nowa zelandia

poniedziałek, 05 marca 2007
Blog o Nowej Zelandii został dzisiaj otwarty. Zapraszam.
niedziela, 04 marca 2007



No więc jestem już w domu. Dzisiejszy dzień przeżyłam dwa razy, bo przekraczaliśmy międzynarodową linię zmiany daty. Tak więc wylecieliśmy z Auckland o 19-ej 3 marca, a wylądowaliśmy w LA o 10 rano 3-go marca. Czuję się trochę zdołowana, bo wiadomo- koniec wakacji. Słabe jest dość to moje Hjuston. No i nie widać gwiazd. W Houston dość chłodno- bo jakieś 12 stopni. Ściągamy zdjęcia i się rozpakowujemy.
Tak przeleciałam te moje wpisy spod spodu i stwierdzam, że są właściwie kiepskie, więc postanowiłam, że opisze to wszystko na innym blogu. Ze zdjęciami, filmikami i kopią mojego papierowego bloga, zwanego potocznie pamiętniczkiem. Schudłam 4 kg.

środa, 28 lutego 2007

Jestesmy w Christchurch. Niedlugo lecimy juz do Auckland. Christchurch nie zachwyca zbytnio. Po 3 tygodniach przebywania w miejscach gdzie na drodze mija cie jeden lub dwa samochody jakos tak dziwnie jest wrocic do miasta. Wczorajszy dzien zapowiadal sie wlasciwie na zmarnowany. Niespodziewanie udalo nam sie zalapac na pokaz slajdow Craig Potton-a - jednego z najbardziej znanych fotografow z Nowej Zelandii. Zdjecia przedstawialy jego ostatnia wyprawe na Morze Rossa- pingwiny, kry lodowe itd. Po pokazie zamienilismy z nim kilka zdan (okazalo sie, ze zona Craiga byla z pochodzenia Polka) i tak wlasciwie minal nam dzien. Koncze i pozdrawiam- lecimy do Auckland kupic jeszcze pare rzeczy przed powrotem do Hameryki (w tym kilka ciuszkow IceBreaker- jednego z lepszych produktow jakie ostatnio odkrylam- ale o icebreaker bedzie pozniej). Ostateczne przemyslenia sa takie- fajnie bylo ale sie skonczylo. 3 tygodnie to zdecydowanie za krotko aby zobaczyc cokolwiek innego niz to co zobacza te tysiace turystow, ktorzy tu przyjezdzaja. No nie ma rady- trzeba zaplanowac kolejny wyjazd. Na dluzej.


poniedziałek, 26 lutego 2007

Kochani, dzisiaj w przeciwienstwie do poprzedniego wpisu pisze do was ze wschodniego wybrzeza. jestesmy w kaikourze. pisze do was z kodak express gdzie na scianie wisza photos by magda. ciekawe, nie powiem. wczoraj takze latalismy helikopterem btw siorka- pilot leci wlasnie do jukonu i cholernie sie podniecal. ja na twoim miejscu bym sie przeprowadzila. moze i zimy dlugie, ale za to lato jakie dlugie... no ale do rzeczy- wczoraj ogladalismy wieloryby. z gory. beda zdjecia. aczkolwiek monsz przezywa, ze moze nie sa za ostre. wieloryby (sperm whale) mialy wielkosc ponad 20 metrow, ale z gory wygladaly jak rybki w akwarium. to miasteczko ma na tyle szczescia, ze te wieloryby siedza tu przez caly rok. wieczorem, podczas odplywu poszlismy na ogladanie fok. cala kolonia, mozna do nich podejsc na odleglosc nie mniej niz 10 metrow. my oczywiscie podchodzilismy troche blizej. dzisiaj jedziemy jeszcze raz do goracych zrodel, a jutro christchurch i potem lecimy juz do auckland. wracamy w sobote. wlasciciel sklepu zmienil plyte z roda stewarda, na boba m. bardzo dziwne gusta muzyczne maja tu w tej nowej zelandii.
jest tu masa niemcow. no i starszych ludzi. czlowiek ma problemy typu- jak klocic sie z babcia, ktora na przyklad razem ze swoim mezem rozlozyla sie na polowie naszego miejsca na polu kempingowym. takie mamy tu problemy. problemy mamy tez inne- na przyklad smierdzace skarpetki, czy poplamione spodnie, czy tez mewy kradnace sniadanie. mowia, ze wspolne podrozowanie sprawdza zwiazki. no chyba sie nam sprawdzilo. monsz troche sie wkurza gdy zle wybiore pole kempingowe. na przyklad ostatnio wybralam takie- niby mialo byc 5 metrow od plazy (no i bylo), ale bylo tez 2 metry od cmentarza (o czym nikt oczywiscie nie wspomnial w przewodniku).
odpowiadajac na pytania- oczywiscie, ze mozna jezdzic na rowerze w stanie nietrzezwym. w ogole stan nietrzezwy towarzyszy nam prawie kazdego wieczoru.
wujek- mysle, ze to dobry pomysl z przepiciem zwrotu podatkowego. ja kurde w tym roku musze doplacic.
pozdrawlaju czytajacych - narazie- buty na gazie

sobota, 24 lutego 2007

Kochani, no nie pisze bo po pierwsze nie ma czasu, a po drugie ten internet tutaj jakis taki kulawy. Jak juz sie czlowiek zabierze za ten internet to sie okazuje, ze jest tak wolny ze sie wszystkiego odechciewa. Na poczatku- przepraszam szanowna kolezanke Myshen82, ze nie zadzwonilam i sie nie spotkalysmy. Mam jednak wytlumaczenie- wszystko to wina naszego autka, ktore okazalo sie wolniejsze niz wykalkulowalismy i wyszlo nam na to, ze w Wellington bylismy tylko przejazdem. To znaczy przyjechalismy na czas- na prom. Zdazylismy se tylko kanapki kupic. Moze nastepnym razem. Bo nastepny raz na pewno bedzie.
Jestesmy teraz na lodowcach. Na zachonim wybrzezu Poludniowej Wyspy. Wczoraj karnelismy sie na nielza wycieczke helikopterem polaczona z ladowaniem na lodowcu. Mam zdjecia, bylo naprawde swietnie, ale nie bede sie tu za bardzo podniecac. A co wczesniej. Zaczne od tego, ze jestesmy zajebiscie pogryzieni przez tak zwane sand flies. Te meszki sa nawet gorsze o teksanskich skaczacych pajakow. Musze sie w nocy buzic na rapanie, tak swedzi. No ale wracajac do tematu wycieczki - zwiedzamy parki narodowe. Dwa dni temu oglaalismy Pancake Rocks, wczesniej zrobilismy sobie 2 dniowy trekking w Abel Tasman (ja chyba wole chodzic po gorach niz po plazy). Wczesniej spedzilismy caly dzien podrozujac rowerem od winiarni do winiarni w okolicach Malborough. Cuowna sprawa mowie wam. Czlowiek se jezdzi, ma takie specjalne sakwy na butelki i probuje caly dzien i kupuje te wina i wineczka. Taka winiarnie to chyba moglabym miec hehe. Wczesniej bylismy w ciekawym miescie- Napier. Niezle tam napiernicza. Napier znane jest z tego, ze jest tam masa budynkow Art Deco. W ogole cale miasto jest w takim stylu zbudowane. Byl akurat festiwal i byly tam setki starych samochoow i starych ludzi poprzebieranych w stroje z lat 40-tych. Rewelka. Kupulismy kilka dziel sztuki, bo mielismy jeszcze troche kasy z prezentow slubnych. Wczesnij bylismy 2 dni w gorach, gzie chodzilismy po wulkanach. Tzn teranach wulkanicznych, a nie wulkanach. Monsz dal mi niezly wycisk, bo prawde mowiac awno po gorach sie nie chodzilo wiec czlowiek mial prawo spuchnac. A wczesniej jeszcze poziwialismy te gejzery i inne takie smierdzace sprawy.
Samochod nam powoli zaczyna sie rozsypywac. Tu stolik sie rozpierdzielil, tu szafka sie niedomyka. Ale generalnie powiem wam ze wakacje w kamperwanie to rewelka. Mamy juz rozpracowane jaki sobie wypozyczymy nastepnym razem, wiec jakby ktos chcial porade to ja chetnie sluze. Najwazniejsze, zeby byl z kibelkiem- bo wtedy taki kibelek moze sluzyc jako przechowalnia.
I tym optymistycznym akcentem koncze- bo nie mam juz drobnych zeby wiecej wisiec na sieci. Za chwile idziemy na heli-hike czyli na lazenie po loowcu polaczone z lazeniem po lodowcu.
Pozdrawiam was wszystkich i ten tego. Narazie.


środa, 14 lutego 2007

Kochani, u mnie Walentynki juz sie koncza, a u was jeszcze sie nie zaczely. Wlasnie jestesmy na kolejnym polu kempingowym w Lake Taupo. Jest fantastycznie. Wypilismy cala butelke wina i zaraz idziemy na spacer. Wczoraj bylismy na koncerci i uczcie w wykonaniu lokalnych Maurysow. Nie powiem, bylo ciekawie. Dzisiaj caly dzien spedzilismy na ogladaniu gejzerow i innych cudow przyrody (glownie o zapachu zgnilych jajek). Jest fantastycznie. Kampervwan troche nam klekocze. Duzo pali i nie mamy klimy. Czlowiek w o ogole w tej Ameryce byl strasznie przyzwyczajony do luksusow. Na przyklad takich jak poduszki powietrzne. W tym naszym kampervanie nie mamy takiego luksusu. Koncze juz bo czas to pieniadz i mi sie internet konczy.
ps- myshen82 - podaj nr telefonu.

niedziela, 11 lutego 2007

Kochani, no wiec pisze do was z hotelu w Auckland. Przylecielismy wczoraj o 6 rano. Lecielismy 12 godzin z krainy sztucznych cyckow- czyli z Los Angeles. Takie loty do Los Angeles uswiadamiaja mi jakimi jestesmy wiesniaczkami cwaniaczkami w tym Texasie. (Nie ze uwazam, ze fajnie jest miec sztuczne cycki, ale widac roznice w nazwijmy to modzie). Nie mam zbyt duzo czasu bo zaraz przyjezdza po nas felek, ktory odwiezie nas do miejsca gdzie bedzie na nas czekal nasz campervan. Na pierwszy rzut oka Auckland wyglada troche jak taka mieszanka Portland, San Francisco, Anchorage AK i Austin TX. Strasznie duzo Azjatow. Strasznie. Wczoraj jedna taka z Japonii czy czegos w tym stylu wywalila sie na przejsciu dla pieszych i nie miala na sobie majtek. Utwierdza mnie to w przekonaniu, ze w Japonni wszyscy chodza bez majtek. Jedzenie super, wino jeszcze lepsze (wczorajszy wieczor spedzilismy popijajac biale winko i gapiac sie na ocean). Objadamy sie kiwi i passion fruit- to sie chyba po polsku nazywa marakuja, c'nie? Nie wiem, bo jak mieszkalam w Polsce to tego nie bylo. Qantas to swietne linie lotnicze. Dobre zarcie, troszcza sie jak 150. Filmow na zadanie tez byla masa- ale obejrzalam tylko jeden bo spalam prawie caly lot. Gdyby tylko lot nie byl taki dlugi. Maja tu w tej Nowej Zelandii niezle swiatla na ulicach. Jak jest zielone to wlacza sie jakis taki sygnal jak w grze komputerowej. Nagram, bo mamy dyktafon to wam puszcze. Czlowiek czuje sie jakby byl w pacmanie, albo innej rownie prymitywnej grze. Wczorajszy dzien spedzilismy w muzeum- czlowiek smieje sie z tych Amerykanow, ze nic sie nie znaja na geografii Europy czy swiata w ogole, ale przyznac sie musze ze moja znajomosc Polinezji, Mikronezji i innych tym podobnych Nezji jest dosc zalosna. Ale podszkole sie. Temperatura wynosi okolo 24 stopnie. Wczoraj padal deszcz, ale taki tam deszcz- jestem przeciez z Hjuston gdzie jak leje to zalewa od razu cale miasto. Dzisiaj jedziemy do Hell's Gate. No to narazie. Buty na gazie.


piątek, 09 lutego 2007
No więc kochani jestem po dwóch margaritach. Byliśmy się żegnać z przyjaciółmi. Z całą pewnością nie będę piła tak dobrych margarit przez najbliższe trzy tygodnie. Ale to nie ważne. Ważne jest to, że lecę tak jakby do przyszłości - bo wylatuję w piątek, a będę tam w niedzielę - gdy u was będzie jeszcze sobota. Czego nie załatwiłam przed wyjazdem zostanie niezałatwione- no coż taki lajf. Przekręcam domyślną kategorię na Nową Zelandię i ten tego stay tuned. 
wtorek, 06 lutego 2007
Pakujemy się. Jeszcze tylko 3 dni i jak to mówi mój znajomy z Chicago- wypierdołka. Wszystko przygotowane. Mapy, kompasy, okulary przeciwsłoneczne, ręczniki i kuchenki turystyczne, ciepłe i lekkie ubrania, sandały, worki wodoszczelne, spodnie wodoodporne, namiot, filtry do wody itd itp.
Monsz załamany, że tak mało się znam na kompasach. Głupia nie jestem i szybko się nauczyłam, ale mając prawie 30 lat według niego znałam się powiedzmy szczerze kiepsko.
Włosy znowu podcięte żeby się szybciej suszyły, nogi wywoskowane, ubrania na samolot jeden i drugi przygotowane, rezerwacja na pierwszą noc w Auckland zrobiona. Chcieliśmy się zatrzymać w takim polecanym B&B, pani nas wyśmiała- cyt: ludzie, my byliśmy zabookowani już 6 miesięcy temu. Niezły tłoczek się zapowiada. No więc tą pierwszą noc przekimamy w czymś mało nowozelandzkim. Ale nie ma to znaczenia, bo po 13 godzinnym locie będziemy i tak mało przytomni... Nie cieszę się na ten lot. Myślę o DVT. Może warto kupić sobie te specjalne skarpety? Żeby chociaż filmy grali dobre...Ciekawe czy na wszystkich lotach Qantas grają Władce Pierścieni?
Monsz przygotował także aparaty i obiektywy, statywy, karty pamięci i chusteczki do czyszczenia szkiełek. Z ilości kart jakie "musimy" wziąć wychodzi na to, że będziemy robić jedno zdjęcie co 6 minut, przez 10 godzin dziennie, każdego dnia (jedno zdjęcie 6-7 MB). Nieźle się zapowiada. Kazałam mu złożyć "uroczystą przysięgę", że nasze wakcje nie będą się kręciły wokół statywu. Zobaczymy.
Komputera nie biorę. Mam natomiast dylemat- czy kategorię Nowa Zelandia umieścić na zupełnie osobnym blogu, czy też trzymać wszystko tutaj? Czekam na głosy w sprawie.
środa, 17 stycznia 2007
Monsz mi zakomunikował, że podczas naszej wycieczki (już za 23 dni) też będę musiała robić za kierowcę. Zakomunikowałam mu, że skoro mu życie nie miłe to owszem, mogę tym kierowcą tego kampervana  być.
Obawiam się może nie tyle rozmiaru tego pojazdu (w końcu raz już jechałam przez dwa dni do Hjuston z przyczepką U-Haul), a bardziej tego zmieniania biegów lewą ręką.
Zaczęłam więc poważne przygotowywania do usprawnienia lewej (co wcale nie znaczy, że gorszej) części mego ciała.
Czytałam ostatnio w Wired, że mycie zębów lewą ręką, a także branie prysznica z zamknietymi oczyma pomaga otworzyć nowe ścieżki neuronowe.
Obawiam się tylko, że zanim opanuję sztukę lewej ręki wybiję sobie pod tym prysznicem wszystkie zęby...
Polecam wam w ogóle to ćwiczenie gdyż podobno usprawnia ono orientację przestrzenną.
A teraz pytanie do szanownych czytalników- czy ktoś z was jeździł po lewej stronie drogi? I jeśli tak to jak tam jest?
poniedziałek, 08 stycznia 2007

Nadal jestem chora. Z tego powodu nie bardzo chce mi się pisać o czymkolwiek sensownym. Zaraziłam Mensza. Tak to jest- ktoś stara się być miły, pomaga, robi herbatki a ja, jak ta ostatnia świnia  go zakichałam.

W piątek znajomi wyciągneli nas na margarity. No cóż, przyznam że margarita nie jest najlepszym lekarstwem na grypę...

No ale jestem mniej chora od Mensza (chociaż bardziej kaszlę), więc to ja gotuję. Rozumiecie proszę ja was- zrobiłam wczoraj kurczaka na cztery palniki. Na jednym chicken curry (od czasu jak zamieszkałam z Menszem jem chicken curry milion razy częściej niż poprzednio – czasem mam nawet wrażenie, że jest to już prawie brytyjska potrawa narodowa), na drugim pomidorowa z kurczakiem, na trzecim potrawka z kurczaka z rodzynkami, a na czwartym kurczak z kolendrą i białą fasolką. I tak nagotowałam tych zapasów, pomroziłam i co jakiś czas będę wyciągać tą pomidorową z zamrażalki.

Podobno w NZ jedzenie jest dość kiepskie. Zobaczymy... Zaplanowaliśmy już naszą trasę. 2 tygodnie na południowej, tydzień na północnej.

Znajomi, którzy byli przesyłają porady – nie jedźcie tam, bo tam śmierdzi, lodowce omińcie, koniecznie jedźcie na Hot Beach. Dziewczyna kuzyna załatwia nam pobyt w winiarni, która to należy do jej znajomych. Kłócimy się z Menszem o to jakie atrakcje powinniśmy uwzględnić w naszym grafiku. On chce helikopterem na szczyt góry, a potem rowerem w dół- ja wolałabym zorbing chociaż obawiam się, że mogę się porzygać. On chciałby black water rafting – ja chyba wolałabym skydiving. Myślę, że mogłabym dostać jakiegoś ataku strachu na takim black water raftingu. Poza tym jestem ślepa i pewnie walnęłabym się gdzieś w głowę.

Czy ktoś z was próbował skydiving? Kolega ostatnio pokazał nam dvd ze swoim skokiem. Właściwie nie wyglądało to strasznie. Aczkolwiek koleżanka, która też skakała twierdziła, że musieli ją prawie wypchać, bo było strasznie.

Zakupiliśmy nowe kurtki. Podobno pogoda jest tam dość zmienna. REI ma kolejną wyprzedaż i udało mi się zakupić zajebistą kurteczkę za 50% ceny. Muszę sobie jeszcze kupić nowy plecak, bo ten który mam jakoś tak się popruł  przez te ostatnie 8 lat.

Chyba jednak nie weźmiemy laptopa, bo podobno kradną. To znaczy jak się zostawia samochód w parku i idzie w góry na 3 dni to podobno jak się wraca auto jest obrabowane. A przecież z laptokiem, w góry nie będę szła. Jak widzicie teraz wychodzi na to, że wszystkie moje posty będą schodziły na temat NZ. Bo przecież miało być o kurczaku...


niedziela, 07 stycznia 2007
Co prawda to nie Nowa Zelandia, ale dość blisko. Tak mi się przypomniało... Pamięta ktoś?
wtorek, 02 stycznia 2007

No więc po wielkim namyślaniu i planowaniu w końcu powiedziałam szefowi, że jadę na wakację do tej NZ (tych co są nie w temacie zapraszam TU). Nie było tak strasznie jak się obawiałam. Wybrałam metodę na teściową. Stwierdził, że świetny prezent. Pewnie, że świetny- też bym chciała taki dostać... 

Owszem, jest mu to nie na rękę. Owszem, sam też musiał się spowiadać przed swoim szefem. Owszem, woleliby abym nie jechała, ale i owszem nie jest ten mój szef aż taki zły. Powiedział, że nie muszę brać bezpłatnych dni (bo mi wyszło tak, że na 2 dni nie starczyłoby mi już wakacji) tylko, że popracuję trochę dłużej przez parę dni i się wyrówna.  Odpowiada mi ten deal. Tak więc na dzień dzisiejszy sprawa wygląda tak, że lecimy. Dokładnie za miesiąc i 6 dni...

wtorek, 05 grudnia 2006
Wczoraj w nocy nie poszlam sobie do pracy. Nie poszlam bo sie nie wyspalam. To znaczy nie tak, ze o 6 rano stwierdzilam, ze spac mi sie chce i nie ide, tylko bardziej tak ze spalam tylko 2 godziny i rano czulam sie jak zombie.
Nie moglam usnac. Nie dlatego, ze bylo troche goraco i chyba tez nie dlatego, ze na ulicy znowu darli ryja. Tym razem bylo slychac policje wrzeszczaca przez megafon- drop it, I said drop it! Nie wiem czy chodzilo o gun-a czy tez o jakies narkotyki... Kazalam Menszowi zajrzec i wybadac, ale nic nie widzielismy bo dom stoi pod zlym kontem. A nie bedziemy przeciez w pizamie wychodzic na ulice. Chociaz jak ostatnio bylismy u kolezanki na obiedzie swiatecznym, to widzialam takiego wlasnie faceta w szlafroku. Byla polnoc. Wracamy do domu. Zjezdzamy winda na dol i na piatym wsiada do windy pan w bialym szlafroku, w mokasynach i z pieskiem na rekach. Pieseczek-  fryzurka nienaganna, lepsza niz moja kurde. Pan mial tez ogolone nogi- wiek okolo 45-50. Troche smierdzialo od niego drinkami i drogim after shavem. Pan powiedzial do nas good morning, ale potem przeprosil, bo przeciez nie good morning, a good evening powinien powiedziec... Zjechal na dol, i poszedl z psem na spacer. Dodam, ze bylo wtedy moze ze 2 stopnie C.
No ale my nie wyszlismy, zeby zobaczyc z kim sie policja targuje.
Ostatnio na mojej ulicy widac niezlych typkow- co drugi to lepszy. Jednego takiego znam z widzenia. Zawsze jak przechodzi kolo mojej bramy gdy ja wyjezdzam, to czekam az brama sie zamknie i wtedy dopiero odjezdzam. Mam czas, zeby mu sie przyjrzec. Wiem, ze czeka az odjade, aby mogl zajrzec pod cegle pod ktora z pewnoscia czekaja na niego narkotyki. A ja sobie stoje. Specjalnie. Dwa dni temu widzialam tego goscia po dlugim okresie niewidzenia. No mowie wam, nigdy w zyciu mi sie to nie zdarzylo- az podskoczylam z wrazenia. Gosciu wygladal jakby wyszedl z trumny. Since pod oczami takie jakby mu ktos zlamal nos. I tak idzie i sie wlecze. Niesamowite jak ten krak zmienia ludzi. I to jak szybko...
No wiec nie wyspalam sie wczoraj. Postanowilam, ze bede pracowac z domu. Wlaczam komputer, a tu klapa. Akurat wczoraj byl termin zmiany hasla, a haslo mozna tylko zmienic na sieci w pracy. No wiec pojechalam, zmienilam i wrocilam. I pracowalam z domu. Troche se popykalam w tym i w tamtym arkuszu i tak minal dzien.
Teraz mam taki problem, bo nie wiem co mam zrobic. Jak i kiedy powiedziec szefowi o tej Nowej Zelandii? Bo widzicie- mam tylko 12 dni wolnego, a lecimy na 3 tygodnie. W Ameryce panuje przekonanie, ze jesli firma potrafi sobie poradzic bez ciebie przez 3-4 tygodnie to znaczy, ze cie nie potrzebuja. Tak wiec wiadomo co moze sie okazac po powrocie. Mysle, ze wyjscia mam dwa: albo powiedziec, ze jade do mamy, bo musze jej w czyms tam pomoc. Jak nie pozwola to pozwac o dyskryminacje, bo kolega do syneczkow to sobie lata co dwa tygodnie w kazdy piatek, a wakacji tez juz nie ma. Albo, powiedziec ze dostalismy wycieczke w prezencie od tesciowej, a ona no niestety nie przyszlo jej do glowy, ze ktos moze miec tak malo wakacji, bo przeciez w Europie maja wiecej. Mysle, ze druga opcja bedzie lepsza. Lepsza, bo po powrocie nie bede musiala klamac i bede mogla mu pokazac zdjecia.
Po swietach (czy czekac do po swietach? lecimy w lutym) wpadne do biura i zaczne sie ekscytowac ( o Boze, nie uwierzysz- taka niespodzianka, wycieczka zycia i takie tam pierdoly), a jak zacznie mi sie krzywic to bede udawala, ze kompletnie nie rozumiem. Ze jak on mi moze powiedziec, ze nie? Tym bardziej, ze ja chce wziac bezplatny...
Kolega, z ktorym ostatnio gralam w gre powiedzial mi, ze umiem niezle blefowac i ze powinnam zaczac grac w pokera. No wiec moze sie uda.
A moze wy macie lepsze pomysly?

PS- przepraszam za brak polskich literek, ale pisze z komputera Mensza, bo w moim mi bakteria wysiadla, bo pozyczyl go wczoraj ode mnie i zapomnial mi oddac kabelka. I pewnie ma go w samochodzie... Potem zmienie. Teraz musze juz isc, bo mi chyba kurczak wybuchl w mikrofalowce.

piątek, 24 listopada 2006
No więc zgodnie z podejrzeniami Suvki zakup biletu do NZ używając naszych mil okazał się praktycznie niemożliwy. To znaczy mieli niby jakieś miejsca ale w kwietniu, albo tak że trzeba było lecieć na cały miesiąc a nie trzy tygodnie, albo jeszcze inaczej.
Tak więc zakupiliśmy dzisiaj te bilety i lecimy w lutym. Na trzy tygodnie. Mile przeznaczymy na jakieś inne wyjazdy, które też pewnie okażą się niwykonalne.
Teraz tylko muszę wymyślić jakiś excuse aby mnie w pracy puścili na taki długi okres...

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston