mogę uwierzyć, że ludzie mogą żyć w tak cichych warunkach), ale i minusy. Jednym z minusów jest to, że człowiek zaczyna się martwić o różne rzeczy. Na przykład o to, że go zaleje, tak jak zalało ostatnio Wujka Zdziśka. Albo, że mu huragan rozpierniczy dach. Można się też martwić o rzeczy błahe. Na przykład o to, że piesek sąsiada nasra nam na trawnik. BTW już nas tutaj wspólnota mieszkaniowa opiernicza, że nie podlewamy trawy. No luuuuuuudzie. Na szczęście ostatnio padał deszcz.

No ale oprócz zmartwień i minusów nowy dom ma swoje plusy. Do takich plusów należy zaliczyć kupowanie nowych gadżetów, które nagle okazują się zupełnie niezbędnę do życia, albo które to kupuje się w celu zafunodwania sobie małej przyjemności. Tak więc odkryłam ostatnio markę SimpleHuman. Nie jest to jakaś nowa marka, ale po prostu nie miałam okazji się z nią wcześniej zapoznać. Zafundowałam więc kurze domowej (czyli sobie) suszarkę do naczyń. Przez całe życie zawsze miałam jakieś takie g...niane suszarki. Powiem więcej, wszyscy moi znajomi też zawsze mieli g...niane suszarki do naczyń. Czy wasze też są do bani? Zawsze albo coś się gdzieś wyginało, albo osadzał się kamień, albo wszystko ściekało na kredens, albo trzeba było mieć jakieś podkładki. Generalnie moim zdaniem nikt jak do tej pory nie wymyślił konkretnej suszarki do naczyń. Ta wyglądała na inną. Oczywiście obawiałam się, że też będzie do bani, ale że dzień wcześniej kupiliśmy nowy kosz na śmieci tej samej marki i byliśmy zachwyceni, postanowiłam dać jej szansę.

No ludzie, co za luksus. Wszystko jest pięknie zorganizowane, nic się nie przewraca, noże osobno sztućce osobno. Haczyki na kubki i szklanki sprawują się wyśmienicie, a rynienka naprawdę działa i nie mam nigdzie żadnych zacieków. Tak więc zmywam wszystko ręcznię i przyznam, że jestem zachwycona.




Przetestowałam i polecam bez zastrzeżeń. Suszarka jest oczywiście do kupienia na amazonie za 60$ czy jakoś tak, ale jest też do kupienia w BB&B. Tak więc jeśli dostajecie pocztą te ich śmieszne kupony na 20% zniżki na jeden przedmiot to bardziej opłaca się kupić w BB&B.

środa, 25 czerwca 2008
Wczoraj, w późnych godzinach wieczornych zostałam właścicielką różowych, żarówiastych Crocsów. No co, trzeba było kupić sobie jakieś kapcie do szpitala.
środa, 19 grudnia 2007

Mąż przemycił ze starego kontynentu dość sporo jedzenia. Głównie ciasta na święta - Christmas Pudding i Christmas Cake zrobione przez teściową. Przywiózł też kilka gadżetów kulinarnych, które niby mieliśmy dać znajomym w prezentach. Te gadżety to głównie mince pies, dżemiki i lemon curdy zrobione przez firmę Duchy Originals. Przywiózł też miniaturkowe Christmas Cakes. Każde zapakowane w malutki papierek i pudełeczko, z marcepanem i grubą wartwą lukru na wierzchu. Z wyglądu na prezent nadawało się jak najbardziej.

Sama bardzo lubię takie prezenty- ciasto domowej roboty od sąsiadów, miodzik różany od przyjaciółki, herbatki od mamy, a i kiełbasą bym nie pogardziła jakby kto dał... Tak więc zjadło się jedno dla spróbowania, potem mąż zjadł drugie dla towarzystwa, otworzyło się jeden i drugi słoiczek i pudełko, i plan oryginalnych prezentów dla znajomych rozszedł się jak ten zapach powideł i skórki cytrynowej po pokoju... Teraz właśnie siedzę sobie i jem kolejne ciasteczko. Mówię wam, niebo w gębie. Jak będziecie mieli kiedyś okazję spróbować Duchy Originals, i tym samym dać zarobić Księciu Karolowi to ja serdecznie polecam. Nie są to niestety produkty dość tanie (przynajmniej nie dla mnie, może dla autora bloga nabogato), dlatego właśnie świetnie nadają się na malutkie prezenciki. Szczególnie na takie, które kupuje się z zamiarem oddania, a potem zjada się je samemu.

No ale z drugiej strony wczoraj zrobiliśmy świetny interes na choince. Być może zaskoczę niektórych, ale w Targecie przy Galerii choinki i ozdoby świąteczne są już na przecenie. My choinki do wczoraj nie mieliśmy, bo nie było męża, a ja niby nie mogę dźwigać. Ale wczoraj wybraliśmy się na polowanie. Ze względów oczywistych pomimo tego, że żywa choinka pięknie pachnie (prawie jak te ciasteczka przywiezione przez męża), mamy choinkę sztuczną. No jakoś w tym Houston serce mi się kraja jak sobie pomyślę o żywej choince w te upały. Znaleźliśmy sobie taką, która nam się podobała, ale niestety kosztowała $300. No bądźmy szczerzy, 3 stówki to trochę przesada. No ale jak już wspomniałam od wczoraj wszystko było na przecenie. Myślę, że w Ameryce wszyscy już mają choinki od conajmniej miesiąca, tak więc właściwie jest już tak jakby po sezonie. Nasza choinka (ładny krzaczek) stała w kategorii "Expect more, pay less" co zawsze wydawało mi się wiodącym hasłem Targetu. Okazało się jednak, że to taki prank (ostatnio moje ulubione słowo). Expect more, pay less oznacza jednak - spodziewaj się, że zaplacisz $300, a naprawdę zapłacisz $206, ale dowiesz się o tym dopiero przy kasie. Do tego dowalono nam obniżkę w wysokości 75% i zapłaciliśmy $56 plus oczywiście sales tax. No takie interesy to ja naprawdę lubię w tej Ameryce robić. Lubię je tak bardzo,  że po przyjściu musiałam to uczcić. Ciasteczkiem.

Żeby choince nie było smutno dokupiliśmy jej bałwana. Mąż bardzo chciał najbardziej kiczowatego renifera, który kręci głową, no ale niestety były już wykupione. Zostały tylko bałwany dla bałwanów, więc wzieliśmy jednego. Takiego co to się świeci u ludzi przed domami. Z tym, że my walneliśmy go sobie w domu. Jest to chyba najbardziej syfiasty przedmiot jaki posiadam. Na szczęście nie kosztował $49, bo też był w kategorii Expect More, Pay Less i zapłaciliśmy za niego może z $15 czy jakoś tak. Bałwan będzie stał na właściwym miejscu czyli obok kaktusa saguaro (niektórzy wiedzą o jakim kaktusie mówię).

Ania swoim Kermitem zachęciła mnie do zakupu dekoracji, że tak to ujmę, nie za bardzo związanych z Bożym Narodzeniem, dlatego kupiłam także bombkę ze Spider Manem i drugą, z drużyną footballową Houston Texans. Wszystko oczywiście można nabyć w Targecie. Mają tam też bombki z Vaderem. Też uważam, że warto taką mieć. Może nawet na samym czubie zamiast gwiazdy czy aniołka.

Zdjęcia wszystkich omówionych przedmiotów zamieszczę być może jutro. No oczywiście z wyjątkiem ciasteczek Duchy Originals, bo tych do jutra już pewnie nie będzie w ogóle.


wtorek, 11 grudnia 2007

Kupujecie na Allegro albo na ebayu? Kiedyś miałam taki okres w życiu, że na ebayu kupowałam naprawdę sporo. Czasem udało się, upolować coś naprawdę super- na przykład różową torbę na laptopa firmy Lodis za $50. Potem trochę mi przeszło, ale teraz znowu mnie nachodzi. Ostatnio poluję na ebayu na nowe ubrania IO. Udało mi się kupić letnią wyjściową sukienkę z metkami w bardzo atrakcyjnej cenie.

Kupuję też trochę na allegro, bo niestety normalne sklepy online nie są w Polsce jeszcze zbytnio popularne. Wczoraj na przykład 'kupiłam' sobie świetne kozaczki Gino Rossi. Brązowe, na koturnie, nówki za 230 peelenów. Kupiłam je trochę tak na zapas, żeby mieć jak już się przeniesiemy na Stary Kontynent czyli miejmy nadzieję, że za rok. Wydawało mi się, że w tym roku raczej ich już sobie nie ponoszę bo po pierwsze u nas w grudniu jest 20C, a po drugie zanim by do mnie doszły to byłoby już lato. Ale kupiłam sobie. I nawet się ucieszyłam, że będę miała fajne, oryginalne buty prosto z Europy. I że nikt w pracy nie będzie miał podobnych. Krótka jednak była moja radość, bo dzisiaj dostałam email od niejakiej Ines, która sprzedała mi te buty. Email, na zabawne rozpoczęcie popołudnia wklejam wam poniżej:

Witam (*nie wiem czy zauważyliście, ale na allegro wszyscy zaczynaja od witam), najmocniej chciałam Panią przeprosić ale nie mogę butów już nikomu sprzedać ponieważ zostały uszkodzone w nieodwracalny sposób, w czasie gdy buty były wyjęte z kartonu i przygotowywane do zapakowania do wysyłki nieopatrznie mój mały synek zostaswił otwarte drzwi do pokoju podczs gdy ja wykonywałam służbową rozmowę telefoniczną, pies szczeniak wszedł do pokoju pogryzł cholewkę buta i całkowicie ją uszkodził. Od godziny ślęczę nad bucikami i poprostu płaczę, nigdy nie miałam takiej przykrej sytuacji. Niestety buty sa do wyrzucenia co mój małżonek właśnie uczynił widząc w jakim jestem stanie i natychmiast posadził mnie przed komputerem nakazując pisać do Pani i przepraszać Panią. Raz jeszcze najmocniej Przepraszam, Bardzo ale to Bardzo Proszę o wyrozumiałość i nie komentowanie tej transakcji, jest to przypadek losowy na który nie miałam wpływu i jest mi niezmiernie przykro. Serdecznie pozdrawiam

Oczywiście mnie również jest przykro. Szczególnie dlatego, że jeśli się ochłodzi to będę musiała założyć jakieś tam kozaczki, które będą podobne do każdych innych w moim biurze. No ale na poważnie to moim zdaniem jest to maksymalna ściema z tym psem. Myślę, że pani była bardzo rozczarowana faktem, że najwyższa cena za te super kozaczki wyniosła tylko 230 zł i postanowiła stworzyć historię o telefonicznej rozmowie służbowej (co mnie to obchodzi?) i o psie co pogryzł cholewkę.

Historia wyszła w sumie dość zabawna i dlatego nie postawie tej pani negatywa, ani nawet neutrala. Korci mnie aby mimo wszystko domagać się tych butów, ale obawiam się, że pani Ines mogłaby mi je jeszcze sama pogryźć...

Czy przydarzyło się wam kiedyś coś podobnego?


wtorek, 30 października 2007
No cóż, czekałam dość długo, aż się doczekałam. Dzisiaj przyszła przesyłeczka (oczywiście z amazonu bez sales taxu) i LEOŚ już jest zainstalowany.
Pierwsze wrażenia:
- 'spaces' są dość użyteczne,
- 'cover flow' w finderze jest moim zdaniem zbytecznym bajerem,
- 'stacks' z pewnością się przydadzą,
- 'time machine' nie miałam jeszcze okazji wypróbować i nie spieszy mi się,
- 'rss reader' w poczcie nawet mi się podoba,
- nowe papeterie w poczcie są dość durnym pomysłem,
- 'find and highlight' w safari będę używała,
- 'merge all windows' w safari jest chyba zgapione z netskejpa, ale może być.
- duży minus - leos jest trochę spasiony, bo potrzebuje aż 5.5 gb,


dodane:
- jeszcze większy minus- okazuje się że wszystkie drivery od drukarek które miałam zainstalowane po prostu znikneły. Epson nie ma nowych driverów do Leosia na swojej stronie (bedzie miał w listopadzie). 

Pożyjemy, zobaczymy, póki co jest juz prawie północ- czas iść spać ...






piątek, 05 października 2007
Już niedługo w Houston zacznie się robić chłodniej (bo narazie wciąż mamy upały).
Zacznę wtedy więcej jeździć na rowerze. Na rozpoczęcie nowego sezonu i na zachętę kupiłam sobie nowe skarpetki z trupią czachą.


środa, 30 maja 2007



Na deszczową pogodę (pomimo tego, że w końcu zaczęło świecić słońce) kupiłam sobie i polecam.
Film też polecam.
poniedziałek, 12 marca 2007
Monsz nie mówi po polsku. Ale bardzo mu zależy żeby się nauczyć. Ksiąźki nie wchodzą w grę, bo wiadomo jak to jest z książkami. Nigdy się do nich nie zagląda.
Kolega Francuz, którego dziewczyna jest Amerykanką zareklamował nam Rosettę. Bedąc ostatnio na naszym wspaniałym lotnisku IAH przyuważyłam gościa, który sprzedawał cedeki z Rosettą. Podobnie jak Anna Patrycy, z pewną nieśmiałością zażądaliśmy od pana aby pokazał nam wersję demo. Pan pokazał wersję arabskiego (pan był Arabem). Wyglądało to demo znakomicie, no ale poprosiłam pana aby zademonstrował nam wersję polskiego, bo wiadomo jak to jest z reklamami. Nie widziałam jeszcze tak dobrego programu do nauki języka.
Podobno metoda ta działa w taki sam sposób, w jaki dzieci uczą się pierwszego języka. Poprzez zapamiętywanie znaczenia tego co widzą na obrazku. Na stronie Rosetty można sobie zobaczyć demo (trzeba się chyba zalogować). Nie owijając w bawełnę, dokonałąm zakupu. Polish Level 1.
Uczymy się razem, to znaczy ja oglądam- bo jestem zachwycona programem. Jedynym minusem jest cena, ale z drugiej strony sa szkołę też trzeba by zapłacić, więc w sumie wychodzi podobnie.

Na stronie ABC kursy- można przeczytać o programi Rosetta trochę więcej:

cyt: "Sam materiał językowy skonstruowany jest w oparciu o obrazy, dźwięki i (z rzadka) materiał video. Może to stanowić duże zaskoczenie dla użytkownika, wymaga też zapomnienia o analitycznym podejściu do języka. Przykładowo, system prezentuje obraz chłopca, wypisuje i wymawia słowo "chłopiec" w docelowym języku. Wydawałoby się, że w ten sposób nie jest możliwe zaprezentowanie bardziej skomplikowanych konstrukcji językowych, ale Rosetta radzi sobie z tym w sposób iście genialny! Prezentuje obok siebie obrazy, na których uchwycone są aktywności lub cechy różniące się pojedynczymi szczegółami, oraz podpisy, np. "chłopiec jeszcze nie skoczył i nie będzie skakał" oraz "chłopiec jeszcze nie skoczył ale będzie skakał". W takim kontekście nie stanowi problemu zrozumienie podpisów pod obrazami, nawet w nieobecności jakichkolwiek tłumaczeń".

Moja mama za miesiąc idzie na emeryturę. Myślę, że w prezencie dostanie Rosettę Stone- English- Level 1 and 2. Natomiast jeśli chodzi o Mensza- to idzie mu całkiem nieźle. Po dwóch lekcjach był w stanie powiedzieć następujące zdanie: Małpa skoczyła na konia. Biegnie przez ulicę i goni za chłopcem, który był pod stołem. Koń skacze przez samolot, podczas gdy mężczyzna i kobieta tanczą na ulicy.
Minusem tego wszystkiego jest to, że teraz mówi do mnie pani małpo...

środa, 07 lutego 2007
Jak się czegoś bardzo, bardzo chce to się dostanie. Czasem nawet w nadmiarze. Już jakiś czas temu chciałam sobie kupić książkę, która mi ktoś tam kiedyś zareklamował. Książkę do CSS. Ale wiecie jak to jest, jak się kupuje na amazonie za mniej niż $25 to trzeba płacić za shipping. Tak więc ja zazwyczaj czekam aż mi się uzbiera więcej tych książek i wtedy kupuję.  Tak było i teraz.
Kupiłam sobie książkę, a przysłali mi dwie. To znaczy właściwie trzy, ale dwie takie same. Przyszły dwie przesyłki- ta prawidłowa i ta ekstra. Zamówienie jest to samo i w środku były dokładnie te same papiery, te same numery, czyli że się po prostu rypneli. Sprawdziłam też wyciąg z karty kredytowej- za nic mnie nie skasowali dodatkowo. Teraz zastanawiam się co zrobić. Czy do nich napisać, podlizać się i  zaproponować zwrot książki (oczywiscie żądając kredytu za bycie uczciwym klientem)? Czy też ogłosić jakiś tam konkurs na blogusiu i książkę tę oddać jako nagrodę?
czwartek, 25 stycznia 2007



Dostałam na gwiazdkę i potrzebowałam całego miesiąca aby przetestować, żeby wam nie wciskać chały.
Torba zdała egzamin. Moja jest w limitowanej edycji, w kolorze czerwono-czarnym, ale niestety nie moge jej znaleźć na stronie, dlatego też wklejam inną.
Torba zrobiona jest z pasów samolotowych (ale nie startowych*). Jest nie tylko oryginalna, ale cholernie praktyczna i przede wszystkim solidna. Co prawda nie bardzo nadaje się na elegankie wyjścia, ale jak najbardziej na zakupy czy też w inne luźne miejsca.
Więcej można zobaczyć TU.


*- przyznam sama , że jest to dość kiepski żart
piątek, 24 listopada 2006
Czarny Piątek - tak nazwę dostało szaleństwo zakupów jakie będzie miało miejsce jutro. Zniżki i zniżeczki. Kalkulatorek za złotóweczkę, czy też dzimsy za dwa dolarki będą czyhały na nas za każdym rogiem.
Sklepy będą otwarte już od godziny 5ej. Będzie można nabyć aparat half price, czy też kupić ipod z $20 gift card.
Komu by się chciało stać w tłumie z setkami śpiących i wkurzonych ludzi aby kupić wymarzonego Tickle me Elmo, czy też Nintendo Wii? Zbliżają się jednak święta i brat chce ipoda, a siostra gpsa. Trzeba kurde iść.
Ja nie idę, aczkolwiek BestBuy kusi. Mam do zakupienia parę rzeczy, ale na szczęscie interesujące mnie zniżki obowiązują także online...
Jeśli ktoś z was się wybiera to proszę się podzielić "zdobyczami" na blogusiu.
poniedziałek, 17 lipca 2006
Słyszałam już o tym jakiś czas temu, ale jakoś tak wyrywkowo, więc nic w tym kierunku nie zrobiłam. Ale teraz jakoś się zainteresowałam więc testuję. Otóż zapraszam wszystkich moich znajomych do dzwonienia do mnie jeśli mają jakąś sprawę, albo jeśli chcą sobie poplotkować. Zapraszam do dzwonienia do Stanów, ale pod numer w Szczecinie. Otóż zakupiłam sobie numer lokalny w Szczecinie, żeby mama mogła do mnie dzwonić. Można soie kupić 10 numerów w różnych częściach świata. I tak planuję zakup jeszcze jednego w Anglii, i w Kanadzie. Dzięki temu, ci którzy mieszkają w Polsce, Anglii i Kanadzie będą mogli do mnie dzwonić wg cennika na rozmowy lokalne.
Więcej można przeczytać tu. Teraz jeszcze tylko muszę rozszyfrować czy możliwe jest skierowanie rozmów ze Skajpa na komórkę, albo mój numer w pracy i będę gość. Poczta głosowa wliczona jest w cenę, więc możecie zostawić wiadomość jeśli akurat nei jestem online.
sobota, 01 lipca 2006
Nieźle zapowiada się ten weekend. To znaczy pogodowo. Prognoza na najbliższy tydzień:



4 lipca mam niby wolny. Trzeciego też nie idę do pracy bo "będę" pracowała z domu. Hehe. Znajomi zaprosili nas na zabawę w iście texańskim stylu - czyli na wyścigi pancerników. Ale coś tak czuję, że raczej nie pojedziemy bo mamy lepsze plany... Dałam się namówić na zakup ... kolarzówki.
sobota, 17 czerwca 2006
poniedziałek, 12 czerwca 2006

Dzisiaj została mi przedstawiona stronka sklepu. Moim zdaniem jest to najbardziej odjechana strona sklepowa jaką w życiu widziałam. Nie tylko dlatego, że sam katalog ma zdjęcia, które wyglądają jakby robił je ktoś kto od roku jarał nie wiadomo co. Marka ta nazywa się Crumpler. Są to różnego rodzaju torby, ale wszystkie w podobnym odjechanym klimacie. Zachęcam do obejrzenia pierwszej strony i naciśnięcia parę razy na czerwony guzik. Czy nie cudowne byłoby pracować właśnie w takiej firmie, gdzie przychodzisz na spotkanie dotyczące zaprojektowania tej własnie strony i mówisz szefowi: dodajmy trochę sraki. A szef na to – świetny pomysł! I dodają trochę sraki do tytułowej strony. Myślę, że Zbox pracuje w nie tym miejscu co trzeba, bo tam na pewno by się sprawdził bardziej. Zresztą mógłby z pewnością dodać coś od siebie w sprawie tego ich materiału chicken tex. Dałam się skusić tej kupie i zakupiłam jedną torbę. Co prawda nie dla siebie, ale sobie też kupię. Oczywiście na ebayu bo tam wszystko jest o 40% tańsze... Jakoś ostatnio napatacza mi się pod nogi (oczy) dość sporo australijskich gadżetów i wszystkie są dość odjechane.

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston