z życia houston

środa, 14 lipca 2010
Chciałam tej notce nadać tytuł 'śmierdzący fallusik', ale pomimo tego, że byłby to tytuł dość chwytliwy, byłby także dość obrzydliwy. Zostańmy więc przy Śmierdzielu.
Amorphophallus titanum czyli Dziwidło olbrzymie to według Wikipedii -  Roślina wieloletnia dorastająca do 7 m i będącą największym przedstawicielem rodziny obrazkowatych. Roślina wypuszcza z bulwy jeden duży liść w kształcie małego drzewka, który utrzymuje się przez okres 10-14 miesięcy, następnie zamiera. Roślina przechodzi w trwający 3 do 12 miesięcy okres uśpienia. Następnie rozpoczyna się kolejny cykl życia, w którym dziwidło olbrzymie wypuszcza kolejny liść, bądź kwiatostan- nigdy naraz.
Kwiatostan osiąga do 3 metrów wysokości. Zapach przypominający gnijące mięso, przyciąga owady zapylające kwiat. Amorphophallus titanum kwitnie po raz pierwszy w 8-10 roku życia. Po kwitnieniu następuje czas spoczynku trwający 12-18 miesięcy.
Mamy takiego dziwoląga w Natural Science Museum. Całe miasto przeżywa fakt, że już za momencik kwiatek zakwitnie i będziemy mogli poczuć jego zapaszek. O kwiatku pisze lokalna gazeta, są zdjęcia na flickr i jest nawet live webcam jakby komuś nie chciało się iść do muzeum. Muzeum, tak przy okazji, jest z tej okazji otwarte 24 godziny na dobę. Podobno są kolejki po bilety. Podobno.
Chciałabym wybrać się tam z moim synem, ale boję się, że w obecnym stanie mogłabym się tam po prostu porzygać.




czwartek, 01 lipca 2010
Lonegunman napisał u siebie, że chyba będzie głosował na Kaczora. W sumie nie dziwię mu się, bo jak mówi moja kuzynka, która w pierwszej turze na Kaczora nie głosowała, jeśli zwycięży Komarek to nikt nie będzie vetował. A bez veto to co to za rządy?
Ja jeszcze nie wiem na kogo zagłosuję. Trochę mi się nie chce iść w ogóle, bo w polskim sklepie przy kościele, w którym się głosuje nie ma pączków. No nie robią w wakacje pączków, bo ludzie powyjeżdzali (tak mi powiedział jakiś nowy chłopaczek, który tam pracuje). Nawet mrożonych już nie było. Skandal normalnie.
Jakby były (te pączki) to może i bym zagłosowała, a tak to nie zagłosuję. I jeśli będzie taka sytuacja, że przeważyłby jeden głosik to wiecie kogo winić. Nie, nie mnie- tych którzy nie robią tych pączków, bo takich jak ja jest w Houston pewnie więcej.
poniedziałek, 10 maja 2010
Ta parada jest jedną z moich ulubionych houstońskich imprezek, ale także dołuje mnie, bo przypomina mi ile to już razy na niej byłam i ile to już lat tu mieszkam. Choć przyznam, że nie byłam na ostatnich dwóch (z powodu ciąży i z powodu upału).
W tym roku bogowie byli łaskawi. Weekend był trochę chłodniejszy i dało się wyjść z dzieckiem na godzinę czy dwie. Widać, że impreza jest coraz bardziej popularna bo samochodów było o wiele więcej niż 3 lata temu.
Specjalne podziękowania dla Matyldy za możliwość zaparkowania na ich drivewayu.

































I moi ulubieńcy







piątek, 07 maja 2010
Słyszałam, że w Polsce znowu zima. A u nas prosze ja was, lato do zrzygania. Znowu pewnie będzie susza, bo od dwóch tygodni pogoda wygląda jak poniżej i nie zanosi się na szybkie zmiany.



Mój sklepik kwitnie choć przyznam, że pracuję coraz mniej.  Mam też ostatnio więcej czasu na czytanie nie tylko The 4-Hour Workweek, irs.gov czy też Fulfillment by Amazon. W końcu powróciły czasy, w których mogę sobie spokojnie usiąść i przeczytać Twój Styl.
W związku z tym, że pracuję mniej, mam sporo czasu na zajmowanie się moją plantacją pomidorów, która nie tylko kwitnie, ale także obradza. Myślę, że już niedługo otworzę kolejny biznes czyli fabrykę keczupu.
Jak widać, pomimo tych wszystkich minusów, są też pewne plusy związane z mieszkaniem w ciepłych krajach. Jednym z nich są pomidory pod koniec kwietnia.










A tu pierwsze papryki. Jeszcze malutkie, ale myślę że już za parę dni będę mogła otworzyć także fabrykę leczo.


niedziela, 25 kwietnia 2010
W przeciwieństwie do Ani rusza mnie to. Gdy przeczytałam o pomyśle przeniesienia centrali Continental do Chicago myślałam, że spadnę z krzesła. Po pierwsze, co to za pomysł aby łączyć się z taką (sorry Czikago) linią, a po drugie co to za pomysł aby przenosić się do miasta, w którym przez pół roku pada śnieg i co chwila odwołują loty?
Za liniami United nie przepadam. Nie mam zbyt miłych doświadczeń. Odwołali mi kiedyś lot w Denver i musiałam koczować bez płynu do soczewek przez całą noc. Poza tym- stewardessy mają takie brzydkie mundury ... (Fakt, że najbardziej dziadowskie mundury ma bez porównania Northwest,  a najmniej seksi zdecydowanie Southwest- chodzi mi o te szorty).
Continental też nie jest idealne (wypocone hamburgery na pokładzie i ten bzdurny system sadzania pasażerów, który powoduje że tak naprawdę zapakowanie samolotu trwa o wiele dłużej. No ale, żeby te drobne minusy nie przysłoniły nam plusów...
Continental jest przede wszystkim nasze. Nasze hjustońskie. Właśnie ten durny pomysł przeprowadzki do Czikago uświadomił mi, że chyba jestem lokalną patriotką, bo poruszyło mną to bardzo.
Continental w Houston to jeden z niewielu plusów mieszkania w tym mieście. Continental ze swoimi połączeniami do prawie każdego zakątka USA sprawiał, że mogliśmy szybko i tanio stąd uciec. Continental ma własny terminal międzynarodowy, na którym przyjemnie jest wylądować nie tylko dlatego, że zbyt długo nie czeka się na walizki, ale także dlatego, że wszystko działa na nim jakoś szybciej i sprawniej. Przyznacie sami mieszkańcy Houston, że terminal E w porównaniu do D to niebo i ziemia.
Jakiś czas temu, podobnie jak Ania, która marzyła że znajdzie pracę w United, ja marzyłam sobie że będę kiedyś pracowała dla Continental. Pracowałam w transporcie i jakaś taka miłość do tego transportu pozostała (dwie inne firmy, w których ciałam pracować to amazon.com i FED- chociaż FED trudno nazwać firmą). Codziennie przeglądałam oferty pracy, bo pracę w centrali można zawsze znaleźć.  Nie zdecydowałam się na wysłanie życiorysu, bo podobno słabo płacili, ale do tej pory mam taki jakiś żal, że nigdy tam nie pracowałam. Podobno Continental to świetna firma dla pracujących mam. Podobno ...
Dzięki temu, że mamy tu centralę możemy na przykład nabijać sobie mile nie tylko dzięki zużywaniu energii (Gexa oferuje 1 milę za 1 dolarka), ale także na przykład robiąc zakupy w Krogerze czy tam w Randalls.
Wiadomo, że nie wszyscy pracownicy przeprowadziliby się do Chicago. Niektóre stanowiska zostaną zlikwidowane, a inni po prostu nie będą chcieli się tam przenieść. Nie każdy lubi śnieg i chicagowską pizzę. Niektórzy bardziej od hot dogów cenią sobie dobry tex-mex, że o barbakiu już nie wspomnę ... Tak więc myślę, że jesli do tej fuzji dojdzie i Continental naprawdę przeniesie się do Chicago to być może Ania będzie miała spore szansę na znalezienie nowej pracy tam właśnie. No, ale nie żebym życzyła koleżance źle- wolałabym aby wszystko zostało na swoim miejscu czyli Continental Airlines w Space City.
czwartek, 08 kwietnia 2010
Ogólnie wiadomo jest, że w Ameryce policja bardzo rzadko zatrzymuje za przekroczenie prędkości i że co druga osoba tą prędkość przekracza. Wieczorami większość (przynajmniej w Houston) jest po drinku czy dwóch (bo w Houston do baru bez samochodu niby się nie da). Często widzi się tych, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle, albo nie zatrzymują się na STOPie, albo robią Californian rolling stop.
Jakiś czas temu wydzwaniał do mnie jakiś policjant, który prosił o datek na houstońską policję. Dzwonił średnio raz na miesiąc. Wydzwaniali chyba do wszystkich, którzy mieli zarejestrowaną działalność gospodarczą. Zawsze mówiłam NIE NIE NIE aż w końcu powiedziałam mu- panie- to jest żałosne, że tak wydzwaniacie i się prosicie bo pieniądze leżą w tym kraju na ulicy. Wystarczy wyjść z radarkiem (ale nie z radarkiem123) na ulicę i pieniądze  znajdą się w 5 minut. Dzisiaj właśnie pan policjant odebrał ode mnie to, czego wcześniej nie chciałam mu dać. Wlepiono mi bowiem mandacik.
W sumie to niby jestem nie w humorze, ale tak trochę się cieszę, że w końcu policja ruszyła mózgownicą i zaczęła zatrzymywać piratów drogowych (mnie?).
Policji na ulicach jest teraz sporo. Czają się nie tylko na Durham i Allen Parkway. Są wszędzie. Podobnie jest w innych miastach. Na zachodzie kraju mówi się o tym, że Kalifornia próbuje mandacikami załatać dziurę w budżecie. Na wschodzie, jak donosi Wujek Zdzisiek- kierowcy zaczęli używać świateł, aby ostrzec innych,  że za rogiem czai się radarek...
A wszystko to dzięki mnie ... Gdybym wtedy temu policjantowi nie wygarnęła to pewnie do tej pory siedzieliby w biurach i wydzwaniali po prośbie.
To by było na tyle. Idę poczytać o DSC, bo wolę zapłacić mniej i nie mieć punktów karnych.
piątek, 05 marca 2010
Wybrałyśmy się  z Matyldą na rodeo. Przyszedł czas aby mój Niuniuś zobaczył krowę z bliska. Matylda była wcześniej więc wiedziała, że aby przepchać się przez tłumy dzieciaków ze szkół i przedszkoli należy być pod stadionem już o 9 rano. Ryzykując kłótnię z mężem, który kazał mi siedzieć w domu i czekać, bo królowa angielska wysłała naszemu Niuniusiowi paszport, który miał być dzisiaj dostarczony - poszłam bo uważałam, że krowy i kowbojki są równie ważne.
Założyłyśmy na nogi kowbojki (moje te szare) i wybrałyśmy się na rodeo.


Dużo się dzieje na takim rodeo. My byłyśmy tylko na pokazie bydła, ale po samym parkingu widać, że impreza jest Texas size.
Zawsze żal mi było miejskich dzieci, które to krowy widzą tylko w zoo. A teraz sama poleciałam z Frankim aby pokazać mu krowy, owce i świnie i zapłaciłam za to siedem dolarków plus parking. A u babci mógłby zobaczyć za darmo ... I nawet krowę mógłby wydoić u cioci Janinki jakby bardzo chciał.
Oj dzieje się na tym pokazie bydła. Aż nie wiem od czego by tu zacząć ...
Zacznę może od jajka, bo na początku było jajko.
Tak więc można sobie zobaczyć jak wykluwają się kurczaki.








Większe zwierzaki też rodzą się publicznie. Był nawet grafik, na którym było napisane że o tej i o tej poród owcy, a o tamtej świni.
Te tu akurat urodziły się dzisiaj rano. Udało im się rodzić bez widzów (BTW- uwaga spojler - Pam z the Office się to wczoraj nie udało).



Krowy, które są brudne jak świnie można było podglądać pod prysznicami. Swoją drogą ciekawe czy są te same prysznice, w których się w przeszłości kąpali zawodnicy z houstońskiej drużyny footballowej?



Żeby tych krów później nie przewiało trzeba je oczywiście wysuszyć.



Wyczesane i wyperfumowane wyglądają jak te poniżej.



No i później takie lale idą na wybieg. A potem wiadomo gdzie - na hamburgery.



Oprócz krów, można też było podziwiać indyki. Teksańczycy nie owijają w bawełnę, ale jeśli ktoś by nie wiedział po co się hoduje indyki to wystarczyło popatrzeć na zdjęcie, które znajdowało się w zagrodzie indora (btw- biedny indyk musiał się nieźle stresować widząc co go czeka).



Po wyjściu z hali można było od razu zatrzymać się przy jednaj z budek, w których sprzedawali Texas size turkey leg.







Z kurami było podobnie.



Oprócz zwierząt można też było kupić wiele rzeczy. Grille, różowe torby kamuflarzowe na kowbojki, materace, paski, kapelusze, przedpotopowe ubrania kowbojskie, skóry, koszulki z Indianinem, kalosze kowbojki i oczywiście pickupy.



















No i na koniec skusiłyśmy się na zdjęcie z longhornem. W Egipcie się robi kiczowate zdjęcia na wielbłądzie, a u nas na krowie.



BTW- cholernie podobał mi się pasek pani cowgirl.



No coż- po Frankowej minie wiadomo, że raczej prawdziwym kowbojem to on nie jest...




Fajnie się bawiłyśmy. W następnym tygodniu pójdziemy pewnie jeszcze raz.

PS- Oczywiście podczas mojej nieobecności facio był tu z tym paszportem i teraz muszę po niego jechać na jakieś zadupie.
piątek, 15 stycznia 2010
Jak wspomniałam w poprzednich notkach, jest u nas obecnie Babcia Mamut. W związku z tym możemy sobie niby chodzić tu i tam. Dawno temu obiecałam publicznie na tym blogu, że o interesujących wydarzeniach będę informowała przed faktem, zamiast jak to było dotychczas - chwalić się, że byłam - po fakcie.
Planowałam, że skoro jest tu moja mama, to może wybrałybyśmy się razem na: Warszawę mojej Mamy, ale sama już nie wiem czy chce mi się iść na to przedstawienie, tym bardziej że będę bardzo zmęczona po sobotnim maratonie. W tym roku jak zwykle nie biegnę, ale jak zwykle idę kibicować. Ostatnio kibicowałam koleżance, której maraton rozwalił kolano. Mam nadzieję, że koleżanka, która biegnie w tym roku nie rozwali sobie kolana, bo do swojego wesela będzie miała mało czasu i może się nie zagoić. Tak więc idę kibicować. W fajnych czasach żyjemy, bo można sobie stać w jednym miejscu, palić fajki (jak ktoś pali) i sprawdzać na telefonie jak daleko jest ten nasz biegnący znajomy. Jak już będzie blisko to wyskakujemy zza krzaków i zaczynamy kibicować. Jeśli widać, że znajomy wolno się przemieszcza to wiadomo, że pewnie rozwalił sobie kolano.
Idę na start o 7ej rano, bo i tak wcześnie wstanę.

Natomiast w następnym tygodniu w Rice University grają film, którego nie powinno się przegapić - Haynesville . Też idę. Seans jest już sold out - ale być może w lutym będzie kolejny. Więcej informacji TU. Polecam.


Haynesville Movie Trailer from Gregory Kallenberg on Vimeo.

środa, 09 grudnia 2009
Byłam, widziałam, zjadłam i mam.
Nigella Lawson promuje swoją książkę Nigella Christmas i jest w Houston. Wczoraj można było się z nią 'spotkać' w Leibman's Wine and Fine Food Deli, a dzisiaj była w Williams-Sonoma w Town&Country Village.



Pojechałam w sumie głównie dlatego, że nie mam ostatnio o czym pisać na bloga. Kolejka była sporawa, a byłam z niewyspanym dzieckiem. Na szczęście Franek zachowywał się bardzo grzecznie, pomimo tego, że w sklepie było wiele rzeczy, które chciał dotknąć- jak na przykład jakaś piramida z talerzy czy innych takich.
Koleżanki Asia i Magda były bardzo cierpliwe i nie przeszkadzało im to, że pomagały mi nie tylko taszczyć wózek, a także pozwalały Frankowi bawić się ich iphonem (kasiah24 - masz konkurencję).
Sklep WS jaki jest każdy wie. Pełno jest w nim pierdułek, które każdy chciałby mieć, a na które nikt nie ma albo kasy, albo miejsca w kuchni. Mają tam też masę tak zwanych pierduł jak na przykład elegancko zapakowane pudełka do popcornu. Z rzeczy bardziej sensownych był tam na przykład syfon. Co prawda kosztował 2 stówki, ale był. Chętnie dostałabym taki w prezencie.
No ale wracając do tematu to Amerykanie są bardzo przeczuleni jeśli chodzi o ewentualne wpychanie się w kolejkę. Przyszłam wcześniej ('przyszłem wcześniej, bo nie miałem co robić') i chciałam sprawdzić czy przypadkim koleżanki nie stoją już gdzieś bliżej. Już jakiś facet wyskoczył na mnie z paszczą, że kolejka to w tamtą stronę. Przypomniały mi się czasy z podstawówki kiedy stało się w kolejce po obiad i znajomi potrafili wpuścić (zazwyczaj za siebie oczywiście) cała klasę. I nikt nie podskoczył ... Taki facet to by w Polsce nie przetrwał.
No więc stałyśmy, zjadłyśmy po cisteczku, wypiłyśmy jakiś napój, kupiłyśmy książkę, która IMHO była overpriced (jak wszystko w tym sklepie tak na marginesie) i posłyśmy na lancz.
Nigella jak widać poniżej pięknie się uśmiecha. Zapytała się czy jesteśmy ze Skandynawii i nawet książki nie oddała do rąk własnych. Miała od tego pomocnika. Pomocnicy robili także zdjęcia i robili za ochronę (ochronę z patelnią).
No więc mam tą książkę, fajnie było i mam nadzieję, że docenicie fakt, że się dla was poświęcam.



tu dziewczyny i Franek stoją w kolejce






tu Nigella z Rudolfem



a tu się pięknie uśmiecha do mojego aparatu (szkoda, że nie do mnie). (Info dla znajomych- zdjęcie ze mną, a nie z moją ręką na fejsbuku).

Acha, zapomniałam jeszcze napisać o wrażeniach po zobaczeniu Bogini na własne oczy. No ładna jest rzeczywiście. Trochę przy kości i trochę biuściasta. Charakter pisma ma taki sobie ;)

wtorek, 24 listopada 2009
Kilka zdjęć z niedzielnego wypadu do downtown gdzie miał miejsce festiwal podczas, którego lokalni artyści malowali kredą na asfalcie. Dochód z imprezy przeznaczony był na The Center for Hearing and Speech - jedyne miejsce w Houston gdzie uczy się głuche dzieci komunikowania się bez używanie języka migowego (TU można zobaczyć wideo o centrum, ale ostrzegam, że można się wzruszyć).















A ten gościu widoczny jest na wszystkich hjustońskich imprezach, a także na swoim skuterku w okolicach Montrose



I mój faworyt



A na zakończenie, a propos nie na temat, zdjęcie Franka, któremu włosy rosną jak na drożdżach


środa, 04 listopada 2009
Ostatnio czytałam gdzieś o tym jak dużo miasto zaoszczędziło na wymianie świateł na skrzyżowaniach z normalnych na takie z didami LED. Niestety nie pamiętam dokładnie tej sumy, ale mówimy tu o milionach dolarów. Podobno cała inwestycja ma się zwrócić już w 5 lat.
No ale co ma pierkni do burrito? Otóż mój ulubiony fast food (który BTW nie jest już własnością McDonald'sa) Chipotle instaluje baterie słoneczne w 75 lokalach w Texasie. Cóż za piękna inicjatywa.  Aż chyba pójdę kupić sobie burrito bol to go i w jakiś tam sposób dołoże się do tych paneli.
Ale chwileczkę... Okazuje się, że żaden z lokali w Houston paneli nie dostanie. Podobno u nas się nie opłaca, bo u nas nie ma rabatów. Czyli jak zwykle, niby chodzi o niedźwiedzie polarne, ale tak naprawdę chodzi tylko o forsę.
Wypadałoby jakoś skomentować wczorajsze wyniki wyborów na burmistrza, no ale w sumie nie wiele mam do powiedzenia. Nie głosowałam. Chyba z lenistwa, bo w sumie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. ALE mój głos chyba nie zmieniły historii, bo głosowałabym pewnie jak większość mniejszości albo na panią lesbijkę, albo na pana Afroamerykanina, ale chyba bardziej na tą panią.
Tak czy siak uważam, że poprzedniego burmistrza ciężko będzie zastąpić. Miejmy jednak nadzieję, że dotrze on w końcu do Waszyngtonu i Texas znowu będzie niebieski. Amen.
piątek, 07 sierpnia 2009
Kontynuując poprzednią notkę - może powinnam zapisać się na PoleLaTeaz zamiast pilates? Czym jest PoleLaTeaz? Jest to szkoła tańca na rurze, która właśnie otwiera swoje studio w Houston. 
Bożenku mój, ale ze mnie baba ze wsi, nie wiedziałam nawet że takie szkoły są w Houston tak bardzo popularne. Okazuje się, że jest ich kilka. Najpopularniejsze to: S Factor i Carmen's Boutique. 
Jak się wejdzie na stronę S Factor to w sumie wydawałoby się, że jest to strona właśnie jakiegoś klubu pilatesowego, czy też yogi. Panienki na zdjęciach wyglądają dość profesjonalnie- takie tam znudzone business women. Jest oczywiście sklep z gadżetami, ale te gadżety są raczej dość nieśmiałe. Bardziej odważne (i kiczowate) bajery sprzedają w Carmen's Boutique. Ta szkoła wydaje się jednak być bardziej 'dodgy'. Jak na mój gust, PoleLaTeaz jest na podobnym poziomie.
No ale ten S Factor jest intrygujący. Nie żebym się miała zapisywać, ale poszłabym z ciekawości. Tak jak z ciekawości poszłabym na show (mszę?) Osteena. Nie każdy jednak może sobie takie zajęcia wypróbować. S Factor ma swoje studio tylko w LA, Costa Mesa OC, SF, NY, Chicago i Houston. 
Podobno trenując taniec na rurze można nie tylko skołować swojego faceta, nauczyć się chodzić jak kot, ale (przede wszystkim) pięknie się rozciągnąć (tu i tam) i zrzucić to i owo. Taniec na rurze jest ponoć lepszy od yogi i pilates. Nie wspomnę nawet o moim hula hop. Moje hula hop przy tym tańcu na rurze to mały pikuś. 
S Factor sprzedaje nawet dvd do ćwiczeń w domu. Hmmm ... pozostaje mi teraz przekonać męża żeby zamontował w pokoju przed telewizorem rurę ...
środa, 05 sierpnia 2009
Wczoraj byłam w Motherhood Center na pierwszych zajęciach z rytmiki. Zajęcia jak zajęcia- pani śpiewa i gra na pianinie, mamy skaczą, a dzieci ryczą. Potem wszystkim dzieciom daje się instrumenty i walą w nie, albo gryzą kolegów obok (a mamy dalej skaczą). Na początku trochę byłam rozczarowana tymi zajęciami, bo jak pani zaczęła śpiewać titu titu i piku piku pomyślałam sobie, że sama też tak umiem i w sumie też mogłabym naciągnąć jakieś matki na takie zajęcia z rytmiki. Co prawda nie mam głosu jak pani prowadząca, ale skakać umiem lepiej od niej. 
No ale później się rozkręciło. Byłą nawet muzyka country ... Normalnie nie zapisałabym się na te zajęcia, ale że nie mamy już z koleżanką pomysłów na godne przetrwanie tego upalnego lata, postanowiłyśmy się zapisać. Zajęcia są 2 razy w tygodniu, po 45 minut. Przez cały miesiąc. Samo centrum jest dość wypasione. Wszystko nowe i czyste i w sumie jest dość relaksacyjnie.
W przeciwieństwie do muzeum, które odwiedziłam kilka tygodni temu.
Mamy w Houston Children's Museum, które ma 2 piętra. Parter dla dzieci starszych, i pięterko dla dzieci młodszych. Wjazd kosztuje 7$ i płaci się nawet za roczne dzieci. Plus 7$ za parking. Parter dla dzieci starszych jest całkiem niezły. Mają tam mini miasto gdzie dzieci mogą udawać, że pracują w restauracji i serwować rodzicom zabawkowe obiady. Jest też prawdziwy policyjny samochód, do którego można wejść i wszystko nacisnąć itd. Więcej nie widziałam, bo bałam się że zostanę stratowana przez tłumy wrzeszczących dzieci.
Drugie pięterko jest dla dzieci, które dopiero co zaczęły chodzić albo raczkują. Albo się czołgają, jak Franek. Rodzice muszą założyć szpitalne kapcie i dziecko bawi się na materacach, w tunelach itd. Jest parę fajnych gadżetów typu drzwi wejściowe do domu wielkości dziecka. Mają dzwonek, kołatkę, łańcuch więc dziecko może się wyszaleć przyciskając ten dzwonek poraz setny. Reszta jest taka sobie. Niby sprzątają, ale jak chciałam Franak wsadzić w taką miskę pełną piłek to zauważyłam, że były tam rzygi. Dobrze się maskowały, bo zakryły się tymi piłkami, ale było je widać.



Nie wiem czy warto się pchać do tego muzeum. Myślę, że ja już chyba nie prędko tam pójdę. Moim zdaniem jest trochę za drogo w stosunku do jakości placu zabaw. Natomiast z pewnością zapiszę się na yogę dla mam z dziećmi. I to już od września.
sobota, 01 sierpnia 2009
Od wczoraj na lotsniku IAH (i dwóch innych ale nie wiem których) TSA testuje nowe urządzenie, dzięki któremu możemy sie czuć bardziej bezpieczni (hehe). Za pomocą tego urządzenia wykonywane jest zdjęcie, które ukazuje nas prawie bez ubrań. Zapewne mój kolega z liceum, który marzył kiedyś o okularach dzięki którym może 'rozbierać' dziewczyny ostrzy sobie zęby na taką pracę... 
Cały proces wygląda następująco-  wyjmuje się WSZYSTKO z kieszeni i podchodzi się do tego skanera gdzie zrobione jest zdjęcie. Zdjęcie może być obejrzane tylko przez oficera, który znajduje się w osobnym (zamkniętym) pomieszczeniu. Jeśli oficer ten zauważy jakieś podejrzane przedmioty ukryte pod fałdą tłuszczu szybko donosi o tym oficerowi, który jest przy maszynie robiącej zdjęcie. Co dzieje się potem, możemy sobie wyobrazić. 
Wszystko ma trwać jakieś 40 sekund. 
Jak narazie testy są dobrowolne. Jest specjalna kolejka dla wolontariuszy / ekshibicjonistów. Jeśli jesteś podejrzany i grozi ci kontrola osobista to możesz sobie wybrać zrobienie zdjęcia zamiast obmacywania. Czy i kiedy to urządzenie zostanie wprowadzone na wszystkie lotniska- nie wiadomo.
Niezła bzdura i kolejny wymysł. Nie chodzi mi o to, że nie chcę aby ktoś mnie oglądał bez ubrań, bo tak naprawdę na tych zdjęciach niewiele widać, twarze są niby zamazane i w sumie trzeba być chorym, żeby kogoś takie akurat zdjęcia kręciły. Czy coś takiego jest naprawdę potrzebne? Moim zdaniem nie jest. 
Swoją drogą szkoda mi takiego oficera TSA. Cały dzień oglądać takie obrazki? Podobno do pokoju, w którym się te zdjęcia ogląda nie można ze sobą zabrać nawet telefonu. Nieźle się będą nudzić w pracy, bo jak często wykrywa się kogoś przemycającego noże czy inne bomby? 
A może byłoby łatwiej jakbyśmy wszyscy latali na golasa? Chociaż może nie, bo kto by chciał siadać na fotelu, na którym przed chwilą siedział inny gołodupiec?
Zdjęcie stąd, ale istnieją sprzeczne opinie czy TSA rzeczywiście widzi kobiety w stanikach, bo na zdjęciu poniżej (stąd) widać gołą panią (no ale może ona akurat nie nosi majtek pod spodniami).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston