sporty ekstremalne

sobota, 27 marca 2010
Przychodzi taki dzień gdy dzieciak w sklepie rowerowym robi ci taką scenę, że co druga osoba patrzy się na ciebie i myśli- Boże- co za rodzice- nie umieją dziecka uspokoić, i trzeba mu kupić rower (czy też jak to Franek mówi bajcycek).
Miał być ten z tego filmiku. Bo wzrusza mnie on do łez i  gdy oglądam go średnio 3 razy w tygodniu  myślę sobie, że nie chcę aby mój syn był lekarzem czy prawnikiem- chcę tylko żeby skakał sobie tak na rowerze (no ale zaraz potem zastanawiam się czy to aby zdrowe jest dla takiego małego chłopca tak obijać sobie wiecie co).

 




No ale że bajcycek był potrzebny już teraz, a nasz superancki sklep BikeBarn, ani żaden sklep w Houston ich nie ma (widzę tutaj pewne business oportunity) to kupiliśmy ten. Nie, nie różowy- granatowy. Teraz tylko muszę mieć nadzieję, że Franek nie pogubi mleczaków wcześniej niż powinien.








niedziela, 24 stycznia 2010
W zeszłą niedzielę wybraliśmy się o 5 rano na maraton. Mąż chciał nakręcić filmik i porobić kilka zdjęć, a ja jak wiadomo- wstałam, bo lubię się poświęcać dla czytelników tego bloga. Może kiedyś poświęcę się tak bardzo, że sama pobiegnę. Ale wątpię trochę.
Mąż chciał wykorzystać okazję, że jest w domu Babcia i możemy wyjść sobie na randkę o 6ej rano bez Franka. Bardzo się starał żebyśmy się nie spóźnili. Obudził mnie o 5ej rano. Kanapki przygotował wieczorem. Rano wystarczało je tylko upiec w tosterze. Nawet moje ubrania były przygotowane! Wszystkie mapki były już wydrukowane i wiedział gdzie parkujemy, żebyśmy szybko mogli wydostać się z downtown i zaliczyć maraton w innym miejscu. Zadziwiający są ci mężczyźni jak im na czymś zależy ...
W downtown - na starcie byliśmy przed 6 rano. Co za atmosfera! Normalnie, aż żal człowiekowi, że sam nie biegnie.
Mąż złożył podanie o tak zwany Bridge Access - czyli o możliwość fotografowania z miejsca gdzie fotografują tylko fotografowie z gazet itd. Swoją drogą niesamowite jak łatwo było taki access zdobyć. Wydawałoby się, że w czasach gdzie każdy widzi w każdym terrorystę może nie być lekko. Poraz kolejny okazało się, że kto się pyta ten ma. No ale kiepsko się zapytał, bo myślał że mu nie dadzą dwóch wejściówek i wziął tylko jedną, tak więc ja oglądałam finish zza krat. No cóż- za rok będziemy mądrzejsi.
Miałam kibicować koleżance, no ale  biegła z ipodem w uszach i nawet nie słyszała jak ją wołałam. Bardzo mnie interesowało czego słuchała. Spodziewałam się, że jakiegoś e-trenera, który wrzeszczy jej do ucha - you can do it. Później powiedziała mi, że słuchała ebooka. Byłam trochę rozczarowana.
Start oglądaliśmy z oddali- tak aby widać było jak te tłumy na nas pędzą. W pierwszej grupie biegli zawodowcy i ci tak zwani lepsi. W kolejnej reszta. Na nagranym filmiku widać różnicę w czasie w jakim jedna i druga grupa pokonuje odległość od startu do nas.
Biegli grubi i chudzi, kobiety i mężczyźni, czarni i biali, młodzi i starzy, w szortach i w czapkach, a także w workach na śmieci. Przeważały zdecydowanie buty ASICS.
Co na przykład rzuciło mi się w oczy to to, że bardzo wiele kobiet miało kiepsko podtrzymany biust. Myślę, że po tych kilometrach bolały je nie tylko nogi.

Chevron 2010 Houston Marathon Part One from Phototainable on Vimeo.

Atmosfera była oczywiście gorąca (pomimo tego, że było dość zimno). Po starcie trzeba było się zbierać żeby szybko dojechać na Main Street i zobaczyć zawodowców poraz kolejny. Postaliśmy, pooglądaliśmy i wróciliśmy do downtown gdzie wszyscy czekali już na zwycięzców. W tym samym czasie kończył się także 5k Fun Run. Czy ktoś z was kiedyś brał w nim udział? Wyglądało to na całkiem niezłą zabawę. Niektórzy byli poprzebierani, inni biegli z innymi pod rękę- normalnie fun. Oczywiście podczas finishu jak zwykle prawie się poryczałam ze wzruszenia. No cóż- taka już moja uroda.

Chevron Houston Marathon 2010 Part 2 from Phototainable on Vimeo.


Może w przyszłości też uda mi się pobiec. Póki co mam inne plany jeśli chodzi o ćwiczenia. Po tym jak przeczytałam, że Aneta Kręglicka robi 1000 brzuszków dziennie, a Fiona Apple 200, postanowiłam wziąść się za swój kaloryfer czy jak to się mówi. Robię te brzuszki już przez 3 dni i dzisiaj na przykład ledwo się ruszam.
Z lekkim opóźnieniem, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale- gratulacje dla tych, którym udało się ukończyć tegoroczny maraton.


PS- Polecam oglądanie filmików w wersji full screen bo na małym ekranie kiepsko widać.

poniedziałek, 04 stycznia 2010
No coż, stało się. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to nastąpi, ale nastąpiło. Kupiliśmy sobie Wii. Nie to, że nagle mam czas na takie pierdoły, ale chodziło głównie o to, abyśmy mogli robić coś z moją mamą wieczorami. Coś, przy czym niekonieczna jest znajomość języka angielskiego i przy czym można porozumiewać się na migi. Karty (kanasta), w które gra moja mama nie wydały się zbytnio interesujące dla mojego męża. A szachy, w które gramy wszyscy nie wydały się interesujące dla wszystkich pozostałych, bo wiadomo kto zawsze wygrywa. Ja (niech żyje skromność hehe). A Wii widzieliśmy kiedyś u znajomych i w sumie nawet nam się spodobało. Myślę, że Wii jest zdecydowanie lepsze od na przykład Guitar Hero , które także miałam okazję kiedyś wypróbować.
Wii moim zdaniem świetnie nadaje się na ratowanie umierających imprez. Jak już robi się nudnawo, to można podłączyć i zabawa zaczyna się od nowa. Jak będę kiedyś robiła imprezę naszego Boob (sorry Book) Clubu to możemy podłączyć Wii Fit i kręcić wspólnie hula hopem, albo ćwiczyć aerobik. Tego Fit jeszcze nie wypróbowałam, ale myślę że niedługo wypróbuję to dam wam znać czy będzie fajnie.
No więc w wieczory, w które moja mama nie uczy się angielskiego na Rosetta Stone, i w które wypijemy sobie troszeczkę tego czy tamtego, wyciągamy ukrytą za kolumną konsolę i gramy. Konsola jest ukryta, bo Franek nie ma pojęcia że ją mamy. Myślę, że gdyby wiedział to by pewnie oszalał. Gramy w kręgle, strzelanie, golfa i tenisa. Tenis moim zdaniem jest idealny do nabawienia się RSI, bez pracowania przy komputerze. Nieźle się trzeba namachać, a i tak nie wiele z tego wychodzi. Strzelanie nie podoba mi się za bardzo, bo mylą mi się kursory. Nigdy nie wiem czy jestem niebieski czy czerwony. Kręgle są spoko, ale piłka trochę mi zjeżdża na lewo. Za to golf podoba mi się bardzo. Szkoda tylko, że nie można posiedzieć w jakimś wirtualnym samochodziku byłoby zupełnie luksusowo. Nie głupia gra ten golf. Kiedyś wydawał mi się bardzo nudny, ale to pewnie dlatego, że nie znałam zasad itd. Oczywiście raczej nie wybiorę się na prawdziwe pole golfowe, ale tak na Wii mogę sobie pograć.
Graliśmy już parę razy. Jest bardzo fajnie, bo moja mama i mój mąż nie mają żadnych problemów z porozumiewaniem się. Generalnie przegrywam we wszystko, ale myślę że jak podłączymy to Fit to będę mistrzynią hula hop, bo przecież mam niezłą wprawę . Natomiast jeśli chodzi o kręgle to mistrzynią jest moja mama. Na początku nie bardzo wiedziała jak używać tego pilota, ale jak już załapała to miała strike za strike'm i bije swoje własne rekordy. Myślę, że znalazła w tym Wii jakiś glitch.
Panie i panowie, przedstawiam wam królową parkietu - Mamut.


niedziela, 30 sierpnia 2009
poniedziałek, 23 marca 2009
W wiadomościach można dzisiaj przeczytać o tym, że nasz teksański Lance uległ wypadkowi i złamał obojczyk. Dla tych, którzy nie wiedzą- Lance jest nie tylko historią Tour de France, ale przede wszystkim- symbolem powrotu do sportu po walce z rakiem. 
Tych, których Lance nie interesuje jako sportowiec, może zainteresuje jako były narzeczony Sheryl Crow (och, jak ja ją lubię). 

My tu w Teksasie oczywiście życzymy Lancowi szybkiego powrotu do zdrowia, a w między czasie zapraszam do obejrzenia jednego z rowerów Lance'a - NY Taxi.
Fajny, c'nie? 








Zdjęcia - mpmcgaughey
niedziela, 25 listopada 2007
Nie często zdarzają się okazje, że można się zupełnie za darmo przejechać na rowerze za jakieś 4 tysiące dolarów.
Taka okazja miała miejsce na naszym ulubionym rancho - Rocky Hill. Otóż firma Yeti akurat wczoraj miała tam pokaz swoich rowerów. W dość sporawej przyczepie przyjechała masa drogich rowerów, na których można było sobie pojeździć nie przez 10 - 15 minut, a przez kilka godzin. Zostawiało się tylko prawo jazdy, wybierało model i w błoto!
Po zakończonej jeździe, pan opiekun (nazwijmy go Manio) zajął się ich czyszczeniem, a szczęśliwy jeździec mógł wrócić do domu marząc o nowym rowerze. Pan Manio nie był nachalny, nie próbował nic sprzedać, nie poprosił nawet o email. Pan Manio reprezentował dobrą firmę.
Mnie niestety tam nie  było (pomimo tego, że opowiadam jakbym była i nie wiem co na tym rowerze robiła). Był za to mąż z kolegą i szaleli tam dobre kilka godzin.
Mój rowerek jak narazie kurzy się w garażu. I narazie, pomimo ochłodzenia na które tak czekałam rowerek pójdzie na jakiś czas w odstawku.
Data kolejnego demo w Texasie nie jest jak narazie znana, ale jak tylko będę coś na ten temat wiedziała to napiszę o tym. Przed faktem, a nie tak jak teraz po.

niedziela, 14 stycznia 2007
Jutro maraton. Nie kochani, uprzedzam pytania- nie biegnę. Maraton hjustoński jest maraton kwalifikującym do maratonu bostońskiego. Biorą w nim udział tysiące osób (w zeszłym roku 15 tysięcy przy publiczności 200 tysięcy). W tym roku biegnie jeden z moich kolegów. To znaczy on tylko robi tak zwany half marathon- 13 mil. Przez pół roku trenował ze swoją dziewczyną, która jednak nie będzie biegła z powodu kontuzji.
Tak więc jutro o 7 rano wstajemy i idziemy z grupką osób kibicować. Kolega raczej nie wygra. Robi to dla własnej satysfakcji. O zwycięztwo raczej w tym maratonie nie chodzi. Chociaż może jakby jadł owsiankę to by miał większe szanse. Podobno owsianka pomaga. Ale nie chciał mnie słuchać z tą owsianką... Dbamy teraz o jego formę. Wczoraj na przykład nie mógł pić z dużo piwa. Bo wiadomo, od piwa głowa się kiwa.
A po biegu idziemy na wielkie śniadanie. Bo my, kibice na pewno bardzo się zmęczymy...
Problem jest tylko taki, że podobno ma starsznie padać. W wypadku deszczu raczej nie pójdziemy i będziemy koledze machać w szlafrokach z balkonu. A o tym jak mu idzie będziemy sobie mogli sprawdzić oczywiście w Internecie, na stronie maratonu gdzie będzie można odczytywać wyniki w realu. Zawodnicy mają bowiem jakieś nadajniki w butach, które to wysyłają tajemnicze sygnały w kosmos, a które to potem są wysłane z tego kosmosu do internetu hehe.
Powiedziałabym wam jak ma na nazwisko kolega abyście mogli sobie sprawdzić jak mu poszło, ale nie będę mu tu robić darmowej reklamy.
W 2006 zwycięzcą był David Cheruiyot z Kenii, a zwyciezczynią Firaya Sultanova-Zhdanova z Rosji. Nie znam tych ludzi i pewnie raczej nie poznam. Tak wam podaje, żeby nie było że nie studiowałam.
W tym roku po raz pierwszy podobno do biegu zostaną dopuszczeni sportowcy na wózkach.
No co wam mogę powiedzieć na zakończenie? Może tak jak Rysiu z Misia- też byłam kiedyś czarna i też świetnie biegałam. No to tego - powodzenia Rysiu (bo kolega ma tak właśnie na imię). Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki- bez względu na to czy maraton zwycieżą czy też nie.

dodane po fakcie: zdjęcia
czwartek, 09 listopada 2006
Rozmawiałam ostatnio na skajpie z moją koleżanką z ogólniaka i proszę ja was koleżanka ta zwierzyła mi się, że chodzi sobie na jogę. Nie powiem, ukuło mnie to jakoś jak mi o tym powiedziała, bo uświadomiłam sobie, że oprócz jazdy na rowerzę w weekend nie robię nic aby moje piękne ciałko było piękne jak najdłużej. Tak więc zaczęliśmy z Menszem znowu ćwiczyć.
Pisałam już kiedyś, że kupiliśmy sobie karnet na siłownię. Siłownia nie powiem, bardzo wycyckana i właściwie to moża dostać niezłego ataku serca ze śmiechu jak się tam pójdzie.
Nie wiem czemu podpisałam tą umowę na dwa lata na to członkostwo. No nie wiem, po prostu nie wiem. Ale różne w życiu podejmuję decyzję. I jakbym miała się nad wszystkimi durnymi zatrzymywać to by mi czasu nie starczyło. Wiem natomiast tyle, że byliśmy tam ni mniej nie więcej a 5-10 razy. A mamy to członkostwo już rok. Tak więc se płacimy.
Postanowiliśmy więc zacząć znowu chodzić. Bo robi się ciemno i nie można jeździć na rowerze i takie tam. Chodzimy zaraz po pracy, bo teraz Monsz pracuje w labie przez dwa tygodnie i jest wcześnie w domu.
No więc poszliśmy. No cóż, od tego pół roku nic się nie zmieniło. Ten sam sprzęt, a i muzyka pewnie ta sama. Ci sami panowie trenerzy. Ogolone klaty, nafaszerowanych magicznymi milk szejkami mięśniaków ...
Jeśli chodzi o członków tego kółka zainteresowań to są dość typowi. Nie ma ludzi z nadwagą. Sami obsesyjniacy. Zakochani we własnych ciałkach. Niektórzy mieli chusty na głowach, inni firmowe dresy adidasa, ale większość łączy jedno- każdy z nich ma własny mp3 player. Po co więc łupią tą muzykę? Chyba się starzeję, bo taka głośna muzyka mnie strasznie irytuje.
Za pieniądze od tych którzy płacą, a nie chodzą (MY)- mogliby zainwestować w jakiś wireless system, który byłby połączony z słuchawkami, które możnaby wypożyczać jeśli się nie ma własnego mp plajera. I mogłoby być tak miło. I inaczej. Chyba nie ma takich siłowni, w których nie łupie muzyka. Przynajmniej nie tutaj.
No więc ćwiczymy sobie. 30 minut na jakimś takim niby steperze, niby rowerze, a niby jeszcze czymś innym. Ja 25 minut, bo oczywiście trochę muszę się wykręcić. Potem idę jeszcze na bieżnię i trochę biegnę, a trochę idę. A potem idziemy na ciężary. On tam na jakieś męskie, a ja na takie które wzmacniają mięśnie pleców.
Wyróżniamy się z tłumu. Ani ja, ani Monsz nie mamy jakichś drogich strojów do ćwiczenia. Widać, że jesteśmy z prowincji. Ostatnio miałam na przykład na sobie koszulkę, którą kupiłam sobie na Półwyspie Baja jakieś 8 lat temu. Spodenki też właściwie jeszcze z Polski (co oznacza, nie że gorsze, ale że stare). Wyglądaliśmy na takich, co to z takimi się nie gada.
Łazienka w tym gym-ie jest całkiem niezła. Płyn do płukania ust, maszynki do golenia nóg i innych części ciała, balsamy do ciała i inne takie. Wszystko na koszt tych, którzy płacą a nie chodzą- czyli nasz. Płuczę sobie usta teraz tym płynem żeby przynajmniej trochę mi się zwróciło...
No ale wczoraj niestety mój Monsz nie wyrobił. Poszliśmy w czasie rush hour bo musieliśmy najpierw zrobić obiad. Aż roiło się od chav-ów . Ale nie tylko od chav-ów, bo i od japiszonów właściwie też. Tylko my szaraczki w naszych starych koszulkach i w butach, bynajmniej nie nike z wmontowanym ipodem. Monsz się po prostu wkurwił. Nie było szans aby się dopchać na cokolwiek, a i żerować to nie ma po co. Myślałam, że komuś walnie.
Ja jeszcze niby spokojnie, bo mnie mało rzeczy w życiu wkurza, ale czułam że też mogłoby mnie ponieść.
Podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy stać i żerować a idziemy biegać. No i poszliśmy (to znaczy na autonogach) do Memorial Parku. Przebiegłam 3 mile i dzisiaj ledwo chodziłam.
O tym jak się dzisiaj zreraksowaliśmy w salonie masażu będzie jutro.
PS- a czy ktoś z was widział już Ticke Me Elmo? Tutaj po prostu wszyscy oszaleli na jego punkcie. Ja właściwie też mogłabym takiego mieć, bo w sumie to nawet mnie śmieszy. Ale podobno żeby go kupić to trzeba stać w kolejce od 5 rano.

czwartek, 27 lipca 2006
Dzisiaj będzie o rowerach. Kilka tygodni temu zakupiliśmy sobie nowe rowery. Mamy rowery górskie, ale na nich nie można byt często jeździć w Houston. Jest tu taki park, który się nazywa Memorial Park. Niby jeden z największych parków miejskich w Stanach. Można tu pobiegać (5 km trasa); pojeździć na rowerze górskim na trasach ukrytych w lesie; pojeździć na rolkach, albo na kolarzówce na asfaltowej pętli; pograć w siatkówkę albo softball; pograć w tenisa; no i oczywiście jest też wersja dla leniwych- można sobie zrobić grilla... Ja na rowerze lubie jeździć. Lubię sobie pokruzować po mieście na moim obciachowym różowym beach cruiser-ku, ale lubie też pojeździć po bardziej terenowych trasach. Kiedyś nie lubiłam, ale to tylko dlatego, że rower który miałam nadawał się raczej do tras łatwiejszych.
Jak wszyscy wiedzą, Houston jest płaskie jak świnia (nieźle brzmi no nie?). Nie mamy więc tutaj warunków takich jak na przykład mieszkańcy Anchorage czy Portland, czy nawet pobliskiego Austin. Ale mamy ten nasz park. Problem jest tylko taki, że te ścieżki terenowe są zmonopolizowane przez faciorów. Jeżdże czasem tam z kolegami, ale wiadomo jak to jest. Muszą na mnie czekać i pilnować żebym się nie zgubiła, bo wystarczy skręcić w czerwoną zamiast w zieloną i już po tobie. A samemu nie za wesoło jest jeździć, szczególnie jak się człowiek wywali. Teraz mamy już niby walkie talkie, które zostaje mi przydzielone na trasy poza miastem, ale zazwyczaj zapominamy je ze sobą zabrać i koledzy muszą na mnie czekać przy każdym rozstaju dróg. Dziewczyny narazie z nami nie jeżdżą, ale może to się niedługo zmieni bo jedna chce się przyłączyć. Jeździmy zazwyczaj do Rocky Hill, miejsca zarządzanego przez trzech jakże wspaniałych luzaków.
No ale w Houston nie jest tak różowo. W Houston jeździ się po ścieżkach szerokich na 70 cm z ruchem w obie strony. Gdyby jeździli po niej spacerowicze to wszystko byłoby pięknie, ale jeżdżą po niej jak już wspomniałam faciory. A jak rozumieć definicję faciora? Facior to taki facet, który mysli, że jest zajebistym riderem i tylko on ma prawo jeździć po tych ścieżkach. Facior ma najnowsze ubranka na rower i najnowszym model Santa Cruz czy też Specialized. Gary Fisher też wchodzi w grę. Facior ma okulary z pomarańczowymi soczewkami (żeby lepiej widział w krzakach) i kask dopasowany do koloru ubrań. Facior nie boi się samochodów i wjeżdża im pod samą maskę. No ale przede wszystkim, facior to po prostu cham. Ja rozumiem, że różni ludzie jeżdżą w różnym tempie i niektórych może wkurzać, że któs (ja) jest trochę wolniejszy na tej wąskiej ścieżce. No ale jeżeli oni są nietolerancyjni w stosunku do takich jak ja, którzy od czasu do czasu zachowują się jak taki kombajn na drodze którego nikt nie może wyminąć , to co mnie obchodzi, że im się śpieszy? Powiem wam szczerze, że ja takich oszołomów to nigdy nie widziałam. Oni po prostu lecą. Z górki, pod górkę, po prostu... Ani razu nie przydarzy im się, że w połowie podjazdu czują, że nie podjadą, bo zapomnieli pedałować (mi się to czasem zdarza). Ani razu nie zdarza im się, że się nie zmieszczą pomiędzy dwoma drzewami (zwanymi jako „Rob Knockery”), co mi się czasami zdarza. I ani razu nie zdarza im się, że ktoś ich prześcignie. Co jest najbardziej wkurzające. Najbardziej jest wkurzające to, że się po prostu na ciebie drą i żądają ustąpienia. Jeśli się zbuntujesz to sapią ci nad uchem, aż zjedziesz. Generalnie nie ustępuję tylko wtedy kiedy muszę się specjalnei dla nich zatrzymać pod górką, bo wtedy nie ma szans że podjadę. Zazwyczaj zjeżdżam. To wszystko sprawia, że jeżdżenie po ścieżkach terenowych w Memorial Parku jest mówiąc krótko wkurzające i stresujące. Tak więc postanowiłam, że tam już nie jeżdżę, chyba że jest jakieś amerykańskie święto, bo wtedy wszyscy siedzą na grillach. No ale do Austin gdzie można sobie pojeździć w normalnych warunkach jest daleko. Jeździmy tam rzadko. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie na jakieś ruszanie się. Zapisałam się więc na siłownię. Płacimy za tą siłownię ponad stówkę miesięcznie przez ponad siedem miesięcy, a byliśmy może z 5 razy. Tłoczno i też się człowiek wkurza. Problem jest tylko taki, że podpisaliśmy umowę na 2 lata... Well. Kolejny złoty interes w wykonaniu Hjuston. Już jeden taki zrobiłam jak wynajmowałam mieszkanie przez 6 miesięcy, a równolegle mieszkałam z chłopakiem. I niby jestem po ekonomii... No ale wracam do tematu. Postanowiliśmy więc zakupić kolarzówki żeby jakoś się poruszać. Wybralismy się w tym celu do mojego ulubionego sklepu rowerowego gdzie wiedzieliśmy, że nam fachowo doradzą. Chłopcy właśnie oglądali TdF. Oczywiście w godzinach pracy. Z okazji TdF była też promocja. Skierowano nas do takiego jednego byczka. Mały ale napakowany. Wygolone nogi i ręce. Bardzo „opływowy”. Popytał się trochę i doradził. Powiedział, że widać po nas że jeździmy na górskich, i że powie nam parę sekrecików, żeby się z nas nikt nie śmiał na drodze. Po pierwsze należy golić nogi. Powiedziałam mu że wystarczy, że jest w domu jedna osoba, która musi golić nogi i drugiej nie potrzebujemy. Potem się pyta czy mamy camel bags. No mamy, a co? Nic. Mamy o nich zapomnieć, bo są totalnie nie cool. Tylko butelki są cool. Camel bags są cool tylko na rowerach górskich. Potem zapytał się jeszcze jakie mamy spodenki i też nas wyśmiał. Muszą być obcisłe, a nie podwójne jakie mamy. Musimy także pamietać żeby nie jeździć na tak zwanego buldoga, bo od razu widać że my to na górskich jeździmy.
Człowiek myślałby sobie rower jak rower, jeździ się tak samo. No ale nie. Obiecał nam, że nie będzie się z nas śmiał jak nas spotka. Ostatecznie nie daliśmy się namówić na żadną z rad wujka dobra rada (oprócz tych butelek), ale już widzę że spodenki jednak przydałyby się inne. Tak więc lubię jeździć na tej kolarzówce w tym Memorial Parku. Jeździmy 3 razy w tygodniu po 25 km na czas (tzn. ja 25km, on więcej). Dołączam się do grupy nieznajomych dziewczyn i tak sobie jedziemy przez dłuższą, lub krótszą chwilę. Muszę tylko pamiętać aby nie otwierać buzi, bo może to się skończyć z połknieciem latającego karalucha.
Polecam kolarzówkę dla wszystkich. Naprawdę relaksująca sprawa. Acha, tak zwany efekt pośladkowy zauważalny jest już po 2 tygodniach...
Zapytacie pewnie, a po co to wszystko? No jak to po co? Trenuje się po to, żebym kiedyś mogła ze swoimi dziećmi wyjeżdżać na TAKIE (koniecznie kliknijcie) wycieczki. Mięczaków  nie biorą.
poniedziałek, 10 lipca 2006

Zapisaliśmy się na naukę tańca. Chodzimy już ponad miesiąc. Raz w tygodniu jedziemy do dość obskórnej szkoły gdzie spotykamy się z naszym panem instruktorkiem. Pan jest dość zniewieściały. Przekute ucho, te sprawy. Ma także brzuszek beczułkę i dość wyszargane buty. Ale lubię go, bo wszystkie Majkele to równe chłopaki...

Mieliśmy najpier chodzić do innego. Enrique. Bynajmniej nie Iglessias (nie wiem cyz tak się to pisze). Pan Enrique jednak trochę nas oszukał i kazał nam przyjechać do jakiejś szkoły znajdującej się godzinę jazdy od nas, więc musieliśmy się wykręcić.

Na początku instruktorek powiedział nam żebyśmy nie byli tacy pewni, że chcemy tylko pięć lekcji, bo on najpierw musi sprawdzić czy w ogóle można coś z nami zrobić...Teraz wydaje mi się, że czasem mu się wydaje iż jednak nie można, ale przez grzeczność nie chce się wypowiadać. Być może nie chce nam złamać serca i woli abyśmy żyli w przekonaniu, że jesteśmy zajebistymi tancerzami. A z rytmem to jednak problemy są...

Uczymy się Foxtrot-a. Slow, slow, quick, quick. Jeśli chodzi o kroki to już je obcykaliśmy: Basic, box, under arm turn, turn from the box, Left Turning Box, Diamond Turn, promenade, zigzag itd. Oczywiście jest tych kroków więcej, ale nam jak narazie tyle wystarczy. Tym bardziej, że piosenka którą sobie wybraliśmy ma tylko 2 minuty 40 sekund, więc spocić to się raczej nie spocimy. Kazaliśmy ułożyć sobie układ. Bo wiadomo, w układzie dla początkujących i niepewnych łatwiej. No i mamy niby taki układ, który też już obcykaliśmy. Najgorsze jest tylko to, że w tych samych godzinach jeden z kolegów chodzi na naukę two step. Przychodzi pod nasza salę i  robi głupie miny przez szybę. Nie mogę się skupić. Tak więc dzisiaj znowu idziemy. Wpadliśmy na genialny pomysł aby utworzyć większą grupę i po tym foxtrociku zapisać się na rumbę. Rumba podobno podobna do foxtrota- zamiast slow, slow, quick, quick jest quick, quick, slow hehe.

Polecam wszystkim naukę tańca, bardzo relaksująca. (Oczywiście tylko wtedy jak nie trzeba się kłocić o to czy powinno być: slow, slow, quick, quick; czy też quick, quick, slow, slow...

poniedziałek, 01 maja 2006
Zakupiłam nowy rower. Po kilkukodzinnej jeździe w terenie wyglądałam mniej więcej tak, jak na załączonym zdjęciu, z tym że obie nogi wyglądają podbnie jak ta ręka.
Rower jest dokładnie taki.



Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston