filmy

piątek, 06 listopada 2009
Wczoraj obejrzałam film pt: Noise, czyli po polsku Hałas. Może już widzieliście bo film jest nie pierwszej młodości. Film opowiada o facecie, który w Nowym Jorku (po angielsku New York hehe) wypowiada wojnę wyjącym alarmom samochodowym, a właściwie ich właścicielom. Świetny film. Polecam.
Na szczeście mnie aż tak bardzo wyjące alarmy nie denerwują, ale może to tylko dlatego, że nie mieszkam przy parkingu. W poprzednim mieszkaniu mieliśmy starszne problemy z hałasem, bo mieszkaliśmy obok baru, do którego każdej nocy przyjeżdżała policja na sygnale. Było słychać policję i wrzeszczących pijaków. Teraz jedyny hałas, który słyszymy to płacz Franka no i pociąg. Nie chodzi o pociągowe dudnienie tylko, o trąbienie. Nie wiem dlaczego, ale pociągi w Houston strasznie trąbią i nieźle się ten hałas niesie. Szczególnie gdy przychodzi jesień i robi się trochę chłodniej (czyli około 25C) i nie używamy już tak często klimatyzacji.
To by było na tyle. Film jest oczywiście na Netflixie.

wtorek, 12 maja 2009
Sezon barbakiu rozpoczął się na dobre. W weekend, oprócz wyjścia do znajomych na jedno barbakiu i zrobienia drugiego u nas, obejrzałam TEN oto film, a także ostatnie trzy odcinki serialu State of Play, którym byłam zachwycona. 
Zalinkowany powyżej film śmieszył nas prawie tak bardzo jak Superbad. 
I tu właśnie chciałabym aby wypowiedział się ktoś inny kto także widział ten film. Czy jest on rzeczywiście zabawny, czy to my zaczynamy się cofać?
sobota, 29 listopada 2008
Wczorajsze Święto Dziękczynienia minęło. Spędziliśmy je ze znajomymi. W związku z tym, że znajomy pochodzi ze Szwecji, tematem przewodnim wczorajszego wieczoru były wspominki Astrid Lindgren. BTW Astrid Lindgren jest jakoś mało popularna w Anglii, bo mój mąż nie wiedział kim jest Pipi, nie mówiąc już o Dzieciach z Bulerbyn, czy też Emilu. Ciekawe ...
Indyk (tym razem pieczony, a nie smażony) wyszedł pierwszorzędnie. Czekoladowe ciasto z pecanami (czy pecans mają jakąś polską nazwę?) i burbonem zakupione w Picnicu też zostanie w mej pamięci na jakiś czas... 
Na Black Friday postanowiłam zostać w łóżku. Jakoś nie oddczuwałam potrzeby zakupu kalkulatorka za złotówkę (czy ktoś jeszcze pamięta ten spam z Millerem po akcji promocyjnej Media Marktu?). Kupiłam jedynie dwie piżamy z VS, bo akurat piżamy tak jakoś ostatnio kolekcjonuję.
No i święta, święta i po świętach... Chociaż w sumie zostały jeszcze dwa dni relaksu. I tak się relaksujemy przy filmach. Wczoraj obejrzałam długo wyczekiwany przeze mnie Tropic Thunder. Przeczytałam gdzieś w jakiejś gazecie, że film jest bardzo niepoprawny politycznie i że baaaaardzo śmieszny.No i jakoś się nastawiłam, że będzie to komedia roku. 
Jezzuuuuu jakie dno. Stwierdzam, że Ben Stiller (btw- TT to jego film) mnie nie tylko nie śmieszy, a wręcz drażni. Ben moim zdaniem bardzo próbuje być śmieszny, a w sumie wychodzi mu to jakoś tak dość kulawo. Ben Stiller w każdym filmie jest taki samy. Taki chłop bez jaj. Ofiara losu z nieproporcjonalnie dużą głową. Owszem, Meet the Fockers było nawet zabawne, ale to chyba tylko i wyłącznie dzięki de Niro. Bo jak teraz sobie przypomnę tego Bena Stillera to też wychodzi na moje. Że taki właśnie chłop bez jaj.
Podsumowując (bo nie warto tracić czasu na takie byle co)- Tropic Thunder to zmarnowane 2 godziny. Jedyne na czym można się było ewentualnie uśmiechnąć pod wąsem, to końcowa scena z Tomem Cruisem. 
W kolejce na Netflixie mam jeszcze Wallego. Też się nastawiłam, więc trochę boję się go oglądać.

PS- Ania- Nie rozumiem jak mógł ci się podobać Tropic Thunder, a nie podobać Death at a funeral?
niedziela, 05 października 2008
Franio śpi już po 7 godzin więc teoretycznie wieczory mamy tak jakby spokojne. Odrabiamy więc zaległości kinowe i telewizyjne. W poniedziałki Mad Men (który BTW będzie niedługo leciał w Polsce więc P O L E C A M), a potem Netflix i AppleTV. Skończyliśmy już oglądać drugi sezon serialu 'The Riches' (ogląda ktoś?) i nadrabiamy zaległości w 'The Office'. Oglądamy też filmy. Udało mi się ostatnio obejrzeć kilka dobrych filmów, ale znalazły się także filmy kiepskie. Zdecydowanie nie polcam 'In Bruges', i '88 minutes'. Co za chały. Szczególnie ten '88 minutes'. Polceam za to: 'The son of Rambow', 'Bank Job' i perełkę, na którą czekaliśmy już jakiś czas, a mianowicie 'Surfwise'. Cóż za historia! Osobiście surfuję tylko po Internecie, ale po obejrzeniu tego filmu zaczynam żałować, że nigdy nie dane mi było nauczyć się surfować. Może uda się w następnym życiu.
Główny bohater tego dokumentu to Dorian Paskowitz urodzony w ... Gelveston- lekarz/ratownik/surfer/Żyd. Doc (tak zostaje przedstawiony w filmie), po dwóch nieudanych małżeństwach porzuca karierę medyczną i podobnie (choć może zupełnie inaczej) jak Christopher McCandless wyrusza w świat by żyć pełnią życia. Z tym, że Doc bujał się raczej na południu (na początku w Izraelu, a potem w południowych stanach USA), podczas gdy Chris wylądował na północy. No i Chris nie przeżył, a Doc ma się całkiem dobrze pomimo tego, że i jemu głód nie raz zajrzał w oczy.
Doc spotyka Juliette, gorącą Amerykankę pochodzenia meksykańskiego, która idzie za nim w siną (to znaczy słoneczną) dal. Juliette ma gdzieś wszystkie tytuły, kariery i pieniądze i nie przeszkadza jej to, że mąż chce mieszkać w kamperze i surfować.
I tak sobie podróżują. 82 letni Doc wyznaje, że Juliette nauczyła go 'eat pussy' i że cytuję: 'f$%#!ing to me, is the word of God'. Doc w końcu pojął czym jest seks. Tak się tym przejął, że spłodził 9 dzieci, z którymi podróżował po Ameryce, i od których wymagał tylko tego, aby z nim surfowały.
Rodzina Paskowitza zgarniała wszystkie nagrody w zawodach surferskich. Nie ma się w sumie co dziwić, skoro było ich tak wielu.
Doc nie uważał się za kogoś ekstremalnego. Oczywiście twierdził, że wszyscy powinni żyć tak jak on. Paskowitz uważa, że taki styl życia pomógł mu dożyć późnego wieku. Doc mieszka na Hawajach gdzie codziennie surfuje (tak, w tym wieku) i oczywiście nadal uprawia seks z żoną, chociaż czasem tego nie pamięta.
Być może Doc jest osobą znaną w środowisku surferskim (to znaczy nie chyba, a na pewno), ale ja o tym człowieku usłyszałam poraz pierwszy parę miesięcy temu. Co oczywiście nie powinno nikogo dziwić, bo przecież nie jestem surferem.


poniedziałek, 14 stycznia 2008




Czekałam na ten film kilka miesięcy. Wczoraj wybrałam się do kina. Dawno nie byłam w kinie, na kawałku na którym była pełna sala. Jak można się spodziewać po tytule, jest rzeczywiście "trochę" krwi. Osobiście takiego filmu o ropie jeszcze nie widziałam. Zresztą nie pamiętam aby widziała też jakikolwiek inny (oprócz Dynastii, która oczywiście o ropie nie była, ale sam Blake Carrington był przecież właścicielem jakichś tam pól).
Polecam szczególnie dla miłośników amerykańskiej historii, opowieści o gorączce złota w Kalifornii i innych tego typu westerno podobnych filmów.
"There will be blood" jest trochę przydługawy, ale moim zdaniem naprawdę warto.
TU można zobaczyć kawałki filmu.
niedziela, 13 stycznia 2008
Specjalnie dla Mamuta, żeby zobaczył, że w Houston jednak mamy drzewa i to takie całkiem całkiem. Filmik nagrany w Texas Medical Center (o TMC pisałam kiedyś TU ). Generalnie 95% budynków, które widać na filmiku to część centrum medycznego (być może nawet widać mniej niż połowę). Oczywiście szpitale rozsiane są po całym mieście. Tu jednak jest ich największe skupisko. Niestety, nie za bardzo te budynki widać, bo tak jakoś słońce po oczach świeciło. No cóż, trudno...



piątek, 11 stycznia 2008
Tytuł jest trochę mylący, bo akcja rozgrywa się dokładnie w samo południe. Przedstawiam swoja okolicę. Muzyka dobrana celowo.
Oczywiście można darować sobie komentarze typu- ale masz brudną szybę czy też ale ci samochód klekocze (to nie samochód tylko gorillapod, a szyba że brudna to wiem, ta z tyłu jest jeszcze brudniejsza). Filmik nie jest zbyt wyraźny (może to z powodu tej szyby?), a początek trochę przydługawy. Następny będzie lepszy. Może. Zapraszam innych do pokazania swoich okolic.



wtorek, 04 grudnia 2007

Ostatnio sporo pracuję. Bijemy się w pracy o "złotą patelnię" czyli o bonus. Bonus ma być całkiem niezły więc w sumie nie jest mi aż tak strasznie przykro gdy dość późno wracam do domu. (Dość późno czyli na przykład po 20-ej). Po takim dniu, dniu pełnym główkowania, modelowania i innych arkuszy kalkulacyjnych nie pozostaje nic innego jak walnąć się na sofę z herbatką rumiankową w ręku i obejrzeć coś nieskomplikowanego.

W związku z tym, że ostatnio jestem zauroczona Lukiem Wilsonem postanowiłam obejrzeć film, który Ania ostatnio skomentowała jako wielkie rozczarowanie- Idiocracy. No kto widział proszę państwa? Kto? Film Idiocracy ogląda się z lekkim obrzydzeniem, znudzeniem, wymuszonym uśmiechem ale mimo wszystko z zaciekawieniem. W skrócie powiem, że jest to takie pomieszanie 'Seksmisji' z 'Powrotem do przyszłości' czy tam przeszłości, i 'Hitchhikers guide to the galaxy'. Myślę, że można też dorzucić do tego 'A Night At The Roxbury' i 'Pan Kleks w kosmosie'. Zastanawiające jest to, że naprawdę takie filmy ludzie w ogóle robią...

Po obejrzeniu, oprócz smaku kapcia w buzi, pozostają pytania bez odpowiedzi. Czy Stany rzeczywiście czeka przyszłość, w której z kranu będzie leciało Gatorade, i każdy obywatel będzie grał w grę, w której wszyscy tylko i wyłacznie kopią się po tak zwanych jajach? Czy każde mieszkanie będzie wyposażone w fotel, który oprócz funkcji fotelowych będzie także spełniał funkcje toaletowe? Czy Starbucks kojarzył się będzie z miejscem rozpusty? Czy Georgia tak naprawdę jest częścią Florydy? I czy czekają nas katastrofy typu - the Garbage Avalanche of 2505? I am not sure. (Główny bohater tak się właśnie nazywał- Sure, Not).

Mąż podobnie jak ja oglądał ten film z lekkim obrzydzeniem, znudzeniem, wymuszonych uśmiechem ale mimo wszystko z zaciekawieniem. Stwierdził, że właściwie zrobił mi przysługę oglądając tak durny film i że Lukowi Wilsonowi daje nie mniej nie więcej a thumbs down. Ja w sumie uważam podobnie, ale mimo wszystko polecam.

-------------------------------------------

Tu można obejrzeć fragmenty.

sobota, 04 sierpnia 2007
Coś ostatnio bardzo dużo jest dobrych filmów w kinie. Właśnie wróciłam z kolejnego seansu. Który z agentów jest waszym zdaniem bardziej 'super'?





Po zagłosowaniu zapraszam do lektury .
czwartek, 02 sierpnia 2007

Yo Brooklyn Yo Bronx Manhattan Yo Queens
Staten Island Yo Jersey and everywhere in between yo
Holla if you broke or an English bloke
And if you know what I mean seen
Baseball bat in the back seat
Of Matt's black car and I travel far much
Further than you witcha metro card
Betcho xxx is on welfare
That's OK so am I psyche
Still gonna put my thing down tonight
One time for your mind five of a kind
Look at all the people look how they lined up
At the door they want more I bring
Grams to the crackers like s'mores
Say oh no say hell yeah
Oh no know hell yeah now
Bust shots in the air

Seven One Eight by Fannypack


wtorek, 31 lipca 2007

Wczoraj na zrelaksowanie ściagnęlismy sobie odcinek nowego serialu, o którym słyszałam kilka dni temu. Mad Men. Czy ktoś ogląda?

My nie mamy telewizorni więc musieliśmy zadowolić się odcinkiem z Itunes, ale generalnie film jest na AMC, jak ktoś ma kablówkę. Lubię raz na jakiś czas uzależnić się od jakiegoś serialu. Teraz akuram mi to nie jest zbytnio na rekę, bo generalnie mam w życiu zapieprz, no ale trudno- co robić? A czuję, że Mad Men wciągnie mnie niczym LOST pomimo tego, że są to kompletnie różne historie.

Akcja serialu toczy się w NY w latach 60-tych. Reader's Digest, rasizm, seksizm, alkohol w pracy i dym papierosowy to główne tło serialu. Palą wszyscy. Kobiety używają lufek, które uwielbia moja siostra, panowie palą w łóżku i w biurze, pali nawet ginekolog podczas badania pacjentki!

Producentem serialu jest Matthew Weiner. Ten sam, który wyprodukował The Sopranos. Wierna dekoracja, kostiumy i generalnie wspaniała lekcja historii.

Kochane panie, cieszmy się, że nie żyjemy w tamtych czasach. Więcej TU .