zwierzęta

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Po deszczu hjustońskie żaby wyłażą jak przysłowiowe robaki. Tym razem udało mi się nagrać ich odgłosy. Prawie jak owce, c'nie?
niedziela, 02 maja 2010
Nadeszła znowu ta pora roku, w której w środku nocy budzą mnie żaby. Lubię te odgłosy. Żaby u nas w domu to w ogóle temat dość modny. Franek ma ostatnio na ich punkcie fisia. Ma kołdrę z żabami i bardzo ją lubi, ma buty z jakimś nietoperzem , na którego mówi żaba. Po drodze do parku też widzimy mnóstwo żab. Co prawda rozjechanych, ale żab. Mam też w planie zakup wielkiej naklejki na ścianę z żabą, bo figurki żaby do zabawy oczywiście już mamy.



Dla rozrywki (Boże żeby on tylko tych żab nie rozrywał) zaserwuję wam TU żabę w wykonaniu mojego synka. On tak mówi zawsze. Po prostu myśli, że tak się właśnie prawidłowo wymawia słowo żaba.
Najgorzej gdy w nocy przypomni mu się, że ma gdzieś tą kołdrę z żabą i chce aby mama mu ją podała i zaczyna wołać ŻABA. Naprawdę można się przestraszyć ...
piątek, 26 marca 2010
Okazuje się, że tegoroczna zima stulecia (która w Meksyku była podobno chłodna i mokra), a także nielegalne wycinanie lasów (i związane z tym powodzie błotne) w tamtejszych okolicach , przyczyniły się do zmniejszenia się populacji monarchów wędrujących na północ. Populacja ta zmniejszyła się podobno aż o 50-60%.
Niskie temperatury w naszych okolicach spowodowały opóźnienie w wzroście roślin, które potrzebne są tym motylom do składania jaj, a także tych, z których pobierany jest nektar.
Znany i trochę przeze mnie nielubiany Eric Berger, nawołuje w swym artykule w Houston Chronicle abyśmy pomogli w tym roku motylom i posadzili trochę roślinek, które pomogą monarchom, bo jak przypomina- dopiero 3 lub 4 pokolenie doleci do Kanady.
Jeśli chodzi o roślinki w 'ogrodzie' to mam tylko lawendę, zioła i pomidory. Pochwalę się, że moje pomidory mają już pierwsze malutkie owoce.
Mam tylko jedne zdjęcie monarcha na postoju w Teksasie, więc je wklejam poniżej. Reszta to jakieś inne gady, ale też sympatyczne.









niedziela, 14 marca 2010
Chyba już wszyscy to widzieli, ale pomyślałam sobie, że skoro i my tu mamy zarówno aligatory jak i Polaków to może być tak trochę na temat ...



Podesłane przez Gumiaka i przez kuzyna z Czikago.

środa, 23 września 2009
Pisałam już chyba, że nie jestem kociarą. Nie lubię kotów bo mam na nie alergię. Od jakiegoś czasu przychodzi do sąsiadów jakiś kot. Sąsiedzi (ale nie Elvis i nie Brzuchatek tylko inni) mają taką grubą kocurę, która albo jest ekstremalnie gruba albo jest wiecznie w ciąży. No i ten kot chyba przychodzi do niej się wrześniować i nawet był chyba się sierpniować. Kot wkar... mnie na maksa, bo miauczy już od 6 wieczorem i czasem miauczy do 6 rano. Mąż niby nie słyszy, ale on dziecka też czasem w nocy nie słyszy, więc nie ma się co dziwić. Normalnie dostaje szału. Szałuuuuu. 
Kot jest biały i można nawet powiedzieć, że ładny. Tak. Myślę że ktoś kto lubi koty pewnie powiedziałby że jest ładny. Ja nie lubię kotów, bo mam na nie dość ekstremalną alergię, ale tak piszę, że jest ładny, żeby ktoś się skusił i go porwał. Bo ja już dłużej nie wyrobię. 
Pamiętam, że mój były chłopak, który pomimo tego, że uwielbia koty (na naszej klasie ma zdjęcie w otoczeniu siedmiu kotów i od patrzenia na to zdjęcie zaczyna mnie kręcić w nosie) i jest męskim odpowiednikiem Violetty Willas (chodzi o miłość do kotów, a nie o wygląd oczywiście) zmuszony był kiedyś takie miauczące koty odstraszać ziemniakami. Zaczynam się obawiać, że niedługo też będę musiała wtargać worek ziemniaków na balkon. 
Jak pozbyć się takiego natręta? 
Po opisaniu wszystkiego za czym nie będę tęskniła uświadomiłam sobie, że zatęsknię za szumem klimatyzacji. Przynajmniej zagłuszał miauczenie tego kocura.


poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Z reguły nie robię sobie quizów na Facebooku, ale temu nie mogłam się oprzeć. Quiz nosił tytuł: Kto jest twoim odpowiednikiem w Klanie. Wyszło mi, Rysio- motto życiowe 'Dobrze Grażynko'. Człowiek renesansu- taxówkarz, murarz, malarz ... ojciec trójki dzieci z których tylko jedno jest jego własne. Bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!
Fajnemy nosorożcowi wyszło- ciocia Stasia ...
No i jak przystało na człowieka renesansu przedstawie wam dzisiaj moje kolejne (obok robienia dżemików i Objective C) zainteresowanie, czyli ważki. Właściwie, zainteresowanie to ogranicza się tylko do oglądania filmów o ważkach na BBC, a także do oglądania ważek w parku lub na zdjęciach robionych przez mojego męża.
Houston Arboretum miało ostatnio zajęcia dla publiki z rozpoznawania ważek. Mógł przyjść każdy. Przyszło sporo osób- byli państwo emeryci, którzy nie mają co robić to przyszli. Był pan Edward Wilson wannabe, który ponoć przerywał prowadzącemu. Była młoda para, która ma sporo ważek w ogrodzie i chcieli się dowiedzieć co to są te ważki i dlaczego aż tyle ich mają. I był mój mąż, którego to na te zajęcia wypchałam, bo kiedyś zrobił fajne zdjęcie ważki równoskrzydłej (wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że była to ważka równoskrzydła i że coś takiego w ogóle istnieje) i chciałam żeby zrobił więcej. 
W tym roku w Houston ważek jest zdecydowanie więcej niż zwykle. Jest to dość interesujące zjawisko, zważywszy że była susza. No ale może właśnie dlatego tak teraz nimi sypnęło. No mówię wam, jak się pójdzie do parku to jest ich naprawdę masa. Jak na bagnie jakimś.
Zdjęcia z zajęć według męża są słabe (miał kilka fajnych zbliżeń ale nie chciał mi ich dać, bo niby nieostre), ale umówiliśmy się, że za 2 dni idziemy na ważkowe polowanie i zrobi ich więcej, więc może będzie coś lepszego. 






środa, 29 lipca 2009
Brazos latem jest trochę zarośnięte, ale aligatory są. 


Zdjęcie z bloga męża.
czwartek, 23 lipca 2009
Dzisiaj nie będzie o Norwegii, ale tak właściwie to można ten temat trochę pod Norwegię podciągnąć, bo oni też mają 'krew na rękach' (czwarte zdjęcie z tej notki). Chodzi o wileloryby.
Na LOST-a trzeba czekać do następnego roku. Mad Men zaczyna się w następnym miesiącu. The Office też narazie ma przerwę. A Gordon Ramsay, do którego taki kiedyś wzdychałam znudził mi się. Coś trzeba oglądać.
Oglądamy więc Whale Wars. W związku z tym, że program wybrał mąż, na początku obawiałam się, że może to znowu być coś w rodzaju The Deadliest Catch, o którym pisałam TU
Po krótce- Whale Wars to taki reality show, w którym grupa ekologów (bynajmniej nie z Klubu Geja) zapobiega połowom wielorybów w okolicach Antarktydy. Cóż, sezon pierwszy bardzo mnie zniesmaczył. Niby słuszna sprawa itd., ale kapital statku Steve Irwin (btw- jaka wspaniała nazwa statku), Paul Watson, jest po prostu szurnięty. 
Paul Watson, jeden z założycieli Greenpeace, został z niego wyrzucony i założył własną organizację Sea Shepherd, która zajmuje się ochroną wielorybów. Sea Shepherd nie wysyłają listów i nie drukują ulotek. Oni po prostu płyną w teren i tak po piracku tropią i atakują japońskie statki. 
Jeśli chce się ratować wilory z P.W. to należy mieć świadomość, że ryzykuje się życiem. Dosłownie. Podobno załoga o tym wie jak się zapisują, ale oczywiście nie śpieszno im umierać, czego wydaje się nie rozumieć kapitan P.W. P.W. moim zdaniem nie ma zbyt wielkiego doświadczenia i Safety First z całą pewnością nie jest jego ulubionym sloganem. A szkoda. W pierwszym sezonie mamy kilka wypadków, których możnaby uniknąć jeśli tylko załoga przeszła odpowiednie szkolenia. Ale wiadomo, takie organizacje nie są jak pan prezes, który forsą sra. Dlatego bardzo się ucieszyłam gdy w drugim sezonie załoga miała nie tylko lepsze łodzie, ale w ogóle lepszy sprzęt. W końcu znaleźli się sponsorzy (na przykład RHCP). P.W. dalej jest szurnięty i dalej obraża się jeśli ktoś nie wykonuje rozkazów, ale drugi sezon jest po prostu świetny. Mogliby tylko darować sobie powtarzanie komentarzy i parokrotne tłumaczenie tego co się stało.
Super pomysł na reality show i świetny pomysł na zarabianie kasy dla takich właśnie organizacji ekologicznych. Polecam serdecznie.
No i oczywiście - nie jedzcie wielorybów.

Acha, tak jak nigdy wcześniej nie lubiłam dzwonków, które zrobione są z jakiś piosenek, tak poważnie zaczęłam się zastanawiać nad zakupem dzwonka The World is a vampire (tu piosenka z czołówką).
wtorek, 03 lutego 2009
No cóż. Niestety nie da się tego dłużej ukrywać. Mam w domu mrówki. Faraonki. Chyba. Nie mamy ich zawsze. Pokazują się tylko wtedy kiedy wilgotność powietrza na zewnątrz spada poniżej 50%. 
Przez pewien czas ukrywałam to przed mężem, bo mój mąż jest wielkim przeciwnikiem wszelkiego rodzaju pryskania i różnych chemikaliów. Tak więc jak zobaczyłam gdzieś jakąś mrówkę to czekałam aż wyjdzie do pracy (mąż, nie mrówka) i psik psik RAIDem. No było tak może ze 4 razy. Raz nawet zatrudniłam do tego swoją własną Mamę. Mrówek było zazwyczaj może 5 czy 10 i zawsze koło zlewu. Wchodziły przez jakąś dziurę w ścianie (czy tam w oknie) z zewnątrz.
O mrówkach w poprzednich domach, i w pracy, i w Houston generalnie pisałam już chyba z 10 razy. Ale powoli zaczynam odczuwać objawy choroby psychicznej i w końcu muszę coś z nimi zrobić.
Parę tygodni temu mąż przyuważył te mrówki. To znaczy wiedział, że od czasu do czasu się pojawiają, ale tak na prawdę nigdy ich nie widział (moja w tym zasługa). Tym razem nie zdążyłam. Metoda męża (naturalna), czyli śmierć przez uduszenie dziecięcym pudrem podziałała świetnie. Także na mój język. Opary pudrowe na swoim języku czułam przez cały dzień. (BTW - Z powodu tych oparów obecnie nie używa się pudru do pudrowania dziecięcych pupek). 
Mąż nie chce pryskać bo boi się, że jak Franek zacznie raczkować to będzie nam zlizywał truciznę. Tym bardziej, że nasuchał się o jakiś płytkach z arszenikiem, które niby się gdzieś tam wbija i twierdzi, że te mrówki nam ten arszenik poroznoszą po domu. W plecakach.
Ja, jak już wiecie, nie mam takich oporów. Pryskam bardzo chętnie. Pryskałabym więcej, ale muszę oszczędzać na truciźnie, żeby się nie wydało, że pryskam.

No i nie było tych mrówek przez parę tygodni. Aż się za nimi stęskniłam. Aż tu nagle dzisiaj znowu mąż przyuważył procesję. Tym razem mrówki (z 15 ich było) ominęły wypryskany przeze mnie teren przy zlewie i podążyły w stronę sufitu. Nikt nie wie skąd przychodzą i dokąd zmierzają, bo na tym suficie idą od krawędzi do krawędzi. I znikają.
Jednym słowem mrówki mnie wykiwały, bo jak ja je tam teraz popryskam? Normalnie, technicznie się chyba nie da. No chyba, że truciznę naładuję do jakiegoś pistoletu na wodę i będę strzelać z oddali.
Aż mnie ścisnęło w klatce piersiowej. Poczułam się taka biedna i bezradna. 

Na szczęście mąż jednak chyba się zmienił. Kto wie? Być może on też w tajemnicy walczył z tymi mrówkami i też mu nie wyszło? Być może sam też pryskał? 
Mąż zmienił się, bo nagle zaproponował żebyśmy zadzwonili po Bug Mena. Kolega mu ponoć poradził takiego jednego. 
Nie pytałam się o szczegóły, bo nei chciałam aby się rozmyślił, ale na mój prosty blond rozumek oznacza to chyba, że jednak o tych mrówkach wiedział i myślał. 
I tu zakończę wstęp i zacznę w końcu dochodzić do konkretów. Otóż ten Bug Men prosze ja was, to ponoć jakiś taki facet, który ma ten robaczy biznes już przez ponad 20 lat. Jest to tak zwany biznes z ojca na syna, bo syn już też się wkręcił w te robaki. 
I taki biznes warto wspierać w tych ciężkich czasach. Trzeba dać chłopakom zarobić. Tym bardziej, że polecam ich także BBB.
Przyznam jednak, że tak ostatecznie do wyboru Bug Mena przekonały mnie kartki świąteczne, jakie co roku robacza rodzina publikuje na swojej stronie. Wspaniały pomysł. Jak zwykle nie mój.
(Proszę zwrócić uwagę, że w miarę upływu czasu syn rzeczywiście rośnie).

1990



1992



1994



2006




Miejmy nadzieję, że już niedługo mrówki faraonki będą już tylko koszmarnym wspomnieniem. 
niedziela, 08 czerwca 2008
Żebyście sobie nie myśleli, że ten Teksas jest taki brzydki...
Stary w końcu się ruszył i umieścił kilka nowych zdjęć na swoim blogu. Tym razem z podwójnej wycieczki do bliżej niesprecyzowanego miejsca w okolicach Galveston.
W tym tygodniu umieści jeszcze kilka nowych.










czwartek, 15 maja 2008
Żeby nie było, że wyolbrzymiam o tych mrówkach...
Moje na szczęście już wybyły i były w ogóle trochę mniejsze, ale chyba czas się przygotować na inwazję.
niedziela, 17 lutego 2008
W lutym, ulice niektórych części Houston zaatakowane zostają przez bandy ptaszorów. Chmary z downtow i ich odgłosy pokazywałam wam kiedyś TU, a dzisiaj pora na gromadę z okolic Kirby i West Alabama.
Lubie tą porę roku, bo zawsze jak widzę ptaszory siedzące na tych kablach, to przypomina mi się ta kreskówka.





poniedziałek, 11 lutego 2008
Poranek zaczął się dość niespodziewanie. Generalnie skorpionów w Houston nie ma. Wiadomo, zbyt mokro tu jest. Ale okazało się, że czasem są wyjątki od reguł i w butach trekkinogowych można znaleźć małego skorpiona.
Nie wiem skąd go przywlokłam. W każdym bądź razie byłam zmuszona wezwać grupę wspomagającą, która to złapała skurczybyka i 'usunęła'.
Dla tych, którzy odwiedzają mnie w kwietniu (nie będę tu wskazywała palcami, sami dobrze wiedzą o kim mówię), dodam że skorpion został znaleziony właśnie w tym pokoju, w którym będą spać. Na pocieszenie dodam, że teksańskie skorpiony są PONOĆ zupełnie bezpieczne.
No ale wracając do tematu. Wybraliśmy się wczoraj na wycieczkę krajoznawczo - podróżniczą do Anahuac National Wildlife Refuge i w inne miejsca w okolicach Port Bolivar. Pojechaliśmy na zwiad. Sprawdzić jak się sprawy mają po zeszłorocznym huraganie Humberto i czy ptaki zaczęły już budować gniazda. Żal mi tych ptaszorów, ale wygląda na to, że Humberto nie pozostawił im zbyt wiele drzew do budowania gniazd. Jest łyso i bardzie ciasno. Wygląda na to, że gniazda będą zbudowane dopiero za jakiś miesiąc więc może do tego czasu coś tam jeszcze wyrośnie. Chociaż wątpię. Te różowe narazie zbierają jakieś tam patyczki (właściwie bardziej wykradają z gniazda sąsiada), a te czarne (trochę orzeł trochę kaczka) zbudowały już swoje gniazda (zdjęcie najniżej).
Aligatory jak widać też już się wybudziły i można było zobaczyć masę małych skurczysynków. Podobnie z żółwiami. Żółw na żółwiu.
Niestety była też masa komarów, no ale w tym roku nie mam zamiaru dać im się tak bardzo i zainwestowałam we wdzianko antykomarowe w kolorze kamuflarzowym z jakimiś kurcze liśćmi poprzypinanymi zarówno do spodni jak i do bluzy. Strój jest bardzo obciachowy, ale musze przyznać że działa w 200% i właściwie co druga osoba ma taki sam więc można ten obciach jakoś przeżyć.
Więcej zdjęć mąż umieści u siebie w przeciągu tygodnia. Ja jeszcze dla przypomnienia wklejam relację z poprzedniego roku.














czwartek, 05 kwietnia 2007
Dzisiejszy dzień rozpoczął się zupełnie tak samo jak wczorajszy. O godzinie 6.00 zadzwonił mój biały budzik. Byłam dość głodna, więc postanowiłam zjeść śniadanie. Jest to dość ważny fakt gdyż planowałam śniadania nie jeść, bo muszę iść na jakieś tam badania krwi, a wiadomo, że krew się bada na czczo. Tak więc postanowiłam iść na całość i usmażyłam 4 jajka. "sunny side up". W sumie też wydawałoby się, że jest to mało interesująca informacja, a jednak nie. Otóż do niedawna nie umiałam robić tak zwanych jajek sadzonych. Jakieś tam zwykłe spłaszczone to pewnie i bym zrobiła, ale takich ładnych trochę rzadkich trochę twardych to nie umiałam. Tak mi się przynajmniej zawsze wydawało. Pewnie nie słusznie, bo w sumie to nigdy nie próbowałam ich zrobić. A teraz proszę jestem całkiem niezły mistrzunio. Płynie z tego taki morał- nie martwcie się jeśli wydaje się wam, że czegoś nie potraficie. Spróbujcie, nigdy nie wiadomo- może się okazać, że drzemie w was ukryty talent hehe.
Tak więc usmażyłam. 2 dla siebie i 2 dla Mensza. Smażę na dwóch patelniach, żeby mi się nie zlały i żeby mówiąc krótko i dobitnie były ładne. Dodaję trochę soli, pieprzu i oregano.
Kochani, jajka sadzone z oregano są świetne! A jak jeszcze podsmaży się cebulkę z winegretem to już w ogóle pierwsza klasa. Do tego dwa tosty, keczup i plasterek szynki.
Po takim śniadaniu raczej na czczo już nie byłam. Badanie krwi zostało tym samym odsunięte w przyszłość.
Nie chciało mi się iść zbyt wcześnie do pracy, więc poszłam sobie do urzędu. Przez całą drogę słuchała msobie jednej piosenki. Słyszałam tą piosenkę z jakieś 10 razy i zaraz znowu sobie posłucham. Moja nowa miłość: Missed the Boat zespołu Modest Mouse z płyty We Were Dead Before the Ship Even Sank. Polecam. Gorąco polecam.
Musiałam odebrać jakiś tam papier w związku z tym DBA czyli doing business as. Po przyjściu do pracy nie chciało mi się pracować, ale niestety musiałam.
Szef miał dzisiaj dwie rozmowy kwalifikacyjne bo szukamy kogoś do naszej grupy. Bo jest kurde tyle roboty, że można się załamać. Obaj kandydaci nie odpowiadali zarówno mi, jak i Brazylijczykowi. Doszliśmy do wniosku, że lepiej by było, żeby byli młodsi, żeby się za bardzo nie mądrzyli. Brazylijczyk ma 25 lat.
Tak minął mi dzień. Niezbyt ekscytująco, ale na szczęście zostało mi tego dnia jeszcze trochę. Za chwilę idę na spotkanie z koleżanką, a późniejszym wieczorem idziemy z Menszem na margaritę i tamales, od których jeszcze nie tyję. Mamy taki problem, że zamiast się kurde przygotowywać do wystawy (bo w maju wystawiamy kilka, że tak powiem dzieł sztuki) wolimy sobie pójść na piwo. Tak właśnie pracujemy już cały tydzień.
Wydarzeniem dnia dzisiajszego oprócz emaila od koleżanki z sąsiedniego bloga, która byczy się w Polsce jest powrót mrówek. Mamy bowiem znowu w domu mrówki. Dzisiaj odkryłam, ale nie wiem jeszcze skąd przyłażą. Narazie tylko jakieś 10. Ale wiem, że już jutro będzie ich 20, pojutrze 100 a za tydzień okaże się, że włażą mi do łóżka. Rok i dwa lata temu miałam ten sam problem. Tylko w kwietniu i tylko przez tydzień. Inwazja mrówek. Mrówki mają nie tylko nasi sąsiedzi, ale także znajomi w pracy. Szef Mensza i nawet Brazylijczyk. No ale cóż, zostawiam ten problem Menszowi, gdyż w zeszłym roku ja się ich pozbyłam z domu. teraz jego kolej.
To tyle jeśli chodzi o tytuł. Drugą część tytuły wyjaśnię w całkiem niedalekiej przyszłości. Życzę wam wszystkim miłego wieczoru i niemania mrówek. Bo w końcu są to dość obrzydliwe stworzenia jeśli widzi się je w kuchni, a nie na ten przykład w lesie.
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Dzień pełen wrażeń. Nie tylko dlatego, że dzisiaj był pierwszy kwietnia. Nie tylko dlatego, że na śniadanie jadłam moją ulubioną kanapkę z wędzonym łososiem na bułce z green chile z Einstein Bros. Nie tylko dlatego, że dostałam dziś kilka mejli z odległych krain, i nie tylko dlatego, że się zgubiliśmy w drodze po przygodę.
Otóż dzień był pełen wrażeń gdyż dzisiaj, po 3 latach mieszkania w Houston zobaczyłam coś co mnie powaliło na kolana i stwierdziłam, że dla takich właśnie widoków warto w Houston pomieszkać.
Już od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się z Menszem, czy nie zapisać się do organizacji Houston Audubon, która zajmuje się ochroną ptaków. Texsas jak bowiem wiecie, jest krajem tak zwanym ciepłym, do którego przylatują różne ptaszory w celu przetrwania zimy. Albo też, które to zatrzymują się tutaj w drodze powrotnej z Meksyku do na przykład Kanady. Marzec jest takim właśnie okresem, kiedy to pojawia się u nas sporo gości. Marzec jest także okresem godów, więc ptaki i ptaszory można widzieć doprawdy wszędzie.
Pojechaliśmy więc nad Zatokę Meksykańską w celu odwiedzenia jednego takie miejsca, po naszemu byłby to chyba użytek ekologiczny. Znam się na tym trochę. W końcu spędziło się trochę życia w towarzystwie członków Federacji Zielonych czy innych Towarzystw Ornitologicznych.
Ale wracając do tematu, postanowiliśmy sobie, że postaramy się zwiedzić jak najwięcej takich właśnie miejsc. Dodatkowo, stałam się przedwczoraj posiadaczem jebitnej lornetki, którą to btw dostałam za zupełną darmochę. Tak więc wyruszyliśmy. Z 3 godzinnym opóźnieniem w końcu dotarliśmy do tego sanktuarium. A tak sami maniacy (w dobrym tego słowa znaczeniu). Wiem jak rozróżnić maniaka od niemaniaka, bo z takim jednym mieszkałam przez jakiś czas. (Dla wtajemniczonych chodzi mi o Zboksa). Lornetki, kalosze, czapki, 200% ochrona przed komarami czyli moskitiera na twarz, otwierane rękawiczki, koszule typu buzz off, aparaty fotograficzne z obiektywem conajmniej 600mm itd. A my jak na wakacje- termosik, herbatka, delicje szampańskie, koszulka z krótkim rękawem, kanapki, brak czapki, o rękawiczkach nie wspomnę. Mieliśmy na szczęście super płyn przeciwko komarom prosto z Australii, ale zakupiony w NZ. Polecam kochani, polecam pomimo, że z DEET-em. Dzięki temu płynowi Monsz zakończył dzisiajszy dzień tylko z 40 ugryzieniami.
No i do błedu życiowego musiałam się dzisiaj sama przed sobą przyznać. Że ja nigdy na podglądanie ptaków z tym kolegą współlokatorem się nie wybrałam. A kolega zapraszał. I to nie raz. Milion razy. Jezu jaka to frajda. Tym bardziej jak się ma taką lornetkę, która pomaga ślepej kurze zobaczyć co się dzieje na drzewie. Zresztą nie tylko na drzewie, bo i w krzakach można było podglądać pancerniki i wypatrywać czy nie nadpływa aligator.
No więc co oglądaliśmy? Przede wszystkim były tych ptaków setki. Były to trochę takie bociany, trochę kury, a trochę flamingi. Trochę też jakgdyby sępy. Nazwy znam, ale nie pamiętam, a nie chce mi się schodzić po książkę bo spać już trzeba iść. Ptaki te gnieździły się na tych małych drzewach i flirtowały. Zabawne to było, bo w sumie te ptaszory były dość spore, a drzewa dość małe. Wyglądały bardzo niezdarnie. Tak jakby to drzewo w ogóle im się nie należało. Niektóre z ptaków (tych bardziej bocianów) miały zielono dookoła oka- co oznacza, że są wolne i chętne, a inne miały żółto- co oznaczało- spadaj pan. Porobiłam trochę zdjęć - zapraszam. A potem siedziałam i gapiłam się przez lornetkę. Nie będę tu ukrywać, że niektóre te zdjęcia chyba wyszły mi fuksem, bo to co widziałam przez moją nową jebitną lornetkę miało się nijak do tego co sfotografowałam. Na przykład to zdjęcie ptaka z gałązką- jak robiłam to zdjęcie to gałązki nie widziałam...A przez lornetkę nawet jajka w gnieździe widać było.
Tak więc w Wielkanoc jedziemy tam znowu - tym razem z samego rana. Musimy się tylko wybrać do sklepu myśliwskiego po: moskitierę na twarz, otwierane rękawiczki, koszulę typu buzz off no i jakiś kamuflarz czyli piórko do kapelusza czy coś w tym stylu. Albo wszystko w jednym. No to idę spać. Życzę wam aby się wam przyśniły te różowe Spoonbille.

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston