nowy jork

piątek, 19 maja 2006

Podczas naszej wycieczki do Nowego Jorku wybraliśmy się także do ONZ. Do ONZ może się wybrać każdy. Za $12 można zakupić bilet na godzinną wycieczkę po budynku (oczywiście z przewodnikiem). Nasza przewodniczka była z Niemiec. Ale mówiła świetnie po angielsku i hiszpańsku. Oczywiście przed wejściem sprawdzili nam torby i kieszenie, no ale to już nie dziwi bo sprawdzają tu nas dosłownie wszędzie.
Kobieta streściła nam historię ONZ-u, cele i plany. Była dość konkretna. O wszystkim można sobie przeczytać na Wikipedii. Nie będę tu opisywała celów ONZ-u bo każdy je na pewno zna, a jak nie zna to może sobie przeczytać w Wikipedii. Chciałam podzielić się ogólnymi wrażeniami. Pomimo tej całej krytyki wokół ONZ-u, uważam że taka organizacja jest potrzeba. Ostatnio tak trochę powątpiewałam, ale wycieczka chyba zrobiła swoje, bo już mi się zdanie zmieniło. Pewnie, że krytykuje się te wielkie sprawy i pewnie, że dobrze by było jakby ten ONZ zrobił więcej w niektórych państwach, ale z drugiej strony są setki innych akcji, o których na codzień nie słyszymy a nad którymi ten ONZ pracuje. I chyba to mnie najbardziej przekonało.
Spodziewałam się też ścian z marmuru i złotych klamek, czyli mówiąc krótko marnotrawstwa pieniędzy. A co zastałam – obsyfiałe ściany, wypocone, skrzypiące krzesła i jakąś taka straszną ciemnicę. Wyglądało na to, że pieniędzy na remont nie ma.
Podobało mi się to.
Były tam też różne wystawy. Jedne mniej ciekawe, a drugie bardziej. Były eksponaty z Hiroszimy. Naczynia, monety i inne przedmioty potraktowane bombą atomową. Robi wrażenie...
Spędziliśmy tam ze 3 godziny, ale Kofiego Banana nie spotkaliśmy...

sobota, 13 maja 2006
Nie chcę być monotematyczna, ale dzisiajszy wpis będzie po trochu związany z Izraelem. (To już ostatni).
Mam tu teraz taki problem, bo nie wiem czy mianem Izraelczyków określa się tylko tych, którzy mieszkają w Izraelu? Czy Ci, którzy mieszkają w Ameryce to też Izraelczycy, czy już nie? No i w ogóle czy używanie wyrażenia "Dzielnica Żydowska" jest poprawne? No nie wiem. Próbowałam się dowiedzieć, ale jakoś nie widze jasnych odpowiedzi. Może ktoś wie?
Jak wiecie mój Monsz ma skrętkę na punkcie fotografii. Udało mi się go ubłagać, aby nie brał ze sobą do tego Nowego Jorku zbyt dużo sprzętu, bo nie jedziemy na robienie zdjęć, tylko na łażenie. Trochę pomamrotał, ale w końcu przyznał rację. Tak mi się przynajmniej wydawało. Mówił mi wcześniej o jakimś tam legendarnym sklepie fotograficznym znajdującym się w dzielnicy Żydowskiej, w którym chciał sobie zakupić Lense Baby i coś tam jeszcze. Zapytał się czy możemy tam pójść i że tylko na trochę. Niestety, nie mogliśmy pójść w sobotę, bo w sobotę z powodów religijnych ten sklep był po prostu zamknięty. Tak więc musieliśmy przełożyć to wyjście na niedzielę.
Myślę sobie, sklep jak sklep. Czego można się spodziewać po sklepie fotograficznym? No więc zbliżamy się do 9-ej Alei i zaczyna już być widać coś co może zacząć niepokoić. "Shipping - Receiving" wielkie jak wół. Widać dużo wysyłają - myślę sobie. Ale chyba nie wiedziałam jak dużo.
W zakamarkach, pomiędzy budynkami widać chłopców z pejsami w jarmułkach palących papierosy (albo coś innego) w godzinach pracy . Widać też jakieś dzikie tłumy zbliżające się do tego sklepu. No więc wchodzimy. Zatkało mnie. Spodziewałam się czegoś dużego, ale nie aż tak. Dla porównania napiszę, że ten sklep jest jak połowa Media Marktu w Szczecinie, tyle tylko, że ma 2 pięterka. Wszędzie krążą starzy i młodzi z pejsami i w jarmułkach. Na początku myślałam, że Izraelskie korzenie są wymagane przy zatrudnieniu, no ale później zauważyłam jakichś Meksyków bez pejsów, więc chyba nie miałam racji.
Mój Monsz, wywalił kawę na ławę: skoro już tu jesteśmy to może obejrzymy tego Canona, którego chciałem sobie kupić? No oczywiście można się było spodziewać. Wiedziałam, że na oglądaniu się nie zakończy, bo oglądać to już się naooglądał w Internecie. No ale dobra, niech mu będzie. Idziemy do działu Digital SLR. Ustawimy się w kolejeczkę do jednego z 15 stanowisk gdzie pan objaśnia co i jak. Pan naprawdę znał się na rzeczy, w przeciwieństwie do powiedzmy Customer Service z takiego Best Buy-a. No więc oni tam sobie gadu gadu a ja się rozglądam po tym sklepie. Najbardziej powalił mnie  taśmociąg pod sufitem. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam. Po całym sklepie jeżdzą na tym taśmociągu jakieś zielone koszyki. Widać też jakieś windy. Normalnie jak w jakiejś fabryce. Brakowało tylko świstaków...Chociaż ci goście uwijali się tak szybko, że miało się wrażenie iż jest się w jakimś świecie krasnoludków.
Po jakichś 10 minutach zorientowałam się, że na blacie pojawiły się nie tylko Lense Baby, ale także jakiś obiektyw ze stabilizatorem, wymarzony aparat i coś tam jeszcze. Taaaa.. Prawdę mówiąc wiedziałam, że na tym się skończy. Nie mieli tylko jakiegoś tam czyścika do mojego aparatu, ale "no problem" - przyślą. Podaj pan tylko numer telefonu i my cię już znajdziemy. Wydało się wtedy, że mój Monsz jest stałym klientem tego sklepu (wersji online), bo mieli tam już wszystkie nasze informacje. Myślę, że znają nas tam w tym Shipping i Receiving, bo tych transakcji na naszym koncie było już kilka.
Po chwili zrozumiałam o co chodzi z tymi koszykami. Otóż po tym jak pan wklepał nasze zamówienie do komputerka, ktoś tam na dole dostał sygnał, że to i to trzeba zapakować do zielonego koszyka. Zapakował i wsadził do windy. Meksyk stojący przy windzie odebrał i przyniósł do naszego stanowiska. Żebyśmy sobie popatrzyli i przyznali, że to jest właśnie to co chcemy. Ale tylko przez pudełko, żadnego otwierania. Po czym wydrukował nam druczek, z którym mamy iść do kasy. W tym czasie nasze pudełko gdzieś tam sobie jedzie na tym taśmociągu i macha do wszystkich ciesząc się, że się wydostało z ciemnego magazynu.
A my tymczasem idziemy przez dział toreb. Oczywiście zupełnie "przypadkowo". Wiadomo było po co idziemy do tego działu.  I tak kolejna rzecz została dołożona do naszego zamówienia. Tak samo przyjechała do nas, obejrzeliśmy i pa pa. Oczywiście dostała dołożona do naszego koszyka. No więc było ich już tam więcej i pewnie nieźle się bawili w tym koszyku jeżdżąc na taśmociągu po całym sklepie. My w tym czasie, przedzierając się przez dział papieru, filtrów, i lamp błyskowych dotarliśmy do kasy. Zapłacone. Dostajemy rachuneczek, który potwierdza ten fakt i idziemy po odbiór przesyłki. Przychodzimy do takiej jakby szatni, w której to na wieszaku czeka na nas reklamówka z naszymi prezentami bynajmniej niegwiazdkowymi. Acha, dodam, że przeoczyłam moment pakowania do reklamówek tak więc nie wiem gdzie się to odbywa. Wiem tylko tyle, że te reklamówki jadą później do tej szatni na hakach. Jak w jakimś sklepie mięsnym.
No i wychodzimy.
Był to jedyny sklep do jakiego poszliśmy w tym Nowym Jorku, ale przyznam się, że była to moim zdaniem jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych. Szacuneczek do tych, którzy zarządają tym sklepem, którzy koszą niezła kasę bo stworzyli coś co ma naprawdę niezły Customer Service. No i znają umiar. Zamykają sobie ten sklep w sobotę, bo wiedzą, że jeśli ktoś bardzo chce, to poczeka. A czekać naprawdę warto.


wtorek, 09 maja 2006
Taksówki jak na filmach. Żółte, stare i trochę rozklekotane. Tylko jeden raz zdarzyło nam się aby taksówkarz wiedział gdzie chcemy się dostać. Parę razy musieliśmy tłumaczyć. Większość słabo mówiła po angielsku, ale za to prawie każdy miał w uchu blue tooth-a. Taka moda widać. Ja tam blue tootha nie noszę. Boję się raka mózgu. Tym samym rozwiązałam problem gadania przez telefon podczas jazdy autem. Po prostu – nie gadam.
Chyba, że sama do siebie.
Ale wracając do rzeczy... Dodatkowo dość gburowaci byli ci nasi taksiarze. Każdy zachowywał się jakby właściwie robił nam łaskę. Bo może i robił.
Większość z nich to Arabowie. Kolejny zawód, który powoli zaczynają dominować. Inny to sprzedawcy na stacjach benzynowych. Tak kiedyś sobie myślałam, że może to kolejna akcja BinLadena. Może tak myślał, że zdominuje wszystkie stacje benzynowe i potem każe tym tak zwanym uśpionym wszystko rozpirzyć...
No ale jeśli chodzi o taksówkarzy z Nowego Jorku to raczej żadnej wizji nie mam.

Wjazd do Nowego Jorku zaliczyliśmy bez jakiegokolwiek problemu. Nie było tych sławnych korków, bo wjeżdżaliśmy do miasta około 19-ej. Żółtą taksówką, jak przystało na tych, którzy do Nowego Jorku przyjeżdżają poraz pierwszy w życiu.
Spaliśmy w hotelu The Bryant Park i o tym właśnie hotelu będzie ten post. Hotel wygląda jakby był zbudowany z czekolady, ze złotkiem na czubku. Moim zdaniem, jeden z najładniejszych budynków w okolicy. A okolica to jak można się domyślić Bryant Park, jakieś 3 bloki od Time Square. Bryant Park – park z niezliczoną ilościa stolików przy których siedzą bogaci i biedni, domni i bezdomni, starzy i młodzi, ludzie w skarpetkach i bez. Park, który ma darmowy WI-FI! To chyba zrobiło na mnie największe wrażenie.
No więc dlaczego akurat ten hotel. Bo po pierwsze Expedia oferowała tak zwany niezły deal, a po drugie mają fajną stronkę, którą można sobie obejrzeć tu. Hotel ten zbudował sobie taki image hotelu, w którym zatrzymują się modelki, albo też odbywają się w nim imprezy na których te modelki się pojawiają. My oczywiście na żadną z tych imprez nie poszliśmy pomimo tego, że odbywały się każdego wieczoru. Generalnie hotel prowadził nocne życie (o czym świadczą godziny otwarcia restauracji 23.00 – 4.00).
Wnętrze hotelu wyglądało bardzo estetycznie. Ściany obite jakąś czerwoną dermą robiły wrażenie. Pracownicy hotelowi ubrani na czarno wyglądali jakby roznosiła ich energia (pewnie co drugi leciał na koce). W tych czerwonych ścianach wmontowali płaskie telewizory, w których leciały transmisje z wybiegów. W windzie leciała klubowa muzyczka jakiegoś DJ-eja, który też ma jakąś tam stronkę. Na 24 piętrze znajdowało się studio, w którym można robić zdjęcia swoim modelkom itd. Jednym słowem atmosfera bynajmniej nie z mojego życia.
Pokoje oczywiście też robiły wrażenie. Ciemne. Z telewizorami wmontowanymi w ściany (w których oczywiście można było oglądać pokazy mody). Co ciekawe, można było wybrać sobie opcję ertotycznej wycieczki. Polega to na tym, że przygotowują ci ten pokój w ten sposób, że czekają tam na ciebie jakieś olejki do masażu, prezerwatywy i inne takie. My tej opcji nie wybraliśmy, jakby któs był zainteresowany...
Gdybyśmy w tym hotelu mieli zostać dłużej niż 3 dni, to możnaby oszaleć, nawet jak się te pokazy mody widzi tylko podczas wchodzenia do windy. Ale na krócej to czemu nie?



Na początek może o tym co mnie najbardziej wzruszyło w tym Nowym Jorku. No więc był to bez. Bez, którego nie wąchałam od wiosny 2001 roku...


Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston