huragany itepe

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wczoraj, a także w zeszłym tygodniu pojechaliśmy nad Zatokę w celu wygrzewania się na słońcu - bo u nas już przecież lato (chociaż w piątek ma być znowu zima).
Franek w Galveston bawił się fantastycznie, co widać na obrazkach pod spodem. Polował na mewy i tarzał się w brudnym piachu.








Galveston, jak już wspomniałam w poprzednich komciach, za bardzo się nie zmieniło. Widać sporo nowych budowli. Niektóre z nich wyglądają jak papierowe domki dla lalek Barbie.



Ale za to Port Bolivar (miasto, w które uderzył huragan Ike) wygląda jak po wojnie. Kompletnie nic tam nie ma. Nic nie ma, a przy wjeździe na prom Homeland Security sprawdza jakby się wjeżdżało do Białego Domu. No ludzieee. Jakiemu terroryście chciałoby się podkładać bomby na polach, na których nie ma już nic? To security to chyba zostało stworzone tylko po to by czymś zająć mieszkańców, którzy postanowili tam nadal mieszkać.
W każdym bądź razie wycieczka do Port Bolivar z małym dzieckiem to pomyłka. Na plaży syf. Ptaków nie ma. A dziecko chce się tarzać i wrzeszczy jak mu mówisz - Franiu- nie ruszaj tej puszki. Franiu- uważaj- szkło. Franio- to nie zabawka, to stara opona. Aż się spocić można...
Tak więc nie ma już w Port Bolivar tych wszystkich pięknych ptaków, które kiedyś oglądaliśmy. (Te poniżej to zdjęcia z przeszłości).



















Hurricane Club, w którym kupowałam sobie M&Msy jak byłam w ciąży także zniknął z powierzchni ziemi.



Teraz, właściciel sprzedaje papierosy z przyczepy kempingowej, a dookoła jest masa śmieci, w których pływają szczudłonogie (to też zdjęcie z przeszlości).



Jedyne zdjęcie, które zrobiliśmy reprezentuje co pozostało, a mianowicie balkony bez domów. Było tam ich sporo. Niektóre miały nawet anteny satelitarne.



Co ciekawe, latarnia morska wydawała się nie naruszona.



Port Bolivar był dla mnie miejscem, w którym zawsze świetnie spędzałam czas. Był egzotyczny, ze względu na te różowe warząchwy i tłumy szczudłonogich, które godzinami obserwowałam przez lornetkę. Tam, przy Hurricane Club II kanapki przywiezione z domu smakowały najlepiej i tam świetnie mi się spało na krzesełku turystycznym gdy byłam w ciąży.
Gdyby ktoś kiedyś zapytał się o najbardziej interesujące miejsce w okolicach Houston, to zdecydowanie poleciłabym Port Bolivar i High Island. Teraz w sumie też można te miejsca polecić, ale jako zupełnie inną ciekawostkę. Wielka szkoda.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
69, 74, 73, 73, 75. To nie wygrane w lotto, a temperatura jaką będziemy mieć w Houston w tym tygodniu.
Na pożegnanie zimy wklejam tu przypomnienie śniegu, który mieliśmy okazję zobaczyć miesiąc temu. Wieczorem być może wkleję w końcu filmik z Lights in the Heights, bo mąż w końcu posklejał.

Think:Snow from Chase Rees on Vimeo.

No to lecę- a właściwie jadę- do Galveston, pokazać mamie 'plażę'.
piątek, 08 stycznia 2010
Na szczęście rury nam nie popękały i prąd też jest.
Nadejście 'zimy' zmusiło mnie do dokładniejszego opatulenia mojego synka co spowodowało, że przestał się wreszcie budzić w nocy. Śpi od 7ej do 6ej bez budzenia się w ogóle. WRESZCIE!
Dziś zimowa wyprzedaż w REI więc idę zakupić dziecięce zimowe ubrania na następną zimę. A wieczorem spotkanie Book Clubu i pożegnanie jednej koleżanki, która wyprowadza się do Szwecji.


piątek, 04 grudnia 2009
Na Facebooku napisałam, że nie będę kolejną osobą, która w swoim status update pisze: Snow in Houston!, ale na swoim blogusiu nie mam konkurencji więc sobie napisze. No więc pada śnieg. Oczywiście nie ma go tyle ile widzieliśmy TU, ale lepsze to niż nic.
Zakłady pracy już zamykają wrota. Mój mąż na przykład za chwilę będzie w domu, a nie ma jeszcze 13ej. Safety first, bo Teksańczycy nie mają doświadczenia w jeździe po lodzie, a takowy ma się utworzyć dziś wieczorem.
Na szczęście w zeszłym roku kupiłam Frankowi kombinezon na zimę, więc jeśli będziemy lepić bałwana to dziecko mi nie zamarznie.



zdjęcie z chron.com





Z innych wieści- Bill White będzie ubiegał się o fotel gubernatora. Może w końcu będziemy mieli gubernatora, którym można się pochwalić, a nie kogoś takiego jak TEN pan.
wtorek, 27 stycznia 2009
Jak wiadomo w Ameryce można umrzeć nie tylko z głodu z powodu recesji. Można umrzeć także z przyczyn naturalnych. A bardziej dokładnie z powodu siły wyższej czy też jak to sie tutaj mówi- act of God. 
Wpadł mi ostatnio w ręcę artykuł przedstawiający mapę US na tle śmierci z powodu siły wyższej.
Wiadome jest, że tu w Ameryce, mamy właściwie wszystkie narzędzia, którymi Pan Bóg może sobie na nas eksperymentowć. Mamy huragany, powodzie, susze, trzęsienia ziemi, lawiny, wulkany, tsunami, pożary czy też lawiny błotne. Wydawałoby się, że Kalifornia jest chyba najbardziej zagrożona i że na nich Pan Bóg najwięcej eksperymentuje. No bo mają tam i te błoto i pożary i tsunami i lawiny też mają. No i wszyscy czekają na Big One. A wszystko pewnie dlatego, że gubernator Arni w przeszłości, grał w filmach. Wiecie w jakich. 
Pomimo tego, że bardzo bym chciała mieszkać w Kalifornii, myślę że nie wyrobiłabym nerwowo czekając na to trzęsienie ziemi. A godzina X pewnie się zbliża, bo i ponoć dno Pacyfiku zaczyna się trząść coraz częściej. 
No więc wydawałoby się, że w takiej Kalifornii umiera najwięcej ludzi, bo i stan jest przecież najbardziej zagęszczony. A jednak ... Okazuje się, że najwięcej ludzi umiera na Południu i w okolicach Wielkich Równin. I nie z powodu huraganów, tylko z powodu upałów. Niestety, artykuł nie mówi nic o wieku ofiar, a jak wiadomo na południu mieszka sporo starszych ludzi, którzy to na starość emigrują jak te ptaki. Emigrują szczególnie do Texasu (bo tu jest tanio i ponoć tutejsza pogoda dobrze robi na reumatyzm). Wiadomo, że starsi ludzie nie za dobrze znoszą te upały. No ale żeby nasi znajomi z Północy nie zaczęli zacierać rąk zbyt wcześnie, dodam, że zdarzają się wyjątki od reguły, bo czasem fale gorąca zbierają żniwo na północy kraju (chodzi mi o zabójcze upały w Chicago). 
Prawie tyle samo osób umiera z powodu ekstremalnych zim. 4% mniej to ofiary powodzi. 11% to ofiary tornado i tyle samo zmarło na wskutek ... porażenia piorunem. Przyznam, że ten piorun to mnie akurat zaskoczył. Czyżby Amerykanie nie wiedzieli jak się zachować w czasie burzy? 
Trzęsienia ziemi, huragany i pożary stanowią 5% z 20 tysięcy badanych śmierci*.
A to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze przecież superwulkan, który też może za jakiś czas ( 20 lat albo 200 tysięcy lat) wybuchnąć, zmieść z powierzchni 1/3 Stanów Zjednoczonych i rozwiązać problem globalnego ocieplenia.
Mówiąc krótko, jest się czego bać

Na zakończenie przypomnę, że podczas burzy nie należy stawać pod drzewem. Lepiej jest położyć się plackiem na plecaku. A w ogóle to najlepiej nie wychodzić z domu.

*- 20 tysięcy w ciągu 30 lat.
środa, 24 września 2008
Tak mnie jakoś poruszyły te dzisiejsze zdjęcia ...

Zdjęcia z Houston Chronicle (kliknij na zdjęcie)


niedziela, 21 września 2008
Sorry, ze bez polskich liter, ale pisze z kompa meza, bo moj jeszcze nie jest rozpakowany.
Zastanawialiscie sie kiedys jak bedzie wygladal dzien, w ktorym znowu bedziemy miec prad? No wiec wlasnie wyglada tak jak dzisiaj. Mamy w koncu prad!!!
Przyjechalismy do chalupy po meza koszule do pracy, lezymy sobie na lozku i mazymy o pradzie, a tu nagle wszystko zaczyna pipczec i slychac wrzaski na ulicy. Wlaczyli nam prad. Az sie poplakalam ze wzruszenia.
Teraz tylko jedziemy do znajomych na pozegnalny obiad i po klamoty i wprowadzamy sie na nowo. A, no i jeszcze byc moze bedziemy musieli przyjac do siebie innego kolege, ktory nadal pradu nie ma ... Trzeba splacic dlug.
Jestem tak zmeczona, ze marzy mi sie tylko spanie we wlasnym lozku...

Jedynym plusem tego bezprądcia jest to, że rachunek za prąd będzie pewnie o jakieś $150- $180 niższy.  Według najnowszej mapki CPE mamy mieć prąd by Thursday. Czyli może jutro, ale pewnie w czwartek.
Zaczyna się znowu robić gorąco. Pewnie niedługo Houston Chronicle zacznie pisać o padających od upałów starszych ludziach. 
My póki co nadal koczujemy u znajomych i zaczynamy zwozić tu coraz to więcej tak zwanego staffu. Mamy tu swój pokój i praktykujemy życie z dzieckiem w kawalerce. Franio jest pewnie przekonany, że jest u siebie w domu. Chociaż jak ostatnio poszliśmy do siebie na zwiad i puściłam mu pozytywkę z Kubusiem Puchatkiem to ją chyba rozpoznał. 
Tak więc druga siostra męża poleciała wczoraj. Niezły miała pobyt. Nie dość, że poraz pierwszy w życiu się ewakuowała, to jeszcze nauczyła się np. podłączać generator prądu.
Szacujemy straty. Jak narazie mąż jeszcze nie żałuje, że kupiliśmy tą chałupę z papieru. Cały czas łudzimy się, że gdy przyjdzie czas to jakiś kolejny naiwny ją od nas odkupi. Póki co zniszczenia poajkowe rosną. Przedwczoraj załatali nam dach jakimś ortalionem (bo odpadły w kilku miejscach dachówki), a wczoraj położyli te brakujące dachówki. Co ciekawe, ten ortalion był 3 razy droższy niż te dachówki. Teraz okazuje się, że wyrosło kolejne pęknięcie w living roomie, tak więc mamy już 2. Jedno małe, a drugie (to w living roomie) trochę większe. Co ciekawe, to w livingu powstało na wskutek podmycia wody pod dachówki, bo dachówek akurat w tamtym miejscu nie zmiotło. 
Jak już wspomniałam zaczyna się robić gorąco. Gorąc jest problemem nie tylko dla starych ludzi. w Houston gorąc i wilgoć równa się pleśń. Tak więc jeśli jeszcze przez parę tygodni nie podłączą nam prądu to może nam ten domek spleśnieć hehe (śmiech przez łzy). Generalnie syfnia, ale pocieszam się, że inni mają jeszcze gorzej. Na przykład nowi sąsiedzi znajomych, którzy wprowadzili się tu parę dni temu, po tym jak na ich dom spadło drzewo. Teraz muszą tu mieszkać przez pół roku. Też mają synka i też mu pewnie puszczają pozytywkę z Kubusiem Puchatkiem. A żeby było śmieszniej, to wczoraj w tym nowym domu pękła im rura. 
Gorzej mają też ci, którym pomaga FEMA. Znajomi, u których koczujemy pomagają bowiem nie tylko nam. Chodzą także rozdawać fimowskie posiłki biednym. Byli załamani tym żarciem, które rozdaje FEMA i ogólną biedotą w amerykańskim mieście. 
Tak więc inni mają jeszcze gorzej.
Póki co nasze straty (dach, sufit i wymiana paru płytek parkietowych) zostały oszacowane na dość sporo. Na szczęście nasza ubezpieczalnia jest równa. God bless Amica. Nie dość, że nie chciało im się przyjeżdżać na zwiad, to na słowo uwierzyli nam jakie mamy zniszczenia. Sporządzili szacunek i już przysłali czek na parę tysiaków. Zaznaczyli także, że jeśli okaże się, że starty są większe to oczywiście dopłacą. Normalnie zbyt piękne, aby było prawdziwe więc węszę tu jakąś zasadzkę.
Póki co obudził się synek i idę mu zmienić pieluchę, bo pewnie zrobił kupę.
czwartek, 18 września 2008
Pamiętacie jak pisałam o Beatlesach? Otóż, okazuje się, że IKE najprawdopodobniej uśmiercił Paula. 



zdjęcie z kolekcji baldheretica (kimkolwiek on jest)
środa, 17 września 2008
Na dzień dzisiejszy 1.43 miliona mieszkańców Houston nadal nie ma prądu. CenterPoint- główny dostawca ściągnął 8,500 pracowników, którzy naprawiają szkody. Dzisiaj ma przybyć dodatkowych 1,500. W naszej okolicy raczej nie widać aby ktokolwiek cokolwiek naprawiał.
Przewiduje się, że do następnego wtorku prąd będzie o 50-75% mieszkańców Houston i okolicy. Byłam przekonana, że prąd zacznie znowu płynąć w przeciągu 3 dni. Trochę się przeliczyłam. Jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo mogliśmy wprowadzić się do znajomych. Inni też mają znajomych, ale także bez prądu. Ludzie zaczynają być sfrustrowani. Jak przechowywać jedzenie? Jak żyć bez sprzętu, który pomaga tym którzy są chorzy? Jak długo można pociągnąć na generatorze prądu gdy w okolicach nie ma benzyny?
Męża biuro będzie otwarte od dzisiaj. Zbyt wiele osób nie przyjdzie, bo nie będą mieli z kim zostawić dzieci, bo przecież szkoły są zamknięte. Nie przyjdą także dlatego, że dojazd do pracy zajmuje 30 minut, a z benzyną nie za lekko. Dla przykładu powiem, że na przykład stacja benzynowa przy lotnisku jest otoczona przez policję i korzystać z niej mogą tylko pracownicy lotniska. Na szczęście te męża przymusowe wakacje są płatne.
Godzina policyjna obowiązuje teraz od północy do 6ej rano. Głównie ze względu na brak świateł na ulicach i zagrożenie wypadkami. 
Podsumowując, to co się dzieje teraz w Houston (energetycznej hehe stolicy świata), uświadamia jak niedoskonale to miasto zostało zaprojektowane. Nie, że o tym nie wiedziałam, ale teraz mam dowód. Wszyscy mają dowód. 
Szczęście w nieszczęściu, że temperatura spadła do dwudziestu paru, bo inaczej byłoby o wiele gorzej...
poniedziałek, 15 września 2008
Jesteśmy już w Houston. Owszem, miasto nie wygląda za ciekawie. Wszędzie widać pstryków elektryków stawiających nowe słupy. Nie ma świateł na skrzyżowaniach, co tłumaczy godzinę policyjną. Czy mówiłam już, że do piątku mamy godzinę policyjną? Nie można być na ulicach pomiędzy 21 i 6 rano. Kolejki na stacjach benzynowych...
Mąż jest właśnie w domu na zwiadzie, a ja siedzę u znajomych. Tak więc prądu nie mamy (u nas, bo u znajomych jest prąd, woda i nawet internet), ale też nie mamy zniszczeń. Wszystko stoi intacto. Wszystko, oprócz jedzenia w lodówce, bo to akurat niestety trzeba wywalić. Szkoda...
Plany na wieczorne zabicie czasu to gra w monopol i oglądanie pierwszego sezonu Hell's Kitchen...
sobota, 13 września 2008
Zdjęcia z Galveston z Houston Chronicle (kliknij na zdjęcie).




piątek, 12 września 2008
No więc oglądam właśnie 'transmisję z huraganu' na Weather Channel (btw mój ulubiony program amerykański), ale na szczęście nie z domu. Wygląda na to, że tym razem Galveston naprawdę oberwie. Oberwie też najprawdopodobniej Houston. 
Wstaliśmy o 5 rano i po trochu ze względu na to, że Franio jest jednak chory (zaraził się od wyrodnej matki) i całą noc piszczał i płakał, postanowiliśmy że jednak spadamy. Szybko sprawdziliśmy sytuację na drogach (dzięki Bogu za te wszystkie 'live cameras') i wypad. Zero korków. Po drodze mijaliśmy Cost Guardów z Florydy i generatory AT&T, tak więc ktoś tam czuwa nad tym wszystkim. Do Bastrop dojechaliśmy (w 5 osób, bo są z nami siorki męża) w przeciągu 2.5h. No i tu zostajemy, bo znowu mamy jakieś tam punkty do Hyattu. Takich jak my jest tu sporo. Z dziećmi, z psami i z kotami. Są też baby w ciąży w strojach kąpielowych. 
Oglądam więc tą transmisję z huraganu i jakoś tak do końca nie mogę uwierzyć, że te wszystkie miejsca w których robiliśmy zdjęcia ptakom zostaną zalane i znikną, bo ptaki pewnie tam już nie wrócą. 
Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że nie będzie za dużo zniszczeń i że nie rozpirzy nam domu (bo nie zabiliśmy deskami okien), albo że nas nie okradną, albo że nas nie podpalą bo w garażu mamy ten przeklęty generator prądu z paliwem. 
Kończę, bo idę robić kanapki. Bo oczywiście wzieliśmy ze sobą szynkę i ser z lodówki. Szkoda tylko, że Franio jest chory, bo jakby był zdrowy to kazałabym mężowi zabrać też kiełbasę z wiśniami i rybę  i zrobilibyśmy grilla przed tym Hyattem...
czwartek, 11 września 2008
Wczoraj mąż poszedł do sklepu po baterie, a wrócił z generatorem prądu... Teoretycznie przygotowaliśmy się do tego huraganu i nawet pomimo tego, że jestem trochę chora i ma nie być prądu postanowiliśmy, że zostajemy.
No ale po dzisiejszej rozmowie z sąsiadem, który pochodzi z Luizjany i ma doświadczenie z huraganami, i który uświadomił nas, że z małym dzieckiem może być nie za ciekawie, postanowiliśmy, że jednak jedziemy. Jest nas 5- bo przyjechały siorki męża (btw jedna miała wracać w tą sobotę i raczej nie wyleci). 
Jedziemy więc pod Austin do hotelu.
Mam nadzieję, że nie będziemy w korku zbyt długo...

update- jednak zostajemy. sprawdzilismy sytuacje na autostradach i wyszlo nam, ze juz jest troche za pozno zeby gdziekolwiek jechac. podjelismy wiec decyzje, ze zostajemy. jak nie bedzie pradu to bedziemy sie martwic pozniej. poki co, jeszcze sie nie rozpakowujemy, bo byc moze znowu zmienimy zdanie.
środa, 10 września 2008
Boszzzz, ale jestem monotematyczna...
Zbliża się Ike. Na dzień dzisiejszy może walnąć gdzieś pomiędzy Corpus Christi i Galveston, co oznacza, że jutro możemy usłyszeć pobękiwania dotyczące ewentualnej ewakuacji miasta Houston.
Czy wiecie, że podczas ewakuacji w 2005 roku zginęło ponad 100 osób? O wiele więcej niż z powodu samego huraganu Rita.
My jeszcze nie wiemy jakie mamy plany na wypadek ewakuacji. Teoretycznie nie mieszkamy w strefie zagrożonej powodzią, no ale w wypadku Ike może trzeba będzie martwić się nie tylko o deszcz, ale także o wiatr. Brak elektryczności w 35-38 stopniowym upale z 2 miesięcznym dzieckiem nie uśmiecha mi się. Zobaczymy ...

Póki co- Ike z lotu ptaka by captcosmic:



Piękny? Nieprawdaż?

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston