mieszkańcy houston

niedziela, 01 lutego 2009
Znam wielu Amerykaninów i na wielu amerykańskich imprezach już byłam. Wydawało mi się, że już kiedyś o tym pisałam, ale nie mogę tego znaleźć więc napiszę jeszcze raz. Otóż nie wydaje mi się, żeby gościnność była najmocniejszą stroną Ameryki. Na palcach jednej ręki mogę policzyć imprezy, na których czułam się jak w Polsce.
Generalnie na amerykańskich imprezach jest podobnie jak u państwa Wolańskich z filmu Kogel Mogel. Siedzi się przy paluszkach czyli przy chipsach i salsie. Ewentualnie przy barbakiu z Mruczusiem. Akurat jeśli chodzi o barbakiu to lubię, ale lubię także jak się takie imprezy zaczynają na czas. Czyli jak ktoś ci mówi, że zaprasza na 15.00 to wiadomo, że w okolicach 15.30 czy też 16.00 (jak już się zejdą wszyscy spóźnialscy) będzie się jeść. Zdarzyło mi się kiedyś iść na takie barbakiu gdzie siedzieliśmy przy chipsach ze 3 godziny. Czipsy się skończyły, a jedzenia dalej nie było. Byłam tak głodna, że aż musiałam się urwać i iść coś zjeść. 
Nie lubię też imprez typu zapraszamy na 17.00 co oznacza, że o 17 zaczynamy przygotowywać strawę. Lubię konkrety. Sama z reguły zapraszam na gotowę, bo zakładam, że nie każdy ma czas oglądać jak gotuję. No chyba, że jest to jakaś większa impreza połączona z piciem winka w fajnym towarzystwie. Bo w nudnym to nie ma co marnować czasu.
Tak więc idziemy dzisiaj na imprezę. To znaczy idziemy- ot po prostu, zakładam moje różowe crocsy i  wychodzimy z naszego garażu do garażu sąsiadów. Sąsiadów mam naprawdę złotych. I dosłownie i w przenośni. Opowiadałam o nich ostatnio Anibuzuk i naprawdę napisałabym o nich więcej, ale wiadomo jak jest. Sąsiedzi są księgowymi, w tym sąsiad od pół roku jest bezrobotny. Z własnej woli. Nie jest to bezrobocie w stylu Odd Todda. Sąsiad bardziej uprawia bezrobocie w stylu Willa Freemana z filmu About a Boy. Na przykład ostatnio trenuje jazdę na skuterze hulajnodze w stroju Elvisa. Szukuje się ponoć do jakiejś tam parady. Żyje generalnie bezstresowo. 
Tak więc sąsiedzi zorganizowali imprezkę. 50 kg raków (sąsiad pochodzi z Luizjany) już za chwileczkę będzie się gotowało na drajwłeju. Nie wiem za bardzo kto gra, wiem za to ile kupek zrobił dzisiaj mój synek. Wiem, że na pewno  grają Steelersi, bo za nich mamy niby kibicować, bo sąsiadka pochodzi z Pittsburgha. W sumie wszystko mi jedno kto wygra.
Wysysanie raczych mózgów nie jest moim ulubionym zajęciem, ale myślę, że garażowa impreza będzie całkiem udana. 
Acha, oglądamy oczywiście na 'bunny ears TV'. Teoretycznie poraz ostatni w życiu.







środa, 08 sierpnia 2007
Poruszaliśmy tu kiedyś na tym lub innym blogu temat kolekcjonowania. Obecnie nie kolekcjonuję nic oprócz pickupów. Ale z tymi też coś ostatnio się trochę obijam. W przeszłosci kolekcjonowałam wyżute gumy do żucia, temperówki, papierki po czekoladkach i inne śmieci.
Kim Enloe. artysta którego spotkalismy na opisanej pod spodem imprezie też ma dość nietypową kolekcję. 'Kolekcjonuje' on bowiem rzeczy zatopione w asfalt. To znaczy robi im zdjęcia.
Kupiłam od tego pana zestaw pod nazwą 'Box of heart' - 10 kartek z serduszkami z rzeczy namalowanych, rozlanych czy tez wtopionych w asfalt.
Zapraszam do obejrzenia kolekcji tego pana TU.
 
wtorek, 19 czerwca 2007
Kilka miesięcy temu byłam w kinie na filmie pod tytułem Hot Town Cool City. Film ten właściwie jest swego rodzaju większym projektem. Producent Maureen McNamara zrobiła ten film po to aby pokazać światu, że Houston nie jest jak to mówią moi znajomi piekłem. Można się z tym zgadzać, a można też jak się łatwo domyśleć nie zgadzać. Ja generalnie się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. To znaczy jestem za piekłem. Ale łapię się coraz częściej na tym, że gdy wracam tu do tej sauny, to myślę sobie, że nawet to miasto czasem lubię.
No ale nie rozczulajmy się proszę państwa bo i tak wiemy jak jest.
Co najczęściej kojarzy się wszystkim z mieszkańcami Houston?
Grubi, nieokrzesanie ignoranci w pickupach.
Ale mamy tu w tym mieście także ludzi jak to się w Ameryce - nice i friendly. Mamy tu także filantropów, biznesmenów, wrażliwych na piękno utalnetowanych indywidualistów z plecakiem historii na plecach. Takimi właśnie mieszkańcy Miasta Piekła zostali ukazani w filmie Hot Town Cool City.
Jak mówi pani producent - Houston kojarzy się wielu z ropą, tanią ziemią i oczywiście Dżordżem Buszem. Ale to też tylko przykrywka. Przykrywka, pod którą można znaleźć tajemnicze teatry i kafejki, galerie i parki, przepiękne cmentarze, TMC, znanego w całym mieście pana sprzedającego w jakiejś szopie arbuzy na kawałki i wiele innych. Houston, z tymi wszystkimi tajemnicami znanymi tylko tym, którzy mieszkali tu już przez jakiś czas jest ukazane jako miasto niezwykle COOL (pomimo tego, że jest tak bardzo HOT).
Film ten leci (a może już leciał) na PBS. Można też go nabyć na dvd na stronie HTCC. A dla tych, którzy chcą sobie obejrzeć przynajmniej kawałek pozostaje HTCC na Google Video. Polecam.
środa, 21 marca 2007
Przyszłam do domu. Dość późno, nie powiem. Na obiado-kolację zjadłam kanapki. Sushi jak to sobie obiecałam było wczoraj, ale jakoś tak trochę podchodziło mi pod gardło więc nie ma się ze czego cieszyć. Wstawiłam kosz do garażu. Zazwyczaj robi to monsz, ale że go nie ma przez cały tydzień, to ktoś się musiał tym koszem zaoopiekować.
Pewnie znowu zakosiłam kosz sąsiadów, bo ja tam tych koszy nie rozróżniam. Starzy znajomi pewnie pamiętają historię ze śmietnikiem. Nowi chyba nie. Chętnie przedstawię.
Otóż rok temu zwędziliśmy sąsiadom śmietnik. Przypadkowo. Po prostu. Został tylko jeden więc zabraliśmy ten, który został.
Sąsiedzi byli bardzo przywiązani do swojego śmietnika, więc po kilku dniach napisali mejla, że zaginął i że tęsknią. Napisali tego mejla do wszystkich sąsiadów. Oczywiście dla nas śmietnik to śmietnik, kto by się martwił śmietnikiem. Mejla się skasowało i nie zawracaliśmy sobie tym tak zwanej gitary. Po paru dniach kolejny emaile. Wszyscy sąsiedzi się tłumaczą, że nie mają, że nie widzieli, że jak sąsiad chce to może przyjść i sprawdzić. Że Henry kupił sobie nowy śmietnik i że on ma swój zaznaczony i że przysięga, że to jest jego śmietnik.
Po paru dniach i wyeliminowaniu wszystkich sąsiadów, wiadomo było, że śmietnik z pewnością siedzi w naszym garażu. I tęskni pewnie.
No a że się akurat nudziliśmy nagraliśmy krótki filmik, który wysłaliśmy do właściciela śmietnika i zażądaliśmy okupu...
Na wszelki wypadek już się zastanawiam co nagramy tym razem...

wtorek, 05 września 2006




W niedzielę wybraliśmy się ze znajomymi do japońskiej restauracji bynajmniej nie na sushi. Wybraliśmy się na hibachi. Restauracje hibachi odkryłam dwa lata temu kiedy to wybrałam się w delegację do najgorszego miasta na ziemi, a mianowicie do Lubbock w stanie Texas. Co to takiego to hibachi zapytacie. No więc jest to taki grill, a właściwie podgrzewana płyta, która jest umieszczona przy stolikach. Stoliki gości otaczają ten grill. Zdarza się więc, że siedzi się "przy jednym stoliku" z ludźmi, których się nie zna. Po zamówieniu potrawy przychodzi kucharz i zaczyna się przedstawienie. Rzuca w klientów sztucznymi jajkami, sztucznym ketchupem, nożami itd. Potem zaczyna grillować kurczaka, czy krewetki- w zależności co się zamówiło. No i tak sobie się siedzi i się gada. Jedzenie samo w sobie tak naprawde nie różnie się niczym od dania z woka, no ale show jest za to o wiele lepsze.
Gdy weszliśmy do restauracji przypisano nas do stolika, w którym siedzieli już goście. Po wejściu okazało się, że naszymi współbiesiadnikami są Bill White (burmistrz miasta Houston) z rodziną. Oczywiście pytań mieliśmy masę: co z kolejką na ulicy Richmond, czy ceny prądu pójdą w górę, czy będzie więcej policji i co stanie się z tymi z Nowego Orleanu? Oczywiście nie zadaliśmy ani jednego z tych pytań. Nie zadaliśmy także żadnego innego pytania. A szkoda. Trochę było nam go żal, bo w końcu przyszedł z rodziną na obiad i pewnie nie chciał żeby go dopadli (tym bardziej że podsłuchaliśmy iż był to ostatni obiad z córką, która właśnie wyjeżdżała na studia). No ale z drugiej strony jakby nie chciał aby go dopadli to by nie przyszedl na hibachi gdzie wiadomo jest, że siedzi się przy stoliku z innymi ludźmi. W każdym bądź razie nie gadaliśmy. Córka grzecznie piła wodę (przyglądaliśmy się, bo ostatnio miała problemy z alkoholem), synek wyglądał jak wykapany tatuś, a mama wyglądała na dość zmęczoną. Po obiedzie Bill ładnie się pożegnał i poszedł. Zaraz po tym szybko przybiegł do nas właściciel restauracji żeby zapytać się czy wiedzieliśmy kto to był. Bo on nie wiedział i ktoś mu dopiero powiedział.
Billa można w Houston zobaczyć dość często. Widzieliśmy go już parę razy na wykładach w muzeum, na paradzie gejów. Ja widziałam go też na mojej ceremonii wręczania obywatelstwa. Podczas przemówienia do nowych obywateli miał cały czas ręce w kiszeniach, no ale wybaczam mu bo to równy chłopak jest.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston