texas

środa, 30 czerwca 2010
Śniło mi się dzisiaj, że Franek musiał 'machać do matki z tarasu widokowego' w więzieniu. Ale, że to niby ja byłam w tym więzieniu. A za co do więzienia? No za ten mandat, który dostałam 3 miesiące temu...
Zdecydowałam się zapłacić stówkę za kurs bezpiecznej jazdy, dzięki któremu nie będę miała punktów karnych, a także podwyższonej raty za ubezpieczenie. Dodatkowo- po ukończeniu takiego kursu dostaje się zniżkę na ubezpieczenie. Zniżka obowiązuje przez okres 3 lat. Moża więc taki mandacik potraktować jako swego rodzaju inwestycję. Niezły bezsens. Zamiast kary- nagroda. Czy podobnie jest w innych stanach?
Kurs trwał 6 godzin. Można go było zrobić online, we własnym tempie. No i tak sobie właśnie zrobiłam. Codziennie (a właściwie raz na tydzień) po 6 minutek. Po prawie 3 miesiącach zorientowałam się, że zostały mi jeszcze tylko 3 tygodnie  i prawie 2/3 kursu. I że jeśli się nie sprężę to ktoś przyjdzie mnie zaaresztować za niezapłacony mandat.
Gdy robiłam ten kurs to chciałam trochę poprzewijać i czytać inne rzeczy na interku żeby nie marnować czasu, ale nie dało się. Nawet jeśli znało się odpowiedź, trzeba było czekać aż zakończy się lekcja  (6 czy 7 minut) i dopiero wtedy można było odpowiedzieć na pytanie. 15 minutowej przerwy także nie można było przewijać, więc w tym czasie prasowałam. Nie można było otwierać nowych okien w przeglądarce (dzięki Bogu, że mam iphona).
Ciekawe były niektóre pytania, a właściwie język w jakim był przeprowadzony ten test. Na przykład- jeśli była mowa o odległościach, od razu tłumaczono że ileś tam jardów albo stóp to taka, a taka część boiska footballowego. Jak widać bez porównania niektórzy nie daliby rady.
Poprosiłam męża aby usiadł przy mnie na końcowy egzamin i pomógł mi gdybym czegoś nie wiedziała. Powiedziałam, że jeśli nie zdam, to będzie mnie odwiedzał w kiciu i tam się urodzi jego dziecko. Obiecał, że pomoże. Na szczęście, pytania były tak łatwe, że obyło się bez pomocy.
Teraz tylko muszę zanieść certyfikacik do sądu (tak się to tylko groźnie nazywa- ponoć jest to tylko jakieś okienko w urzędzie) i w końcu będę mogła zamknąć tą 'ciemną stronę mego życia'...
Pozdrawiam- wasz pirat drogowy.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Święta, święta i po świętach. Przynajmniej w Ameryce. Chociaż u mnie w domu na przykład święta trwają cały rok. UWAGA, niektórzy mogą się załamać... Otóż  u mnie w domu nadal stoi choinka. Co prawda nie ubrana, ale stoi. Stwierdziliśmy, że nie chce się nam jej rozkręcać i niech stoi w kącie i udaje Pinus ponderosa. Sąsiedzi, którzy ostatni przyszli do nas na granie w kręgle połączone z piciem ginu z tonikiem do prawie, że północy powiedzieli, że i tak nie wygraliśmy zawodów, bo w okolicy jest jakiś kolo, który ma jeszcze choinkę nierozebraną. Oni sami, swoją rozebrali także zupełnie niedawno.
Trochę mi wstyd, ale z drugiej strony choineczka naprawdę wygląda jak zgrabna roślina doniczkowa. Do tego służy jako narzędzie komunikacyjne pomiędzy mną i moim synem. (Chodzi o to, że jak tylko Franek wlezie za choinkę to znaczy, że mama musi lecieć po nocnik bo będzie #2).
Tak więc proszę- wyspowiadałam się i już mi lżej...
Święta (czyli weekend) spędziliśmy bardzo nieświątecznie i mało religijnie, a mianowicie na piknikowaniu i chodzeniu po parkach. Pogodę mamy tu w Houston prawdziwie letnią (dziecko mi się nieźle dzisiaj spociło na wybiegu) i szkoda było nam siedzieć w domu i jeść długie śniadanie.
Dzisiaj byliśmy w Washington on the Brazos podziwiać Texas wildflowers czyli jak to się mówi po naszemu - kwiaty polne.


















Kwiatów było bardzo dużo, a komarów mało więc warto się wybrać.

Jeśli chodzi o wydarzenia weekendowe, to należy także wspomnieć o tym, że umarł Blake Carrington i że sprzedają już ipady.
Ja ipada narazie nie kupuję, bo mam inne wydatki (dywan / wykładzina  jakieś kurna puzzle z flor.com i  stolik dla Małego, żeby miał gdzie rysować i ciastolinować), ale taki radarek123 już ma i był na tyle miły, że pokazał mi jak wygląda mój bloguś na ipadzie. Wygląda oczywiście bardzo seksi. Wklejam też Wojciecha Manna na ipadzie, który mi za bardzo tutaj nie pasuje, ale radarek chciał.





środa, 31 marca 2010
Nie chce mi się tłumaczyć więc wklejam tak jak dostałam. Myślę, że może być ciekawe.

dateline - Austin, March 2010; source: Juice Consulting LLC) - Houston's PBS Station Channel 8 and Austin-based production company Hogaboom Road, Inc. will premiere a new travel show on Saturday, May 1 called "The Daytripper" which will air Saturday afternoons at 3:30 p.m. on HoustonPBS Channel 8.
 
Originally, "The Daytripper" debuted to an Austin-based audience as "The Austin Daytripper," but as viewer interest grew incrementally, Host and Creator Chet Garner decided to take the message to Texans everywhere and expand into six new markets including Houston.  From well-known Texas landmarks to the completely obscure dives and hideaways, "The Daytripper" is a fresh, adventurous, and informative look at all the great things there are to do within one day's reach.  From hill country mountain biking and serene State Parks, to gritty Texas Bar-B-Q joints and classy Texas vineyards, viewers join Chet as he takes them on an adventure throughout Central Texas and then gets them back home before dark (or at least close enough). "The Daytripper" appeals to anyone who loves Texas and has an itch to explore, whether on a road trip, a family expedition, or just for fun.
 
Dale Roe, TV critic for The Austin American-Statesman states: "Garner is a charming and humorous host... the segments have the quick-cut look and feel of shows you might see on the Travel Channel or the Food Network, and incorporating elements of both.... I can't wait to see where Garner goes next."
 
In the premiere episode, Chet travels to the home of Dr. Pepper and Baylor University.  That's right - Waco, TX.  From a 60-year-old greasy burger joint called "Health Camp" to some of Central Texas's best mountain biking, Waco has lots to offer any Daytripper as do other Texas cities showcased by the show including Bastrop, Burnet, Luling, Shiner and Fredericksburg.  More adventures will come as Chet's passion for Texas will carry forth the Daytripper Mission to "highlight all the natural and man-made wonders that lie throughout the state and to enrich the lives of viewers by inspiring them to venture out on day trip excursions of their own to explore the great wonder that is TEXAS!"
 
"The Daytripper" will air on Saturday afternoons at 3:30 p.m. beginning May 1 on HoustonPBS Channel 8.  Complete episodes are also available online, details at www.thedaytripper.com.
 
The Daytripper is sponsored by REI Houston, Saint Arnold Brewing, and Rudy's Country Store and Bar-B-Q.
 
For more information visit www.thedaytripper.com.
22:58, hjuston , texas
Link Komentarze (5) »
środa, 03 marca 2010
piątek, 16 października 2009
Jako, że połowa moich hjustońskich znajomych pracuje w sektorze energetycznym przez ostatni tydzień słyszy się tylko o TYM. 'OOO - ty jesteś z Polski. Co o tym myślisz?'  Do wczoraj ten temat kojarzył mi się głównie z tym filmikiem.

CAN YOU DO THIS WITH YOUR TAP WATER? from JOSHFOX on Vimeo.



Poprosiłam więc męża (geologa czy też Nintendo geologa jak kto woli) żeby zrobił mi wykład na ten temat. No i taką właśnie mieliśmy wczoraj wieczorem randkę.
Pomyślałam sobie, że pewnie wielu z was, podobnie jak i ja, niewiele wie na ten temat. Zapraszam więc do poklikania w poniższe linki, żebyśmy wszyscy wiedzieli co może Podlasie czekać (zakładając, że znajdą tam to czego szukają).
Temat trudny, bo z jednej strony dewastacja środowiska, potencjalne zagrożenie zatrucia wody itd.  Ale z drugiej strony jakaś tam niezależność od Rosji i silniejsza pozycja na europejskim rynku energetycznym, co jak wiadomo Polsce by się przydało.
TU można obejrzeć ciekawy filmik, który przedstawia jak wszystko wygląda w teorii.


TU - prezentacja Simmonsa, który BTW jest bardziej przeciwko wydobywania gazu tą właśnie metodą. A TU Kanada zachwala swoje osiągnięcia. Zapraszam do wygłoszenia swoich opinii. Zaznaczę może tylko, że też jak większość 'ekologów' wolałabym żebyśmy wszyscy zamiast gazu i ropy używali własnych pierdzin, no ale wiadomo, że tak się nie da.

18:50, hjuston , texas
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 września 2009
Jestem dumna z siebie, że to lato przechodziłam w jednej parze butów, a właściwie klapków za 10$ z VS. Tak, wiem jest to trochę żenadne, ale nie przejmuję się tym specjalnie. 
Nie będę spacjalnie tęskniła za tym latem. Właściwie to nie tęsknię za żadnym latem spędzonym w Houston. Lata w Texasie są moim zdaniem dość słabe, a te lato było tym bardziej słabe, że każdego dnia obmyślałam jakby się tu uchronić przed rekordowymi upałami. W sumie to całe szczęście, że Franek jeszcze nie chodzi, bo jakby chodził i co chwila chciał iść na plac zabaw to pewnie byśmy oszaleli. 
Nie będę w szczególności tęskniła za spacerami, które rozpoczynałam codziennie o 6.30 rano i obmyślaniem, którędy by tu wracać żeby się za bardzo nie spocić (droga powrotna to droga pod słońce, że się tak wyrażę). 
Nie będę tęskniła za galonami wody, które dziennie wypijałam, ani za przepoconymi koszulkami i mokrymi plecami. Nie będę tęskniła za trzema prysznicami dziennie (bo czasem taka była konieczność). Nie będę się więcej przylepiała do tapicerki w samochodzie i to także mnie cieszy. 
Nie będę tęskniła za wypaloną od słońca trawą, siedzeniu w domu ze ściągniętymi żaluzjami i za wysokimi rachunkami za prąd. I za tym, że zanim wsadzę Franka do samochodu to muszę włączyć klimę na ujemnego maksa i odczekać kilka minut żeby mi się dziecko nie skisiło. 
Nie będę tęskniła za mgłą, która pojawia się na moich okularach za każdym razem kiedy wyjdę na ten upał. 
Nie będę tęskniła za obawami, że klima nam znowu wysiądzie w weekend, albo że coś nam się tam w tej klimie zapcha i nas zaleje (wiedzieliście, że klima może zalać? moich sąsiadów ostatnio zalało bo nie przepchali jakiegoś tam odpływu). 
Nie będę tęskniła za marzeniami o wyjeździe do zimnych krajów i o patrzeniu z żalem na te wszystkie moje polary, Icebreakery i SmartWoole ... 
Zawsze się zastanawiałam czy istnieje taka możliwość, że jak się stąd wyprowadzę to zatęsknię za tymi upałami? 
No ale nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. W związku z tym, że siedziałam w domu, udało mi się w końcu ustawić ten mój sklep internetowy (reklama sklepu będzie w następnym wpisie). Wczoraj założyli mi w końcu SSL i nawet miałam już kilka zamówień. Tak więc są pewne plusy tych minusów. Jestem gotowa na jesień i zimę czyli na najlepszą pogodę i masę czasu spędzonego na powietrzu. 
Chciałabym napisać, że było to moje ostatnie lato w Houston, ale chyba się na to nie zanosi, więc za rok znowu będę narzekać.
czwartek, 09 lipca 2009
You've got to love Texas...
W najnowszym numerze The Economist jest bardzo ciekawy artykuł porównujący Texas i Kalifornię. Teksas i Kalifornia to dwa największe stany w Lower 48
O tym, że Kalifornia nie jest już krainą miodem płynącą wiedzą już chyba wszyscy. O tym, że po wczorajszym pogrzebie the King of Pop policja z LA musiała żebrać o darowizny może jeszcze nie wszyscy słyszeli. (To tak jako ciekawostka) ... Swoją drogą jak to jest z tymi stanami bankrutami? Kto im teraz pomoże? 
Kalifornia, w artykule przedstawiona jest jako stan, który w chwili obecnej mógłby wiele się od Teksasu nauczyć. Bo okazuje się, że nam tu w Teksasie (krainie ropą płynącej) żyje się jak pączkom w maśle. No może nie zupełnie tak to było napisane, ale generalnie żyje się nam lepiej niż tym w Kalifornii.
Fakt, żaden z moich znajomych z Houston nie stracił pracy. Jedyne osoby jakie znam, które straciły pracę mieszkają w Kalifornii. Bezrobocie jest niższe niż średnia krajowa.  Znajomi nadal zmieniają pracę nie dlatego, że muszą, ale dlatego że chcą. Nie mamy problemu na rynku nieruchomości  (domy w mojej okolicy sprzedawały się i sprzedają się przez cały czas). 
Jak to jest, że stan, w którym nie ma stanowego podatku od dochodu jakoś radzi sobie lepiej, niż ten w którym taki podatek jest? Corporate taxes też są niskie i pewnie dlatego Teksas jest główną siedzibą aż 64 firm z listy Fortune 500. 
Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastawieni do ludzi z inicjatywą gospodarczą. W Kalifornii inicjatywa często zostaje zniszczoną przez stanową biurokrację.  Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastwieni do pań i panów zza południowej granicy. W ogóle to jesteśmy przyjaźnie nastawieni do wszystkich (ciekawe czy do tych z Iraku też?). I do Afro-Amerykaninów i gejów też (bo to u nas w Houston, być może następnym burmistrzem będzie albo lesbijka, albo  Czarny facet). A tacy ci Teksańczycy niby konserwatywni...
Podobno wiele zaczynających firm IT zaczyna przeprowadzać się z Kalifornii do Austin. Oczywiście kolosy takie jak Google w Austin mają tylko swoje siedziby i raczej się nie przeprowadzą, ale i Google przecież nie zawsze było kolosem.
No ale żeby plusy nie przysłaniały nam minusów i żebyście tak od razu nie zaczęli pakować walizek, nie zapominajmy, że tak naprawdę to nie da się tu żyć. Już od miesiąca mamy tu powyżej 40C i taka temperatura będzie tu jeszcze pewnie przez kolejne 60 dni. Przez 1/4 roku siedzimy w tych swoich zamczyskach i chłodzimy się erkondyszynem. Jakość powietrza też jest dość słaba (choć w LA też pewnie nie lepsza).
Podobno szkoły w Teksasie są dość kiepskie i podobno przestępczość jest wysoka (ale trudno mi uwierzyć, że mogłaby być wyższa niż ta w LA). No i to u nas są skaczące pająki, żmije i latające karaluchy.
Ale przede wszystkim nie mamy oceanu, a przecież o ocean w życiu chodzi...
Ciekawy artykuł i cały numer jest w tym klimacie. Polecam zarówno tym z Teksasu jak i tym z Kalifornii.
Jakby ktoś chciał przeczytać, a nie ma dostępu to chętnie prześlę na email, bo mam elektroniczną wersję (wkleiłam też link na fejsbuku).




rysunek z The Economist
czwartek, 21 maja 2009
Wczoraj, teksański senat przyjął ustawę dzięki, której studenci i nauczyciele mogą na terenie uniwersytetów nosić broń. Oczywiście trzeba mieć pozwolenie itd., ale wiadomo, że takie pozwolenie łatwo będzie dostać skoro jest teraz takie prawo. 

Teoretycznie, ma to zapobiec tragediom podobnym do tych, która wydarzyła się w Virginia Tech 2 lata temu. Każdy (w tym także nauczyciele) ma teraz możliwość obronienia się przed ewentualnym psycholem. Praktycznie, ja to czarno widzę. A wręcz nawet czerwono.
Żeby było zabawniej- broni nie można wnosić na tereny sportowe i do uczelnianych szpitali. Czyli można sie strzelać ale nie na wf-ie. Na fizyce.
środa, 22 kwietnia 2009
Szukaliśmy ostatnio na google maps czegoś w okolicy naszego ulubionego Rocky Hill i znaleźliśmy TO
Może ktoś zna całą historię? Póki co, dokopałam się do informacji, że właścicielem LUECKE jest pan o tym samym imieniu, który po walce z władzą, która chciała odebrać mu ziemię postanowił, że stworzy na polu COŚ, dzięki czemu nikt mu tej ziemi nie odbirze. I tak sobie wyrzeźbił ...
Ach, ci Texańczycy - jacy oni są sprytni ...







LUECKE można oczywiście zobaczyć z samolotu. Nawet NASA zainteresowała się już tym obiektem (trzeba zjechać na sam dół artykułu).



Jeśli ktoś zna cała historię (historia jest dość stara) to proszę o podzielenie się. Jest jakiś artykuł w archiwum gazety z Austin, ale trzeba płacić i nie chce mi się schylać po portfel ...
23:06, hjuston , texas
Link Komentarze (6) »
sobota, 11 kwietnia 2009
W związku z tym, że w niedzielę ma padać, pojechaliśmy (z Brudzią79 i Mamutem)  do Washington on the Brazos poraz drugi. No cóż - tym razem nie było tak łatwo. Franek dostał szału w samochodzie, a park opanowały jakieś muchy (Mucholus powolniakus). Much tych była masa. Jak tylko się gdzieś usiadło, albo stanęło, natychmiast dopadała cię chmara flegmatyków, które po roztrzaskaniu zostawiały jakieś nieciekawe flaki przypominające odchody niewyczyszczonej krewetki. Tak więc Franio musiał siedzieć w zamknięciu (informacja dla koleżanek, które także kupiły sobie BOBa - Sun adn Bug Shield sprawdza się znakomicie, tylko dzieci nie bardzo je lubią hehe). 
Nie wiem czy te muchy są tam zawsze i czy poprzednio mieliśmy szczęście bo akurat był wiatr i ich nie było (to znaczy były, ale zawiane gdzieś indziej), ale powiadam wam- te muchy doprowadzą was do szału.
Pomimo wszystko, nadal warto jechać. Happy Easter. BTW- widzieliśmy rodziców robiących dzieciom zdjęcia w kwiatach. Nie byłoby w tym nic dziwnego (sami przecież też takie zdjęcia robiliśmy) gdyby nie to, że dzieci miały na głowach opaski - uszy zająca. Co kraj to obyczaj ...














 
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Tak jakoś wydawało mi się, że do Washington on the Brazos jedzie się dłużej niż w rzeczywistości. W zeszłym roku dojazd zajął nam ponad 2 godziny, ale było to chyba spowodowane z Blue Bell Festival. Wczoraj dojazd zajął nam około godziny. Franek ledwo co zdążył zasnąć, już musiał wstawać ...
Cała 290 wysypana jest polnymi kwiatami. Kwiatów jest o wiele więcej niż w zeszłym roku, pomimo tego, że ponoć jest susza. Co chwilę ktoś się zatrzymuje i robi zdjęcia. Niektóre dywany kwiatowe wyglądały jak wielkie pola truskawkowe, na których pracują robotnicy. Masa ludzi ...






Jak zawsze, było fajnie (pomimo tego, że przed samym wyjazdem zrypały nam się drzwi do garażu). Zawsze jest fajnie, jak tylko wyjedzie się poza miasto.

Zdjęcia z parku (reszta na fejsbuku):








Old Baylor Park - Independence, TX.




piątek, 15 sierpnia 2008
Ciekawych czasów dożyliśmy. Wygląda na to, że szkoła w Harrold Texas może być pierwszą w kraju, w której nauczyciele będą nosili broń. A wszystko po to, aby w razie ewentualnego ataku kolejnego szaleńca nauczyciel mógł ochronić uczniów.
Kto wie, może za kilka miesięcy usłyszymy o bohaterskiej pani od muzyki, która zastrzeliła niedoszłego mordercę, albo o szalonej pani od muzyki, która postrzeli kilku uczniów za fałszowanie.
niedziela, 01 czerwca 2008
Jak w zegareczku. Sezon huraganowy zaczyna się dokładnie 1-go czerwca i już mamy pierwszy tropical storm. Arthur się zowie.
Warto więc być przygotowanym i ściągnąć sobie z Internetu:
- Family Emergency Kit,
- Family Flood Preparedness plan.

poniedziałek, 05 maja 2008
Okazuje się, że sa ładne miejsca w Texasie.Okolice Hill Country z pewnością do takich miejsc należą.
Wybraliśmy się do Enchanted Rock State Park. W parku tym byłam 3 lata temu. No i muszę przyznać, że przez te 3 lata nic się tam nie zmieniło. Skała jak stała, tak i stoi. Zmieniło się natomiast w okolicznym Austin, w którym nie było nas już jakiś czas. Austin jest jednym z moich ulubionych miast nie tylko w Texasie, ale w ogóle w Stanach. Austin rozrasta się w niesamowitym tempie. Luksusowe wieżowce w centrum pojawiły się zupełnie znikąd, masa ludzi na rowerach i na nogach. No i przede wszystkim masa ptaków.
Chciałabym kiedyś mieć okazję pomieszkać w tym mieście. Może kiedyś wybudują super szybki pociąg z Austin do Houston i będzie można mieszkać w Austin i dojeżdżać w godzinę do pracy w Mieście Bagienku.
Enchanted Rock znajduje się jakieś 12 mil od Fredericksburga. Postanowiliśmy jednak zatrzymać się w nietypowym jak na Teksas miejscu, które znajdowało się dosłownie przy samym parku.
Trois Estate to niby hotel, niby B&B, niby jakieś spa i niby coś jeszcze. Trudno powiedzieć jaką wizję miał właściciel tego B&B.
Miejsce bardziej przypomina okolice Santa Fe, niż Teksasu. Ta architektura, skałki i kaktusy kojarzyły mi się o wiele bardziej z Nowym Meksykiem niż z Hill Country. Hill Country jak do tej pory kojarzyło mi się ze wzgórzami, na których polują Teksańczycy.



B&B nastawione było na śluby. Podobno, w październiku mają tam ślub co drugi dzień. Można sobie wyobrazić, że jak na Teksas, jest to miejsce dość oryginalne i powiedzmy romantyczne. Trois Estate oferuje nie tylko wikt i opiekunek, ale także bardziej duchowe rozrywki. Jest tam na przykład mała kapliczka, w której można się pobrać.




Tu jednak zaczyna się kuriozum tego miejsca. Okazuje się bowiem, że prosto z kapliczki można się wybrać na ... basen. Dosłownie idzie się do tych świeczników, skręca w lewo i już się jest na basenie.
Basen, zobaczcie zresztą sami- jest kolejną naprawdę niezła szopką. Ktoś postanowił być bardzo oryginalny i wybudował ten basen w stylu jaskini. Ze stalaktytami. Niektóre zaczęły już odpadać. Ciekawe, czy te kawałki spadły komuś na głowę podczas romantycznej kąpieli?
Na basenie było bardzo ciemno i duszno. Były też jakieś żaby. Prawdziwe. No i trzeba było wskoczyć, bo nie było drabinek. Przyznam, że w obecnym stanie nie wyobrażam sobie abym wskakiwała do basenu na tak zwaną bombę.
No i ta ciemność. Nie było za bardzo widać czy ktoś tam abym przypadkiem nie nasikał dzień wcześniej. Jednym słowem, nie skorzystalismy z luksusu.




Skorzystaliśmy natomiast z wiktu i opiekunku. Pokoje wydawały się bardzo zachęcające.



Był akurat czwartek. Cieszyliśmy się jak dzieci, że wieczorem obejrzymy sobie LOST (bo normalnie oglądamy w piątki przez internet, bo nie mamy telewizji). Niestety, okazało się, że zamiast telewizora mamy w pokoju siodło.




Mieliśmy ze sobą tylko jedną ksiązkę- Texas State Parks- więc czytaliśmy o tych parkach i poszliśmy spać po zachodzie słońca. Z kurami.
Było głośno. Legendy z Enchanted Rock głoszą, że duchy Indian pojawiają się tam w nocy i strasznie hałasują. Tak było i tej nocy. Wiało strasznie i czułam się jakbym była na środku oceanu podczas jakiegoś sztormu. Takiej ilosci snów podczas jednej nocy to ja jeszcze w życiu nie miałam. 200 snów na minutę. Zaczynając od znajomych z przeszłości, a kończąc na Saddamie Husseinie...
Mąż też śnił ponoć sporo. Tak więc generalnie nie wypoczeliśmy.
Następnego dnia, ambitnie, postanowiłam wejść na szczyt Enchanted Rock. Nie jest to górka zbyt wysoka, ale w połowie drogi po prostu pękłam. Jednak w 32 tygodniu, w 30 stopniowym upale nie każdy musi być supermenem... Doszłam do połowy i dalej nie dałam rady.
Enchanted Rock z pewnością warte jest odwiedzenia. Trzeba tylko wcześniej zaplanować gdzie będzie się spało*.



* Najlepiej pod namiotem jeśli oczywiście nie jest za gorąco.
środa, 30 kwietnia 2008
Generalnie od poniedziałku jestem na wakacjach. Mieliśmy jechać na zachodnie wybrzeże, ale że za bardzo bolą mnie żebra i nie wiem czy jestem w stanie wysiedzieć 3-4 godziny w samolocie postanowiliśmy wybrać się w podróż po okolicy.
Plan jest leniwy, bo oprócz żeberek, zaczęły mnie też boleć plecy i trochę ciężko jest mi się ruszać. Zaplanowaliśmy więc wycieczkę kajoznawczą po Hill Country. W związku z tym, że mamy jakieś tam zniżki i kupony jedną noc spędzimy w Lost Pines gdzie główną atrakcją będzie wylegiwanie się wieloryba na basenie. Hotel jak hotel, normalnie raczej byśmy tam nie pojechali ze względu na to, że bardziej przypomina to wyjaz na jakiś tam corporate meeting niż romantyczny wyjazd we dwoje. No ale, że wieloryb (czy też znany z komentarzy spod poprzedniego wpisu Kaczor Donald)  nie bardzo nadaje się na kemping (nie tylko z powdou tych pleców i żeber, ale także z powodu upałów w nocy) postanowiliśmy wybrać się na mały pampering do Lost Pines właśnie.
Z Lost Pines pojedziemy do Fredericksburga na niemieckie conieco. Cudem znaleźliśmy nocleg w przyzwoitym B&B (wujek dobra rada radzi aby wszelkie noclegi rezerwować albo w środku tygodnia, albo na miesiąc przed planowaną podróżą).
Tak więc nie było łatwo. Bądźmy szczerzy- wszelkiego rodzaju B&B w okolicach Hill Country bardziej straszą niż zapraszają. Brakuje w nich tylko stracha na wróble.
Zresztą zobaczcie sami:



Albo to:








Poszukiwanie miejsca do spania, w którym nie posikamy się ze śmiechu i nie otrujemy się naftaliną trochę trwało. Nie chodzi oczywiście o to, żeby nie było śmiesznie. Chodzi o to, że te babcine B&B wcale nie są tańsze niż te takie bardziej kowbojskie.
To nasze jest bardziej w stylu Santa Fe, no ale o tym po powrocie.
Podczas wyjazdu planujemy zatrzymać się w trzech parkach stanowych i w sobotę wieczorem być już spowrotem.
Mam nadzieję, że w tym czasie mrówy nie wyniosą nam mieszkania...
 
1 , 2 , 3
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston