szlachetne zdrowie

poniedziałek, 22 lutego 2010
Wróciliśmy. Teraz jest już trochę lepiej, ale było znacznie gorzej. Po powrocie do Houston zostaliśmy zaatakowanie przez jakiś wirus, albo po prostu zatruliśmy się czymś na weselu (bigos?). Moje zatrucie, którego miałam okazję doświadczyć gdy byłam  kiedyś w Indiach to pikuś w porównaniu z tym co przeszliśmy wczoraj w nocy. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale z pewnością przez tą noc schudłam kilka kilo.
Podobne objawy (E K S T R E M A L N E  rozwolnienie i wymioty) miało więcej osób - w tym panna młoda, więc może czymś (krewetki itp.) się ztruliśmy? Ale z drugiej strony może to jednak wirus?
Pozostaje mi być wdzięczną za to, że lecieliśmy, a nie jechaliśmy , bo gdybyśmy zostali zaatakowani przez kibelek w czasie podróży autem przez bagna, byłoby nie za ciekawie...
No i teraz mam nadzieję, że wirusek nie dopadnie Franka i obu babć, które już w środę wracają za ocean.
A o samym weselu napiszę jak już dojdę do siebie.
niedziela, 25 października 2009
Tytuł notki wyszedł mi prawie jak tytuł książki J. Diamonda. Może też dostanę za nią jakiegoś Pulitzera?
Jakiś czas temu u Ani dyskutowaliśmy na temat naszych ulubionych drive thru. Dla przypomnienia napiszę, że moje ulubione to bankomaty i skrzynki pocztowe, a i do apteki ostatnio zajechałam. W Houston jest nawet kościół gdzie bez wysiadania z samochodu można dostać błogosławieństwo.
Dziś natomiast dowiedziałam się o drive thru swine flu shot gdzie jak sama nazwa wskazuje można zaszczepić się bez wysiadania z samochodu. Bardzo na czasie. Podobno ludzie stali w korku po parę godzin.








W Austin jest nawet drive thru swine flu tent, czyli namiot izolatka, do której przywozi się chorego z  objawami grypowymi.  Chodzi o to, aby ci co kaszlą nie zarazili tych, którzy przyszli do szpitala po to aby na przykład urodzić czy wsadzić sobie nogę w gips.
Jeśli chodzi o świńską grypę to ja nadal trzymam się zdrowo, aczkolwiek gdzie nie pójdziesz to wszędzie się słyszy, że ten i ten jest chory, albo tego dzieci też zachorowały. Mam nadzieję, że u was wszyscy zdrowi.



Zdjęcia z Houston Chronicle i z MSNBC.
niedziela, 24 lutego 2008
Okazuje się, ze w Houston dobrze jest podkuć sobie buty w lutym. Niekoniecznie z powodu mrozów.
U męża w pracy panuje teraz jakiś obsesyjny konkurs na chodzenie. Cała grupa dostała krokomierze i przez miesiąc liczą kroki. Co tydzień odbywa się grupowe spisywanie liczników, a po miesiącu wiadomo będzie, która grupa najwięcej wychodziła. Nie wiedzą jeszcze co jest nagrodą, ale pewnie coś w stylu $50 gift certificate do sklepu z szynkami czy też do restauracji meksykańskiej. Żeby czasem nikt za dużo nie schudł.
Mąż jest jak w transie. Wszędzie chce chodzić, bo codziennie trzeba wychodzić conajmniej 10 tysięcy kroków. Oczywiście on chce więcej.
W Europie czy też w takim NY wiadomo- co to jest 10 tysięcy kroków? To dwugodzinny spacer, albo po prostu wybranie się na miasto. Ale w Houston chodzenie nie jest łatwą sprawą. Głównie ze względu na czas i na dojeżdżanie do i z pracy. Bo zanim się wróci trzeba już iść spać.
Tak wiec od tygodnia nasze życie podporządkowane zostało chodzeniu. W związku z tym, że przychodzę z pracy o jakąś godzinę wcześniej od męża - przygotowuję obiad, przebieram się w dresy i czekam aż przyjedzie żebyśmy mogli pójść. Pójść pochodzić. I tak już przez tydzień. Dodatkowo, na spotkania ze znajomymi wybieramy puby (ja na soczek oczywiście) w granicach tak zwanego walking distance. Z drobnego skoczenia do sklepu po chlebek robimy wyprawę (wiadomo- zawsze to dodatkowe 3 tysiące kroków). Tak więc chodzimy teraz wszędzie. Za chwilę na przykład idziemy do znajomych na wieczorną pizzę.
Oczywiście są w grupie ściemniacze. Podejrzewamy, że ci którzy generalnie ledwo się ruszają, a przynoszą po 130 tysięcy kroków być może przyczepiają krokomierze do obroży psa, który nabija im te kroki w ciągu dnia. Taka mam teorię. Są też tacy, którzy nie przynoszą za wiele. 2 - 3 tysiące dziennie. Tyle to akurat można wychodzić w biurze. Parę razy do sklepiku po batonika i spowrotem.
Poprzednio pracowałam w korporacji i tam też mieliśmy tego typu zawody. Tam przodowało Weight Watchers, czyli grupowe chudnięcie i liczenie kalorii. Każdy spisywał ile zjadł i ile może jeszcze zjeść, i wygrywała ta grupa która najwięcej schudła. Były jakieś specjalnie na tą okazję wydrukowane notesiki, formularze, kalkulatorki i inne pierdoły.
Ciekawe czy w innych firmach też macie takie zawody?
czwartek, 29 marca 2007

Starzejemy się. Nikt nie zaprzeczy. Zaczynamy się także powoli sypać. Ze względu na to, że jestem przezorna- chodzę sobie raz do roku na tak zwany przegląd. Z reguły jestem zdrowa, więc wymyślam sobie jakiś tam problem i przy okazji zażyczam sobie badania krwi, ogląd znamion na skórze (bo trochę mam) i skierowania do jakichś egzotycznych specjalistów. Tym razem miałam jakiś tam problem zdrowotny, o którym nie będę tutaj wspominała, ale miałam też tak zwany problem wydumany. A mianowicie chciałam się zaszczepić przeciwko żółtaczce. (Jesteście zaszepieni?) Gdy mieszkałam w Polsce tak jakoś zawsze mi wyszło, że jak miałam okazję się zaszczepić to nie mogłam bo ta ostatnia szczepionka, która powinno się wziąć po 6 miesiącach była mi zawsze nie na rękę. To znaczy nie było mnie już wtedy w Polsce, bo byłam na wakacjach w Stanach. Tak więc żyłam sobie bez tej szczepionki dobre kilka lat.

niedziela, 18 marca 2007
Wstałam. Ale zaraz idę spowrotem spać. Monsz leci dzisiaj do San Diego na "wycieczkę" z pracy, więc wstałam żeby mu zrobić herbatkę i tosta z lemon curd.
Boli mnie lewe ucho. Tak jakbym na czymś spała, na przykład na guziku od poduszki, tyle tylko że ja nie śpię na poduszkach więc w sumie jest to niemożliwe. Zastanawiam się natomiast czy możliwe jest, że w nocy wlazł mi tam pająk. Pająk skaczący, o który pisałam tu kiedyś (kurcze nieźle, na moim googlu jak się wpisze "skaczące pająki" to hjuston jest na pierwszym miejscu, u was też?). Wiosna rozpoczęła się na dobre i skaczące pająki wylazły ze szpar. Pewnie są nieco wkurzone.
No więc myślę, że mógł to być pająk, bo widzę właśnie, że mam ugryzienie pająkowe na prawej nodze. Skurczysynek, pewnie potem po tej nodze wlazł mi do ucha.
Może tam jeszcze siedzi?
piątek, 09 marca 2007
Wkładałam sobie szkła kontaktowe i porysowałam sobie oko. Dlatego też dzisiaj nie będę się produkowała.
wtorek, 02 stycznia 2007
Dzisiaj nadaję z łóżka. Mam nadzieję, że powiedzenie "Jaki Nowy Rok, taki cały rok" nie spełni się w moim przypadku. Spędziłam go bowiem w łóżku. W łóżku z chorobą znaczy się.
Wczorajszy Sylwester okazał się kompletnym niewypałem i impreza pt Bad Taste, o której pisałam poprzednio, została przełożona na zdrowsze czasy.
Już z samego rana wiedziałam, że nie nadaję się na jakąkolwiek imprezę i że ubranie się w spódniczkę w lamparci nadruk i plastikowy czerwony płaszcz może się okazać zgubne dla mojego zdrowia.
Około godziny 12 zadzwonił do nas organizator imprezy i stwierdził, że jego dziewczyna nie czuje się najlepiej i że ma jakąś grypę żołądkową. Wymiotuje znaczy się. Zadzwonił tylko aby sprawdzić czy mimo mojej choroby przychodzimy i zapewniał, że moje kichanie nikomu nie będzie przeszkadzało. Stwierdził, że on już i tak się odpornił, bo przecież leciał razem z nami w samolocie i wdychaliśmy to samo wykichane przeze mnie powietrze. Nie omieszkał też wypomnieć, że podejrzewa mnie o kradzież wszystkich chusteczek higienicznych z pokładowej toalety. A właściwie z dwóch. Przyznałam się. Rzeczywiście zużyłam wszystkie chusteczki znajdujące się na pokładzie samolotu, a pod koniec lotu zaczęłam używać ręczników papierowych co przyczyniło się do podrażnienia nosa i nadania mi przezwiska Rudolf.
Tak więc o 12 planowaliśmy, że na imprezę idziemy. Na trochę. Tak tylko, żeby się pokazać.
O godzinie 16 gospodarz imprezy zadzwonił aby powiedzieć, że kolejne trzy osoby są też chore i że nie przyjdą i że w takim wypadku odwołał imprezę ale żebyśmy przyszli na kolację. Bo kto zje to wszystkie jedzenie?
Ubrałam się w ciepły sweter. Dość sylwestrowy, bo ze srebrną nitką. Poszliśmy do sklepu po szampana i dojechaliśmy. Był to najbardziej interesujący sylwester w moim życiu. Po wejściu okazało się, że pan domu przygotował fantastyczną kolację podczas gdy jego dziewczyna leżała w łóżku z wiaderkiem. I tak sobie siedzieliśmy. My przy stole, z otwartymi drzwiami do sypialni, a ona w łóżku z wiaderkiem.
Po godzinie "dźwignęło się biedactwo", więc trochę z nami posiedziała. Pokichałyśmy sobie do siebie i zaczęły mnie brać dreszcze. Do domu wróciliśmy po godzinie 23. Nowy Rok przywitałam lekarstwem na grypę i poszliśmy spać.
A dzisiaj tak się snuję. Monsz mi co chwila przynosi jakieś soczki cytrynowe, więc mam nadzieję że do jutra mi przejdzie.
czwartek, 07 września 2006

Byłam dzisiaj na mojej finałowej wizycie u dentysty. Miało to być polerowanie. Wiecie, w Stanach niby chodzi się na to czyszczenie zębów podczas, którego wydłubują ci wszystko i wszędzie. No i ja na takie czyszczenie poszłam, ale jak się okazało nie mogli zrobić polerowania bo tą koronkę miałam i trzeba było poczekać. Dzisiaj wybiła godzina X, i udałam się na polerowanie cokolwiek to miało znaczyć. Dodam, że podczas moich dwóch poprzednich wizyt średnia długość czasu czekania aż jaśnie państwo zechcą mnie przyjąć wynosiła 45 minut. Dzisiaj zapowiadało się podobnie. Wizytę miałam wyznaczoną na godzinę 10.30. Nastawiłam sobie komputer na 10.15 żebym nie zapomniała. Odłączyłam się z telekonferencji (z tej o której wspominałam kilka postów temu), wsiadłam w mazdunię i jazda.

Byłam na miejscu o 10.25. O godzinie 10.50 dziewczyna, która także miała wizytę na 10.30 zapytała się ile jeszcze musi czekać. Pani odpowiedziała, że chwilkę. Po czym obie zobaczyłyśmy dwie panie pomoce dentystyczne wychodzące z kliniki. Po chwili przylatuje doktorek Sycylijczyk i mówi do niej tak: musi pani poczekać jeszcze 5 minut, bo moje asystentki musiały pójść po ramki. Myślę sobie, no cóż może nie rozumiem słownictwa i one rzeczywiście musiały pójść po jakieś ramki do zębów, bo im się akurat skończyły. Ale nie. O godzinie 11.10 (40 minut spóźnienia) damusie wróciły, a w rękach niosły ramki na zdjęcia ze sklepu CVS. Wybuchnęłam śmiechem, bo jakoś nie mogła uwierzyć, że ten doktor był na tyle durny aby przyjść i nam o tym powiedzieć. O ramkach. Bo to cholera strasznie ważna rzecz te ramki i musiałyśmy wykazać zrozumienie. Dziewczyna obok nie wykazała zrozumienia i także parsknęła śmiechem. 

Nie mogłam zrozumieć dlaczego tak ciężko im było do mnie zadzwonić i poprosić abym przyszła później? Przecież wiedzą, że ludzie w ciągu dnia pracują. Nie mogłam też zrozumieć jak można pozwalać pracownikom iść po ramki gdy ludzie czekają w kolejce?

O 11.20 nie wytrzymałam. Wstałam, powiedziałam że to czekanie mnie osłabia i że nie chcę już dłużej czekać i że idę i że nie wrócę i baj baj. I że Monsz też do nich o tej 15.30 nie przyjdzie. Muszę przyznać, że czułam się zadowolona. Nie będzie dentysta pluł mi w twarz. A zęby wyczyszczę sobie sama.

wtorek, 08 sierpnia 2006
Będzie dość osobiście. Wybrałam się dwa tygodnie temu do dentysty. Przyznam się, że ostatni raz u dentysty byłam więcej niż pół roku temu. Spodziewałam się tak zwanych ubytków.
Był to mój pierwszy raz u dentysty w Stanach. Tak się jakoś złożyło, że do dentysty zazwyczaj chodziłam podczas wizyt w Polsce, pomimo tego, że zawsze miałam dobre ubezpieczenie. Nie bardzo potrafię sobie wytłumaczyć czym było to spowodowane...
Poszłam na sprawdzenie. Gruby pan Meksykanin kazał podpisać mi jakieś papiery, że niby nie będę ich sądzić jeśli mnie popsują i kazał czekać.
Przyszedł pan doktor.
Jak się masz koteczku?
No jak to jak. Panika. Poty. Przykre wspomnienia z dzieciństwa gdy to na przykład ugryzłam panią dentystkę Bekeszową w palec.
Zrobili mi prześwietlenie, posadzili na krześle i kazali słuchać. Przypomniał mi się wtedy odcinek Jasia Fasoli u dentysty, który widziałam chyba z 10 razy. Próbowałam przestać się śmiać.
Doktor Safari – kolejny lekarz Sycylijczyk (pierwszy to doktor Satori- nasz kardiolog), w rozpiętej koszuli, spod której wychodziły włosy z klatki piersiowej zaczął wykład. Po pierwsze jestem z tego biednego kraju, w których nie stosuje sie takich praktyk, ale tutaj się stosuje i on mi dobrze radzi abym dała się namówić. Ale o co chodzi? Radził mi założyć koronkę. Jezu! Przecież ja taka stara nie jestem, żeby mi zakładali jakieś sztuczne zeby. A jednak. Otóż miałam w dzieciństwie leczenie kanałowe. Lewa, dolna piątka. Podobno w Stanach na każdy wyleczony kanałowo ząb nakłada się koronkę. W Polsce nikt mi niegdy nie zwrócił uwagi, że nie mam, a że powinnam mieć. Podejrzewam, że takich praktyk się nie stosowało. Wiem co mówię, bo chodziłam kiedyś z takim chłopakiem, którego brat był dentystą, a ojciec miał własną przychodnię dentystyczno-protetyczną. Dbali o te moje zęby, więc chyba by mi powiedzieli gdyby coś trzeba było chronić. Ale mi nie powiedzieli, więc podejrzewam, że nie wiedzieli.
Muszę tylko zapłacić $300 (resztę pokrywa ubezpieczenie) i już. 2 tygodnie temu założyli mi taką tymczasową. W czwartek idę na założenie stałej.
Poza tym, wszystko pięknie. Zero ubytków. Ale prawdę mówiąc jakiś ten dentysta wydawał mi się byle jaki, bo nie sprawdził każdego zęba po kolei, tylko kierował się tym prześwietleniem. Może i rzeczywiście mógł tam zobaczyć wszystko, ale jakieś mi się to wydaje naciągane.
I tak to będę miała sztucznego zęba (tzn. koronkę, ale to właściwie jedno i to samo)i moja wartość rynkowa spadnie. Pozdrawiam wszystkich którzy mają koronki, mostki i inne implanty.

sobota, 05 sierpnia 2006
Jestem ślepa kura. Mam -4.5 i bez okularów widzę powiedzmy sobie szczerze niewiele. Zaczynałam jak wszyscy, od -0.5. Pamiętam gdy byłam mała to zawsze spoglądałam na moją Mamę , która też nosi okulary i tak sobie marzyłam- może pewnego dnia też będę mieć swoje własne okulary... Pamiętam, że gdy mojej Mamy nie było w domu to wyciągałam starą parę tak zwanych "kotów", nakładałam je na nos i tak sobie siedziałam. No czubek, po prostu czubek. Tak więc teraz mam. -4.5.
Tak się jakoś złożyło, że przez te kilka lat przez które tu mieszkam, nie zapłaciłam ani centa za jakiekolwiek okulary czy też szkła kontaktowe, bez których żyć się nie da. Zawsze jakoś wykombinowałam, że tu ubezpieczenie tam jakiś kuponik i tak już 3 lata jadę sobie za darmochę. W zeszłym roku miałam zamiar sobie zrobić operację, ale już mi przeszło. Mój szef sobie zrobił i teraz musi sobie zakraplać oczy 10 razy dziennie, bo mu strasznie schną. Nawet w nocy musi się obudzić, żeby sobie zakroplić. Poczekam sobie jeszcze ze dwa lata, może coś wymyślą na te suchoty.
Tak więc nie narzekam. No ale nie wszyscy mają tak lekko. Niektórzy żyją bez okularów, a widzą słabo. I nawet nie wiedzą, że można widzieć lepiej.
Okularników jest sporo. Jak już ma się jedną parę, to istnieje duże prawdopodbieństwo, że za rok albo dwa będzie się miało następną. I tak zbiera się kolekcja. Ja mam obecnie 5 par okularów (ale generalnie używam szkieł kontaktowych). Jedne -3, dwie pary -4, i dwie -4.5. -3 i -4 nie używam, więc sobie siedzą w szufladzie.
Znalazłam stronę
organizacji, która zajmuje się dystrybucją takich właśnie okularów z szuflad do krajów trzeciego świata. Wiem już, że moje polecą do Sierra Leone. Być może przyczynią się do tego, że ktoś się z kimś rozwiedzie, bo na przykład żona zobaczy w końcu jak brzydki jest ten jej mąż... Ale być może przydadzą się komuś.
Może wy też macie jakieś takie zakurzone okulary, które mogłyby się komuś przydać?
piątek, 28 lipca 2006
Ciekawy przedmiot. Jak widać ceny też dość interesujące. Najbardziej dopba mi się ten z onyksem, dla dyskretnego gentelmena. Więcej na ich stronie.





środa, 19 lipca 2006
Nie wiem na ile to pomoże, ale może pomoże, więc dlatego to tu wklejam. Chodzi o rzekę, nad którą dorastałam, i nad którą spędziłam najśmieszniejsze i najbardziej beztroskie lata mojego życia. Może się podpiszecie?
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston