fajne (niestety nie moje) pomysły

piątek, 22 stycznia 2010
Od mojego ostatniego wyjścia do pubu wiele się zmieniło. Okazuje się, że serwowanie piwa w dzbanku jest soo last decade.
Teraz  (choć może rok temu także tylko, że nie miałam okazji przyuważyć) piwo serwuje się w takiej armacie.
Czy ktoś wie jak się to coś fachowo nazywa?

piątek, 11 września 2009
Elvi being the plural of Elvis, as everyone knows...

W niedzielę zaprosiliśmy sąsiadów (nie tych od brzucha) na barbakiu. Dawno się tak nie uśmiałam. 
Brzuchatka już poznaliście. Dzisiaj czas na tego drugiego. 



Sąsiad (niezły kolo tak w ogóle) pochodzi z LA (z Luizjany, a nie z Los Angeles) i jest fanem wszystkiego co z tym stanem jest związane. Patriota po prostu. 
Ostatnio zaprosił nas na paradę Elvisów, która odbywa się w okolicach Mardi Gras. Był ktoś może kiedyś? Sąsiad ma oczywiście nie tylko kostium, a także 2 skutery i bierze udział co roku czyli dwa razy.
Po obejrzeniu kilku klipów i po poczytaniu tego i owego stwierdzam, że tylko takie parady mają jakikolwiek sens.
środa, 11 lutego 2009
Wczoraj oglądaliśmy Billa Gatesa na konferencji TED. Pomimo tego, że używam MAC-a, a nie peceta, to muszę przyznać, że lubię Billa. Cenię go za to co robi i do tego uważam, że jest dość zabawny (w przeciwieństwie do Steve J., który mnie drażni). 
Tegoroczna konferencja jest już na iTunes (jeszcze nie w całości), więc jeśli ktoś jest zainteresowany to można sobie obejrzeć (i w między czasie pokręcić Hula Hopem). 
Bill Gates podczas swojego wystąpienia mówił o malarii (dla urozmaicenia wypuścił kilka komarów z komentarzem: "Not only poor people should experience this") i o tym co zrobić aby w Stanach było więcej dobrych nauczycieli. Bill Gates to swego rodzaju patriota. Podoba mi się, że próbuje coś zrobić aby Stany Zjednoczone nie były tak bardzo w tyle z nauką. Aby mózgi z Azji nie dominowały lokalnych rynków pracy. Statystyki, które podał były dość przerażające- chodzi mi przede wszystkim o odsetek osób, które ukończyły high school; o odsetek mniejszości narodowych z ukończonym high school itd. 
No ale gdzie tu Houston? Otóż okazuje się, że Bill Gates spędził trochę czasu w Houston gdzie podglądał KIPP. Nie słyszałam wcześniej o KIPPie, a wy? Odsyłam do Wikipedii
Billowi zależy na rozmnożeniu wyjątkowych nauczycieli. Proponuje co zrobić aby ich wiedza i sposób nauczania nie był dostępny tylko i wyłącznie dla dzieci z bogatszych rodzin. Zależy mu na tym aby wprowadzono programy dzięki którym ucznowie będą mogli łatwiej nadrabiać zaległości (poprzez na przykład oglądaniu zaległych lekcji na dvd). 
Mówiąc krótko ciekawa prezentacji. Zapraszam do obejrzenia (jak zwykle każdy u siebie). 
czwartek, 25 października 2007
Czy zdarza się wam dostawać mandaty za szybką jazdę?
Lubię szybką jazdę samochodem. Ale tylko wtedy gdy to ja jestem kierowcą. I tylko wtedy gdy jestem sama.
Lubię włączyć sobie muzykę i pędzić lewym pasem.
Ostatnio jednak nie kuszę diabła. Samochód się trochę postarzał, oponki się zdarły, a i hamulce już też nie te. Zresztą do pracy jeżdżę bocznymi uliczkami i jedyne co mogę ewentualnie wyprzedzić to babcia na rowerze, albo śmieciarka.
Ale mandatów raczej nie dostaję. Raz, w Nowym Meksyku, na zupełnie pustej autostradzie przyłapał mnie State Trooper. Wlepił mi ponad stówkę, za szybką jazdę właśnie. Ale to było tak dawno temu, że właściwie już się nie liczy.
Alex Roy też lubi szybką jazdę. Alex od kilku lat próbował pobić rekord w przejechaniu ze wschodniego wybrzeża na zachodnie w jak najkrótszym czasie (rekord wynosił 32 godziny i 7 minut). Alex próbował kilka razy. W różnych autach. Próby te można sobie tylko wyobrazić: dziesiątki red bulla, papierosy, gpsy, mapy, okulary przeciwsłoneczne, wykrywacz radarów policyjnych, cb radio, radio na których można odbierać kanał policyjny, i krótkie przerwy na siku. Do pobicia rekordu można też skorzystać z pomocy przyjaciół z ogólniaka. Kolega Roya, pilot - pomagał z góry wypatrywać policyjne wozy. Ciekawe czy na nasza-klasa.pl udałoby mi się znaleźć takiego kolegę?
Kilka tygodni temu NY Times oficjalnie ogłosił, że 7-go października zeszłego roku Alex pokonał trasę NY- LA w 31 godzin i 4 minuty. Bez mandatów.
Można sobie tylko wyobrazić zmęczenie kierowcy i co-pilota.
Czy ktoś z was chciałby zrobić coś równie męczącego?
Mnie osobiście, marzą się 48 godzin bez snu w Tokio. Plan jest taki: uzbierać mil na darmowy lot do Tokio pierwszą klasą, polecieć na weekend i wrócić. Myślę, że raczej nie prędko uzbieram te mile, więc pewnie nie prędko się do Tokio wybiorę. No ale czym byłoby nasze życie bez marzeń?
Ale wracając do USA... Nie udało mi się jeszcze przejechać ze wschodniego wybrzeża na zachodnie. Ba, nie udało mi się nawet przejechać z zachodniego na wschodnie... Ale owszem, planuję. Tylko nie bmw, ale bardziej kamperem.




Ostatnio Gumniak pisał u siebie o 100 rzeczach do zrobienia przed śmiercią. Gumniak- możesz dodać to sobie do listy. Może niekoniecznie pobicie rekordu, ale przynajmniej próbę.

---------------------------------
Więcej o Alexie i całej wyprawie - do przeczytania w moim ulubionym magazynie- wired i w wikipedii.
Zdjęcie - z wired - Brian Finke.

piątek, 24 sierpnia 2007

Wpis ten dedykuje szczególnie Evkowi, bo wiem że może ją to zainteresować. Pisałam parę miesięcy temu o moich zajęciach z Flash-a. Było to moje pierwsze doświadczenie z Adobe na tak bardziej poważnie (czyli, że więcej niż używanie Adobe Reader). O tym jak było na zajęciach już wiecie (a jak nie to zapraszam). W ubiegłym tygodniu zakończyłam kolejne zajęcia. Tym razem z Photoshopa. Zapisałam się na kurs dla zaawansowanych i okazało się, że wiem więcej niż mi się wydawało i mówiąc krótko wynudziłam się trochę. Owszem, nauczyłam się o Drop Shadows, Quick Selections itd. ale z całą pewnością nie było to warte paru stówek, które wybuliłam.

Potem przyszedł czas na kolejny wydatek. Przyszło zamówienie na kolejną stronkę i blog więc postanowiłam, że czas zainwestować we własny software. No i mam. Nie tylko software ale i jakiś tam balans na karcie kredytowej. Zakupiłam wszystko co wydawało mi się potrzebne i muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu żaden program na komputer mnie aż tak bardzo nie zachwycił jak ten cały CS3. Wszystko mi w końcu pięknie chodzi, nic się nie zacina, normalnie zero stresu. Z pakietem dostałam też dvd z lekcjami. Nie w wersji pdf tylko nromalnie- video. Krok po kroku, krok po kroczku nauczyciel pokazuje gdzie trzeba wejść żeby uzyskać jakiś tam efekt. Nauczyciel się nie zacina, nie pierdzieli tylko konkretnie wykłada kawę na ławę. I tu właśnie zbliżam się do sedna sprawy. Otóż poraz kolejny przekonałam się, że fajne pomysły nie są niestety mojego autorstwa. Lekcje te stworzone są przez firmę lynda.com. Ostrzegam, że jak tam wejdziecie to być może już nie wyjdziecie. Linda jest po prostu boska! Za 25$ miesięcznie (albo $250 rocznie) można uzyskać dostęp do wszystkich programów z biblioteki. Nie tylko Adobe. Można także kupic te lekcje na dvd, no ale to już trochę droższa sprawa. Niestety. Osobiście, dostęp online mi nie przeszkadza, bo łącze mam niby szybkie i komputer się nie krztusi. Niby LOST mogę sobie oglądać bez problemu. No ALE ja tam lubię zakupiony produkt mieć w ręku, więc trochę mi żal że te dvd są drogie. Tak więc zapisuję się do szkoły pani Lindy już od września. Olewam kursy na uniwerku (oprócz jednego z SEO).

Lindę polecam, bo spróbowałam i wydaje mi się że jest to bardzo dobry produkt.


sobota, 28 lipca 2007
Co was kręci? Gołe babki się nie liczą. Chodzi mi o gadżety, pomysły, software i hardware.
Mnie ostatnio kręci TED, (nie chodzi mi bynajmniej o Ted'a Kaczyńskiego). TED, czyli grupa ludzi, licząca ponad 1000 liderów z całego świata, którzy spotykają się co roku w celu 'wymiany' myśli i pomysłów mających na celu pozytywne zmiany. Konferencja jest by invitation only, ma miejsce w Kalifornii, a bilet kosztuje coś około $5,000.
Dla tych, którzy tak jak ja, nie maja światu do zaoferowania tyle co na przykład taki Al Gore , istnieje opcja brania udziału w takiej konferencji zupełnie za darmo. Co prawda z lekkim opóźnieniem, i bez możliwości pogadania z kimkolwiek oprócz własnych kapci, no ale zawsze lepsze to niż nic.
Co tu dużo mówić, ogladam TED'a z rozdziawioną paszczą. Oglądam sobie i wam też polecam, szczególnie że wszystko można obejrzeć przez Internet. Owszem, czasem trafiają się zarozumialcy , owszem ci co są niezaproszeni z pewnością stwierdzą, że to komercja i snobizm, ale ja zgadzam się z twóracami i twierdzę, że idee i pomysły są conajmniej warte rozpowszechnienia ( a niektóre z nich są z pewnością warte tysiące. Dolarów i żyć).
Każdego roku wybiera sie zwycięzców, tych którzy mają najciekawsze idee. Ci, oprócz tego, że wygrywają $100,000 mają też prawo wypowiedzieć swoje życzenie w nadziei, że członkowie TED-a pomogą to marzenie spełnić. Z tego jak to rozumiem zwycięztwo umożliwia im zostanie członkiem społeczności TEDa.
W tym roku zwycieżył między innymi Klintek. Życzenie Klintka można przeczytać TU. Kolejny zwycięzca -E.O. Wilson (którego miałam okazję posłuchać LIVE) marzy o stworzeniu Encyklopedii Życia.
Wykładowcy z tych spotkań są kilka lat do przodu w porównaniu z resztą świata. Pamiętacie Minority Report ? Jakoś tak w zeszłym roku oglądałam sobie prezentację Jeffa Hana, a tu proszę dzisiaj Monsz mi oznajmia, że w następnym tygodniu idzie na demo SURFACE. Surface jest bardzo podobne do tego o czym mówił podczas swojej prezentacji Jeff Han .
Zapraszam was do oglądania TED-a (oczywiście każdy u siebie), bo weekend znowu zapowiada się deszczowy.

Jezu, jak ja bym chciała iść na takie demo Surface. Nawet jeśli nie można w nim jeszcze płacić kartą kredytową, czy też ściągać zdjęć z aparatu poprzez kładzenie go na tablet.


piątek, 08 czerwca 2007
Normalnie można sobie pójść na wirtualny spacer...
Niestety nie w Houston, a w San Francisco. Szkoda, że nie mają live view to bym wam pomachała podczas jutrzejszej wycieczki.
wtorek, 20 marca 2007
Któż z nas nie używał, albo nie słyszał o Gnutelli czy też innym Napsterze. Słyszeli wszyscy. Pisałam ostatnio o Netflixie, do którego namówiła mnie aniabuzuk. (BTW, z Netflixa jestem nadal zadowolona- własnie czekam na film o Janie Pawle 2). Ostatnio, wpadł mi w ręce artykuł o fajnym pomyśle, który nawet kiedyś miałam w głowie, ale z pewnością każdy może powiedzieć to samo. Otóż jest to po prostu wymiana muzyki. Bo jak się okazuje barter jest legalny we wszystkich 50 stanach.
Zasada jest prosta. Tworzysz sobie konto- takie jak na allegro na przykład i ogłaszasz się ze swoją płytoteką. Tworzysz sobie dwie listy- Want i Have. Wysyłasz komuś płytę, płacisz jakąś tam opłatę z transakcję (około $1.5) i możesz zażyczyć sobie płytę z cudzej Have listy. I czekasz, aż do ciebie przyjdzie.
Jest kilka takich serwisów. Lala ma chyba największy zbiór- bo około 1.8 miliona tytułów.




Jak wszystko, usługa ta ma swoje plusy i minusy. Plusy takie, że można zdobyć płytę za niewielką sumę i to legalnie. A głównym minusem jest oczywiście czekanie na listonosza. No ale jeśli potrafimy być cierpliwi, i możemy poczekać dwa dni, to może warto spróbować?
Ja chyba spróbuję.
wtorek, 06 marca 2007



Jak nadminiłam wcześniej odkryłam Icebreaker. Czym Icebreaker różni się od innych firm produkujących ubrania? Różni się wieloma rzeczami. Przede wszystkim nie zawiera sztucznych materiałów, jest w 100% naturalny i rzeczywiście, tak jak się reklamuje- nie śmierdzi- nawet po tygodniu noszenia. Mówię o tym proszę państwa z doświadczenia.
Monsz przeżywał ten Icebreaker jeszcze przed naszym wyjazdem. Nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi, a nie chciało mi się za bardzo wdawać w lekturę. No ale kazał kupić, bo miał mi się przydać podczas naszej wyprawy na Tongariro Corssing. Że niby szybko schnie, i że jak się człowiek zmoczy to nie jest mu zimno. Chodzi mi o zmoczenie od deszczu i potu.
Kupiłam. Tanie to coś nie było, ale w sumie jak tak sobie policzyć to właściwie wychodzi że się opłaca. Bo rozchodzi się o to, że stu procentowa wełna z owiec Merino utrzymuje te owce w odpowiedniej temperaturze zarówno zimą jak i latem. Skoro więc owce są OK, dlaczego człowiek miałby nie być?
I rzeczywiście tak jest. Zasada jest jedna- nie używamy dezodorantów (bo blokują włókna).
Zrobiliśmy z Menszem eksperyment- nosiliśmy koszulki (bo potem oprócz tej bluzy z długim rękawem kupiliśmy sobie także koszulki z krótkim i na ramiączkach i jeszcze kamizelkę) do momentu aż dojdzie się do wniosku że trzeba zmienić bo zaczyna się robić powiedzmy niewygodnie. No i gdyby nie to, że człowiekowi od czasu do czasu robiły się plamy to chyba w ogóle byśmy ich nie zmieniali. Każdego wieczoru specjalna dwuosobowa komisja do spraw potu sprawdzała czy koszulka nadaje się do powtórnego założenia dnia następnego (nie spaliśmy w nich).
Rekord nie zmieniania wynosi 196 dni. Dzień i noc. Sam ŚP Sir Peter Blake nie zmieniał ubrania przez 80 dni. A Sir Peter Blake raczej by nam nie ściemniał. W końcu tytuł Sira do czegoś zobowiązuje (pominę tu fakt, że Elthon John to też Sir i że sprytnie wykręca się od płacenia podatków i że może ten tytuł tak naprawdę nic nie znaczy).
Tak więc jak się tak policzy ile by trzeba było mieć koszulek na takie 80 dni to wyjdzie, że się opłaca. Ale nie namawiam nikogo do próby pobicia tego rekordu.
Wełna w tej Nowej Zelandii to czysty biznes. Wszędzie widać ogłoszenia typu 100% wełny, Merino wool, wełniane rękawiczki itd itp. Nawet sprzedają jeszcze kawałki wełny ze sławnego Shreka. (Shrek to owca, która się ukrywała w jaskini w górach przez 6 lat. Shrek tak zarósł, że gdy go w końcu odnaleźli w 2004 roku to nie mogli uwierzyć, że tak można wyglądać).
Gdy byliśmy mali każdy z nas miał jakieś wełniane sweterki i bluzeczki. Ale nikt ich nie lubił, bo "gryzły". Icebreaker nie "gryzie".
Icebreaker sprzedaje także skarpetki. Monsz zakupił sobie parę, ale nie zapisałam się do komisji wąchającej.


poniedziałek, 05 lutego 2007
No nie oglądam Superbowlu, bo pomimo tego, że wszyscy oglądają mam to gdzieś. Oglądam za to filmy na dvd. Otóż aniabuzuk namówiła mnie na zapisanie się do Netflixa. Jestem zachwycona tą instytucją. Netflix ma już prawie 7 lat, więc trzeba przyznać, że mam trochę opóźniony zapłon- no ale bądźmy szczerzy, po co płacić za coś co nie jest jeszcze doskonałe? A te kilka lat temu Netflix taki właśnie był. Teraz już jest doskonały, więc można się przyłączyć. Wszyscy się zapisują- sąsiad z Indii, koleżanka od szachów, Brazylijczyk z pracy. No wszyscy. Więc się zainteresowałam. Na blogu bezpopcornu zostało mi wytłumaczone, że warto i skończyło się na tym, że zainwestowałam czas i pieniądze.
No więc domyślam się, że są na tym świecie jeszcze tacy ludzie jak ja, którzy tak naprawdę nie wiedzą czy ten Netflix to jakaś kolejna szmiro-ściema, czy też nie. Dla was dedykuję więc ten wpis.
Netflix to internetowa wypożyczalnia dvd. Zakładasz sobie konto, budujesz profil i wybierasz filmy, które wrzucasz do wirtualnej kolejki. W profilu odpowiadasz na pytania, jakie filmy lubisz a jakich nie i na podstawie tego komputerek uruchamia sprytny algorytm i proponuje ci jakieś tam filmy. Jeśli, któryś oglądałeś to musisz go ocenić w skali od 1-5 (tzn. nie musisz, ale jeśli chcesz aby komputerek proponował ci coś z sensem to lepiej to zrób). Dzięki temu, filmy które zostaną ci zaproponowane będą zbliżone do tych, które lubisz. Trochę nie dowierzałam w działanie tego algorytmu, ale on rzeczywiście jak rzadko co w dzisiejszych czasach działa.
No więc wybierasz sobie te filmy, wrzucasz je do kolejki i czekasz 24h. Następnego dnia otwierasz skrzynkę na listy i czekają tam na ciebie dwa filmiki. Każdy w osobnej kopercie (która to koperta po otworzeniu staję się kopertą zwrotną). Oglądasz i odsyłasz. Oczywiśce wszystko jest już z góry opłacone. Ty musisz tylko wrzucić do skrzynki ( co w Ameryce oznacza wsadzić do swojej własnej skrzynki na listy, bo listonosz odbiera także ze skrzynki). Film dochodzi do Netflix tego samego dnia, bo maja te Netflixy w każdym większym mieście. I tego też dnia wysyłają do ciebie kolejny film z twojej kolejki.
Są różne opcje. Ja mam taką, że w tym samym czasie nie mogę mieć wiecej niż 2 płytki. Oczywiście nie mam ograniczeń ilościowych. Tak więc po szybkiej kalkulacji wychodzi, że się opłaca. Bo na przykład w Hollywood Video płaci się cztery dolarki za sztukę więc jeśli ktoś ogląda 2 dvd tygodniowo to mu wyjdzie $32 miesięcznie. A tak płaci sobie $14 miesięcznie i może obejrzeć więcej. Oprócz tego biblioteka jest dość bogata. Bo na przykład wypożyczyłam wczoraj Nic śmiesznego. Wypożyczyłam żeby Monsz mógł obejrzeć bo zbyt wiele polskich filmów nie widział. Właściwie widział tylko jeden- Wesele- i trochę się załamał. Nic smiesznego mu się bardzo podobało. Ja zasnęłam, jak zwykle, a on obejrzał do końca.
No ale żeby nie było tak że te plusy nam przysłaniają minusy to o minusach wspomnieć należy. Jedyny minus jaki mi przychodzi do głowy to taki, że jeśli dvd jest uszkodzone to nie można od razu wymienić. No ale niech Bóg ma nas w swojej opiece i niech te dvd będą w dobrym stanie.
Ostatnio modne jest posiadanie tak zwanych wirtualnych friendów. Można mieć na przykład takich friendów na flickr, czy też innych myspace-ach. Nie będę tu się rozpisywała nad sensem, czy też brakiem sensu posiadania takich friendów, ale dodam, że Netflix też ma taką opcję. Aniabuzuk jest moim friendem. Lonelystar też, ale z jakiegoś powodu jej nie widzę. Mogę natomiast zobaczyć jakie filmy aniabuzuk już obejrzała (oczywiście jeśli mam ochotę, na każdy mogę sobie kliknąć i dodać do kolejki). Mogę też jej coś zaproponować i zostawić notkę. I wreszcie możemy sobie sprawdzić jak bardzo bliskie są nasze gusta filmowe. Okazuje się, że mamy 74% similarity. Chętnie dowiedziałabym się jakie mam similarity z lonelystar, no ale coś cholera nie mogę jej zobaczyć. Dowiedziałam się też, że aniabuzuk uwielbia Ace ventura, podczas gdy mi się ten film kompletnie nie podobał. Jim Carrey mnie totalnie irytował zarówno w tym filmie, jak i w Masce.
Są też inne opcje związane z friendami, na przykład quizy z pytaniami jakie filmy lubią moi wirtualni przyjaciele. Nie mam jednak na to czasu, więc nie gram. Tym bardziej, że nie ma nagród.
Ważnym gadżetem jest też możliwość posiadania wielu profilów. Każdy członek rodziny może mieć własny profil i własny algorytm, tym samym nie może się zdarzyć, że komuś żona wykluczy z listy filmów proponowanych na przykład horrory.
Odesłałam już pierwszy film (The house of sand and fog- polecam) i teraz czekam na kolejny z kolejki. A w kolejce mam takie oto filmy: City of God , The Devil Wears Prada, Gandhi, The Guardian, Frida, Jackass: Number Two, Y Tu Mama Tambien, Hotel Rwanda, Kolya, All About My Mother, Microcosmos, Leonard Cohen: I'm Your Man, Delicatessen, Wallace & Gromit: Three Amazing Adventures, Pride and Prejudice, Giuliani Time, Sexmission, Kandahar, Happy Endings, Junebug.
Mówiąc krótko- polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Jeśli jeszcze się nie zapisaliście (bo tak jak ja macie spóźniony zapłon) to zapiszcie się, bo to jest naprawdę dobry produkt.

ps- w Polsce też jest chyba coś podobnego. Nazywa się Netino. Ale o tym to wy musiecie się wypowiedzieć.

środa, 31 stycznia 2007
Monsz jak przystało na porządnego obywatela, każdego ranka czyta sobie BBC. Wczoraj wpadł mu w ręce artykuł o naszej sławnej bieliźnie koniakowskiej. Zafascynowało go. Spędził przed komputerem jakieś 20 minut i od razu miał lepszy humor.
Historia Koniakowa przypomina mi film pt Kinky Boots. Widzieliście? Chociaż prawdę mówiąc gdyby ktoś użył Koniaków zamiast Northampton, historia mogłaby być zabawniejsza. (Szczególnie z włączeniem w akcję kościoła i samego Ojca Świętego).
Monsz nie potrafił się wypowiedzieć czy mu się ta bielizna podoba- twierdził, że nie o to tu chodzi (rozumiem, że chodzi tylko o oglądanie tych panienek). Ja na dzień dzisiejszy stwierdzam, że bielizna nie bardzo, ale te koszulki to i owszem. Na upały w Houston jak najbardziej.
Dlatego też zwracam się z tym pytaniem do was drodzy czytelnicy. Co sądzicie o koronkach z Koniakowa? Kto z was ma? I czy warto?

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Tematy wucetowe okazują się bardzo chwytliwe, dlatego poraz kolejny (i zapewne nie ostatni)  dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami z tej właśnie branży .
Każda z nas wiedziała, że panowie lubią nie tylko skakać z kwiatka na kwiatek, ale lubią je także podlewać. Ale żeby aż do tego stopnia?
Pisuary te, w cenie zaledwie $7k - $10k można nabyć TU.
Myślę jednak, że zarówna forma jak i kolor nie sprawiłyby aby bardziej taki pisuar chciało mi się sprzątać.





-----------------------------------------------------
wspaniała mozaika pochodzi z Wired
czwartek, 04 stycznia 2007
Ostatnio widzę coraz więcej dzieci w butach Heelys. Widzi się je wszędzie- w centrach handlowych, w sklepach z żywnością i na lotniskach. Nie wiem jak wygląda sytuacja w szkołach, bo nie znam nikogo oprócz Wiewióry, kto chodzi jeszcze do szkoły.
Buty te fascynują mnie coraz bardziej. Coraz bardziej też zazdroszczę małolatom, którzy ślizgają się bez ślizgawki. Myślę, że może dojść do tego, że sobie takie właśnie zakupię i wybiorę się do centrum handlowego na heelowanie...
Czy w Polsce te buty też są popularne? Czy ktoś z was je ma?
Tym którzy nie znają wyjaśnie, że w butach Heelys jest jedno kółko (nie dwa- tak jak we wrotkach), które można sobie wcisnąć i wycisnąć i dzięki temu można albo chodzić albo się ślizgać). A wygląda to mniej więcej TAK.

sobota, 28 października 2006
Być może pisałam już kiedyś o tym, że chodzimy sobie w środy na wykłady do muzeum. Wykłady te organizowane są przez Rice Design Alliance.
Rice Design Alliance jest to organizacja, która między innymi prowadzi wykłady dotyczące architektury i zagospodarowania miasta Houston (ale nie tylko). Wykłady mają na celu uświadomienie mieszkańcom Houston, że to nasze miasto można zmienić. Przedstawia też pomysły jak to zrobić.
Nie jestem architektem, ani innym designerem, wiec zapytacie po co chodzę? Ano chodzę, bo dzięki tym wykładom bardziej rozumiem tego potwora Houston i przy okazji mogę się dowiedzieć parę innych ciekawostek dotyczących innych miast. Tak więc chodzę. Pomimo tego, że trzeba płacić.
Właśnie zakończyła się seria pod tytułem Resurfacing the City. Na spotkaniach tych dowiedziałam się o planie budowy naszego nowego parku w samym środku miasta, ale także o ciekawych pomysłach z innych miast.
Pierwsze wykłady dotyczyły projektów związanych bardziej z ochroną środowiska i z pomysłami na wykorzystanie nieużytków, czy też innych miejsc zniszczonych przez człowieka. Przyjechała jakaś kobieta z organizacji DIRT i opowiadała jak można zamienić tereny skażone w przyjazne parki i takie tam. No ciekawe to było nie powiem. Aczkolwiek mam taki problem osobisty, że zasypiam na filmach i wykładach (niedługo zacznę też przysypiać w pracy) i myślę, że jakieś 20 minut tego wykładu przespałam. Co jakiś czas budziło mnie szturchnięcie Mensza. Z tym spaniem to naprawdę może powinnam pójść do lekarza? Mam tak, że na przykład jak tylko wsiądę do samolotu to od razu odpadam. Samolot nawet nie musi wystartować. Myślę, że ciśnienie jakoś na mnie działa właśnie w taki sposób, że od razu zasypiam.  Ale bądźmy szczerzy- jest to pewnego rodzaju obciach.
Kiedyś spędzałam sporo czasu w samolocie (jakieś 8 godzin tygodniowo) i właściwie jak teraz o tym sobie myślę to ta moja poprzednia praca nie była w sumie taka zła, bo 25% czasu spałam... Podobnie mam też na filmach. Jak tylko zaczynamy oglądać film to Monsz podkręca klimę żeby było chłodniej i żebym nie przysnęła. Jakis czas temu mało co nie oblałam się gorącą herbatą bo przysnęłam z kubkiem w ręku. Obudziłam się jak Monsz mi ten kubek jakoś złapał. No mówię wam - obciach.
Czy wy też tak macie? Jeśli wiecie, że to jakaś choroba to może mi powiedzcie, żebym miała czas pójść do lekarza zanim zasnę na wieczność...
No ale wracam do tych wykładów. W zeszłą środę odbył się ostatni wykład. Na wykład przyjechał James Corner. Podobno znany gości, ale ja tam go nie znałam. Anglik, aczkolwiek robiący zarówno karierę jak i kasę w Stanach.
Corner opowiadał o projekcie znanym pod nazwą High Line. Być może niektórzy z was słyszeli, ja na przykład nie słyszałam. Chodzi o zachowanie i przywrócenie do używalności torowiska nadziemnego. Nie chodzi o to, aby znowu jeździły tam pociągi. Chodzi o to, aby zrobić z tym coś, czego będą mogli używać spacerowicze. Czyli parki na torowisku, kramiki i inne takie. Oczywiście nie za dużo tej roślinności i sklepiczków, żeby się ta cała, jakże już zardzewiała konstrukcja nie zawaliła. Podobny projekt został ponoć zrealizowany w Paryżu.
Do tej pory High Line było zamknięte (BigApple - popraw mnie jeśli coś zmyślam) i o tym co się tam znajduje wiedzieli tylko ci, którzy mogli sobie wszystko obejrzeć z okna mieszkania na wyższym piętrze. A znajdują się tam bardzo ciekawe rzeczy. Sam projekt jest niby zaplanowany na kilka lat, ale mam nadzieję że już niedługo będę mogła postawić tam swoją stopę.
Kolejna seria wykładów rozpocznie się już w styczniu. Tym razem będzie mowa o tym jak designerzy z firm takich jak Apple, Target, czy Ikea wkradli się do naszego codziennego życia... Być może uda mi się nie przysnąć.
piątek, 22 września 2006
Usłyszałam dzisiaj  o  ciekawej akcji, która miała miejsce w San Francisco  (podobno także w Londynie i innych miastach też, ale o innych miastach nie słyszałam). Otóż istnieje sobie grupa  REBAR , która składa się z projektantów i aktywistów mieszkających w SF. O grupie można przeczytać TUTAJ. Przetłumaczyłabym, ale prawdę mówiąc trochę się dzisiaj nie za bardzo czuję.
Tak więc dzisiaj został zorganizowany ten PARK(ing) Day, w którym to chodziło o to aby zająć parkingi przy parkomatach i urządzić w nich mini parki. Niektórzy rozkładali sztuczną trawę, inni rozstawiali namioty, a jeszcze inni poustawiali ławki. Na oczątku wrzuca się własne monety, a potem trzeba prosić przechodniów aby dali kilka centów. I tak można sobie posiedzieć w parku i poczytać książkę...
Pomysł może brzmi trochę nie za bardzo, ale jak zobaczycie zdjęcia to sami przyznanie, że pomysł nei taki głupi jakby się na początku wydawało. Zdjęcia można zobaczyć TU (trzeba tylko zjechać do photos).
No to miłego oglądania. Ja idę spać, bo coś mnie bolą dzisiaj uszy od środka...
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston