no comments

środa, 20 stycznia 2010
Kilka dni temu postanowiłam, że gdy Franek skończy 2 latka wyślę go na 2 dni w tygodniu do przedszkola. Tak po 2-3 godziny. W związku z tym, że mam tu przedszkole dosłownie za rogiem, pomyślałam sobie, że swoje poszukiwania zacznę od tego właśnie miejsca.
Wybrałyśmy się tam z Mamą czyli Babcią w zeszły czwartek. Drzwi były zamknięte na zasuwkę. Otworzyła je pani opiekunka, która szybko zaprowadziła nas do pani administracyjnej, która z kolei zaprowadziła nas do grupy 2 latków. Pani na moje oko ważyła jakies 500 kg - i nie, nie była to lekka nadwaga, ale był to klasyczny przypadek I serduszko McDonald's, co zresztą zostało później udowodnione. Do tego chodziła w rozwiązanych butach.
Pani wychowawczyni zaczęła od oprowadzania nas po pokoju / norze. Pokój był wielkości 3 metry na 4 i przeznaczony był dla 10 dzieci plus 2 panie wychowawczynie (a jedna z nich sama zajmowała 1/4 tego pokoju).  Jaka syfnia! No ludzieeee. Nasze przedszkola, do których chodziło się za komuny to był naprawdę penthouse, w porównaniu do tej stodoły. Brudno i ciasno, a te dzieci wyglądały jak kurczaki ściśnięte w klatce. Oczywiście można było klatkę otworzyć i kurczaki wypuścić na podwórko, no ale większą część dnia kurczaki spędzają w klatce (wiem, bo przecież mieszkam za rogiem).
Zabawki popsute i brudne. Cytuję moją mamę- takie ogryzki. Wiadomo, że nie każdy musi mieć ładne zabaweczki, no ale za coś się chyba płaci w tych przedszkolach?
Pani wychowawczyni mówi mi, że dzieci telewizji nie oglądają, ale raz w tygodniu puszczają im jakiś program. Później coś powiedziała o McDonald'sie i pomyślałam sobie, że może jej dobrze nie zrozumiałam i chodziło o to, że dzieci oglądają jakiś program o farmie Old McDonald'sa. Ale nie- pani potwierdziła moje obawy- raz w tygodniu dzieciom serwuje się jedzenie z Makusia. McNuggets to be exact. Podobno dzieci uwielbiają. No ludzieeeeee (poraz drugi)! Myślę, że pani '500 funtów' wyjada dzieciom te McNuggets, podobnie jak i kawałki bananów, które dzieci przynoszą sobie na lancz.
A skoro o tym mowa - powiedzcie mi czy to jest normalne, że dzieci jedzą podwieczorek na ręczniku papierowym, a nie na talerzyku? Bo mnie to jakoś poraziło po oczach. Wiadomo, że łatwiej sprzątnąć, ale przecież dziecko powinno się uczyć jeść na talerzu.
Dzieci nie wyglądały na nieszczęśliwe, ale jak pani otworzyła im zasuwę i pozwoliła wyjść z nory to pchały się jeden przez drugiego.
Kolejną 'atrakcją' były łóżeczka. Jak to moja mama mówi- takie plastikowe łopaty wielkości amerykańskiej poduszki. Normalnie pani przedszkolanka była w stanie wszystkie 10 łóżeczek wyciągnąć  z szafki  za jednym machnięciem ręki. Powiedziała nam też, że kocyki trzeba co jakiś czas prać. Naprawdę?
Jeśli chodzi o czystość to pomimo tego, że środki czystości stały na wyciągnięcie Frankowej ręki (no comments), to za czysto tam nie było. Pani sama przyznała, że odkaża zabawki raz na 2 tygodnie. Wydawało jej się to normalne.
Po wyjściu widziałyśmy jak kurczaki siedziały przy stole i dziubały podwieczorek. Każdy przynosi swoje jedzenie. To podobno normalne więc się nie dziwię, ale ja miałam w swoim komunistycznym przedszkolu kuchnię i stołówkę i bardzo lubiłam te stołówkowe obiady (oprócz zupy warzywnej, przy której się kiedyś porzygałam). Było 5 stolików, przy każdym 6 dzieci. Pani kucharka kładła na stole talerz z 6 pączkami i zawsze znalazł się taki, który polizał swojego palca i dotknął nim wszystkie kanapki wrzeszczą - ZAMAWIAM. U was też tak było?
Dzieci z tego przedszkola nie będą miały takiego wspomnienia, bo pewnie jak tylko wyłożą swoje kanapki, pani wychowawczyni odrywa połowę i zamiast zamawiam, wrzeszczy MOJE.
Pianina nie było (a my mieliśmy rytmikę i pianino i specjalną salę do rytmiki). Szatni też nie było, tylko wszystko wpychało się w takie schowki w tym malutkim pokoju. Boże- jakie to moje komunistyczne przedszkole było luksusowe! Mieliśmy nawet domofon, przez który rodzice wołali swoje dzieci gdy po nie przyszli.
Frankowi pewnie i tak by się podobało w tym kurniku (zresztą dzieciaki biegające po podwórku przedszkola też sprawiają wrażenie zadowolonych), ale mi po wyjściu z tego przedszkola trząsły się ręce.
Moja mama (która jest generalnie mało wybredna) stwierdziła, że w Polsce takie przedszkole zostałoby zamknięte przez sanepid.
Po wyjściu zaczął wrzeszczeć do nas jakiś facet w czarnym płaszczu stojący na parkingu. Hello! Hellllllllooooo! Udawałyśmy, że go nie widzimy. Ale on zbliża się w naszym kierunku. Podszedł i mówi tak- nie myślcie sobie, że jestem jakiś dziwny. Ja tak zawsze krzyczę do wszystkich dzieci. I poszedł.
I to wszystko dzieje się u mnie za rogiem ...
Mam nadzieję, że inne przedszkola będą lepsze i nikt nie będzie tam serwował Makusia.


------
Ciocia Halo podesłałą mi ostatnio link do strony, na której można sprawdzić przedszkolne przewinienia. Jakby ktoś nie znał tej strony to zapraszam TU.
środa, 12 sierpnia 2009
Kontynuując temat fitness, dzisiaj będzie o zajęciach z wózkami, o których pisałam kiedyś na moim drugim, podupadłym blogu. Jak wiecie zajęcia nie odbywają się z powodu pogody. No za gorąco jest. No i prawdę mówiąc wątpię, żeby jeszcze kiedyś się odbyły bowiem pani trenerka zmieniła obiekt zainteresowań. 
Podobnych historii mogę opowiedzieć conajmniej dziesięć, a łączy je jedna myśl- Amerykanie są bardzo odważni, albo może lepiej ta- głupi ma zawsze szczęście ... Chociaż nie wiadomo jeszcze czy pani trenerka będzie miała szczęście.
Otóż pani od wf-u (z wykształcenia chemik) postanowiła zostać 'amwayowym diamentem'.  Nie jest to Amway, a coś nowego, o czym jak do tej pory nie słyszałam. Jest to biżuteria Silpada. Zasady są podobne. Najpierw zostaje się sprzedawcą, potem kupuje się za ileś tam dolarów walizkę biżuterii, a potem wyprawia się imprezy, na które zaprasza się koleżanki (znajome, mamy z zajeć wf-u i friendsów z Fejsbuka) z nadzieją, że przyjdą i coś im się wciśnie. A potem oczywiście zostaje się diamentem.
Luuuuuuudzie.... Niby wykształcona kobieta, a wierzy w takie brednie. I do tego nie ona jedna. Jak zobaczyłam zdjęcia z konferencji (sorry, ze nie zalinkuje, ale nie chcę odsyłać z tego bloga z wiadomych powodów) to padłam. Było tyle samo ludzi co na mszach Osteena. Czy naprawdę można zebrać aż tylu naiwnych? Teraz muszę się odpędzać od zaproszeń na te imprezy i muszę się zadeklarować czy YES, NO czy może kurde MAYBE.
Ale to nie wszystko. Pani od wf-u ni z gruszki ni z pietruszki została także fotografem. Robi zdjęcia dzieciom. Dodam, że kobieta w ogóle nie zna się na robieniu zdjęć. Ja tam sama dobrych zdjęć nie robię, ale już mnie mąż nauczył, żeby rozróżniać że tu nie ostre, tam obcięta głowa itd. No i ta pani takie zdjęcia właśnie robi. Złożyła podanie do znanej hjustońskiej firmy fotograficznej i przyjęli ją na stanowisko fotografa. Dostała najnowszego Canona, cyka zdjęcia, wkleja na FB i przesyła zaproszenia, żeby zostać fanem (FYI- nie zostałam). 
I ja wierzę, że to wszystko będzie się jakoś kręcić. Ludzie będą przychodzić i będą się cieszyć z tych zdjęć bez głowy. 
No i do czego zmierzam... Ta pani to jeden z przykładów, że Amerykanie nie mają poczucia wstydu. Walą chałę i robią przy tym taki hałas, że wszyscy są w stanie uwierzyć, że tak właśnie musi być. Miałam już kolegę w pracy, który bez jakiegokolwiek doświadczenia został VP (podwyżka z 60 tysiaków do prawie 200). Wykrzyczał sobie. Powiedział, że się zapyta- zapytał się i został. 
Znam też historię o gościu, który raz pojechał do Pragi i w życiorysie napisał sobie, że mówi po Czesku. 
Fascynują mnie tacy Bull shit-ciele. Jak to jest, że im tak wychodzi, a ja nie potrafię? Myślę, że my, Polacy jesteśmy jacyś tacy bardziej zahukani. Jeśli czegoś nie potrafimy to nie udajemy. A może się mylę?
Może i ja powinnam otworzyć studio fotograficzne? Sprzęt i software już mam. Mąż wszystko poustawia, pojedzie do pracy, a ja będę naciskała guzik. Zapraszam już dziś.
niedziela, 17 maja 2009
Ogłoszenie to, pochodzi ze świateł przy zjeździe z okolic 290 i 6, ale z pewnością podobne tabliczki są na każdym innym zjeździe.
Zawsze mnie fascynowały takie ogłoszenia. Czy rzeczywiście istnieją tacy, którzy zatrzymują się na światłach, spisują numer i na nie odpowiadają? 


czwartek, 26 lutego 2009
Parę dni temu Joanna ogłosiła się na komciach, że potrzebuje kilku chętnych, którzy mają ochotę sprawdzić swój poziom języka polskiego, a przy okazji pomóc jej zostać egzaminatorem sprawdzającym znajomość języka polskiego wśród amerykańskich szpiegów (i nie tylko).
Okazuje się, że nie można na was liczyć drodzy czytelnicy, bo jedynie fajny_nosorozec okazał się rzeczywiście fajny i odezwał się. Zgodnie z powiedzeniem: umiesz liczyć, licz na siebie, odezwałam się i ja, bo czas leciał, chętnych nie było widać i trzeba było Joannie pomóc. 
Wczoraj, w godzinach wieczornym zasiadłam przed telefonem i połączyłam się z Joanna i panią z tajnej agencji. Egzamin jak można się domyślić, odbywał się w języku polskim. Przedstawienie się, kilka scenek i parę innych zadań, których nie będę zdradzała na wypadek jakby ktoś jeszcze zdecydował się podjąć wezwanie.
Test generalnie sprawdza umiejętność prowadzenia sensownej rozmowy i zasób słownictwa. 
No cóż- wyniki nie były zadowalające, pomimo tego, że Asia twierdzi iż większość native speakerów jest właśnie na podobnym poziomie. Na najwyższym poziomie są ponoć tylko ludzie pokroju profesora Miodka. 
W sumie mój wynik nie zaskoczył mnie tak bardzo. Z ustnych egzaminów na polskim zawsze byłam słaba. Pisanie szło mi o wiele lepiej. Podobno wypowiedzi zaczynam od środka, często zdarza mi się, że zapominam o co mnie w ogóle pytają. Mam trudności z wypowiadaniem się.  Powtarzam się itd. Generalnie ADHD z języka polskiego. 
No i do tego stres. Bo oczywiście chce się wypaść dobrze i dostać "piątkę". 
Jakoś po angielsku chyba wychodzi mi lepiej. Choć też nie tak jakbym chciała. Miałam kilka prezentacji w pracy, uczyłam sporą grupę obsługi pewnego programu, prowadziłam telekonferencje i nigdy nie czułam, że brakuje mi słów. Owszem, pociły mi się trochę plecy, ale jakoś szło.
A wczoraj nie wiedziałam jak jest po polsku 'GATE'. No chyba, że nie 'peron'? 

Chętnie zapisałabym się do polskich Toastmastersów. W Houston niestety nie ma, ale może możnaby założyć?
wtorek, 18 marca 2008
Jak już kiedyś wspomniałam, że nie mamy w domu telewizji. Tzn. telewizor mamy, ale nie podłączony do anteny. Nie oglądamy FOX NEWS, ale od czasu do czasu oglądamy amerykańskie seriale.
W piątki rozkładamy krzesła piknikowe, zasiadamy przed komputerem i oglądamy Zagubionych (przez Internet). Od czasu do czasu oglądamy też Kitchen Nightmares (także przez Internet) i Vicar of Dibley (z Netflixa).
Są jednak takie programy, które mąż lubi tak bardzo oglądać, że nie pożałowałby na wykupienie całego sezonu przez na przykład iTunes. Jednym z takich programów był Deadliest Catch. Nie wiem czy w Polsce leciał ten program. Z tego co wyszperałam, chyba raczej nie. Tu były już chyba ze 4 sezony. Zasady tego reality show są proste. Kilka drużyn rybackich na Morzu Beringa łowi kraby. Chodzi jednak o to, że łowią te kraby w niebezpiecznych warunkach (olbrzymie fale, lód, USCG). Mąż oglądał ten serial naprawdę bardzo namiętnie. Wydawało mi się, że chodzi o zaspokojenie jakichś tam potrzeb związanych z pochodzeniem znad morza, bo słyszy się, że ci znad morza czasem tak mają. Mąż jest znad morza.
Tak więc oglądaliśmy na początku razem. Ja głównie dlatego, że spodziewałam się zobaczyć trochę Alaski, a on z ww względów. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Odcinki można streścić następująco: chłopcy z bardzo spektakularnymi płetwami, w niebezpiecznych warunkach zarzucają klatki pułapki, komuś odcina na przykład palec, albo ktoś wpada do wody, potem nadchodzą wielkie fale, albo lód i na koniec trzeba wyciągnąć kraby i policzyć ile się złowiło. Trzeba też było wykołować rybaków z przeciwnych drużyn i nie zdradzać im swoich sekretnych miejsc i tak dalej.
I tak w każdym odcinku. Przez cały sezon. Wrzucanie i wyciąganie klatek. Mierzenie krabów i zakładanie kombinezonów. Wszystko pod muzykę w stylu Bon Jovi.
Wystarczy obejrzeć ten oto fragment żeby poczuć klimat i uwierzyć mi na słowo, że każdy odcinek był dokładnie taki sam.
Mąż chciał abym razem z nim oglądała. Obiecał, że w zamian obejrzy ze mną jakiś słaby film- na przykład Click z Adamem Sandlerem. Zgodziłam się. Nie będę ukrywała, że serial znudził mi się już po drugim odcinku, ale mąż wciąż nalegał i cały czas twierdził, że serial mówiąc krótko jest zarąbisty. Twierdził też tak, gdy przyleciała moja siostra i została 'zaproszona' do wspólnego oglądania tego show.
Po kilku odcinkach odpadłam. Później, od czasu do czasu z drugiego pokoju dochodziły do mnie odgłosy obijających się o burtę fali i wrzaski chłopców z płetwami. W następnym tygodniu mąż wyjechał w delegację i zabrał ze sobą resztę odcinków, które obejrzał w samolocie. Gdy wrócił nie było już co oglądać. Odczułam ulgę.
Czas płynął, a po Deadliest Catch zostało tylko wspomnienie...
No ale jak to mówią, nie mów hop i nie ciesz się za szybko. W zeszłym tygodniu mąż odkrył nowy serial - Ax Men (tu można zobaczyć czołówkę) - tym razem o drwalach z mojej ulubionej części Stanów- Pacific Northwest. Mąż kusił pięknymi widokami z okolic Portland i akcją. Póki co zapowiada się interesująco hehe- ścinanie drzew, odcinanie palców, toczące się pnie, niebezpieczne maszyny, zła pogoda i generalnie 'życie pod wiatr'. W zeszłym tygodniu był pilot, w tym tygodniu zacznie się chyba w domu gorączka niedzielnej nocy...


wtorek, 27 listopada 2007

W prawie każdym zakładzie pracy zaczął się Open Enrollment. Jest to najbardziej znienawidzony przez panie z HR okres roku. Ja w HR na szczęście nie pracuję, ale kiedyś pracowałam więc wiem co mówię. Ściganie delikwentów i błaganie ich o zwrócenie papierków, ściganie spóźnialskich, wysłuchiwanie komantarzy w stylu- ale drogo, z roku na rok coraz drożej.

Rzeczywiście, jest coraz drożej. A w tym roku dodatkowo drożej jest dla palaczy. Przerażająca wydaje się myśl, że w przyszłości być może cena naszego ubezpieczenia zdrowotnego będzie zależała od chorób genetycznych jakie sprezentowali nam dziadkowie… Mam nadzieję, że gdy do tego dojdzie nie będę już mieszkała w tym strasznym kraju raju. Na szczęście nie interesują mnie zbytnio benefity od mojego pracodawcy. Zapisuję się jedynie na Flexible Spending i na Vision. Vision mam też niby u męża, ale chytrze wyliczyłam sobie, że w tym roku bardziej opłaca mi się mieć dwa ubezpieczenia i obkupić się w roczny zapas szkieł kontaktowych już na początku 2008. Nie będę tu opisywała detali, bo i kogo to obchodzi. No i nie o tym miało być.

Miało być o kuriozalnym świecie w którym żyjemy. Czy w Polsce też pracodawcy oferują takie benefity? Za jedyne $14 miesięcznie można sobie w pracy wykupić plan pod nazwą ‘Spotkaj się z prawnikiem’. Generalnie jest to taki plan dla biedoty. Ja nie mam zbyt dużego doświadczenia z prawnikami w Stanach i nie wydaje mi się że w najblizszym czasie będę musiała korzystać z takich usług, więc chyba w tym roku zrezygnuję z tej opcji. Raz kiedyś korzystałam z usług takiego jednego małego, który to skasował mnie prawie $1,000 za to że właściwie sama sobie cała tą sprawę załatwiłam. Po tym doświadczeniu nie mam zbyt dobrego zdania o amerykańskich prawnikach. Oczywiście ten mój prawnik nie był z tej samej półki co Michael Clayton , ani nawet Patty Hewes . Mój prawniczek był po prostu małym naciągaczem w dużym samochodzie.

Gdybym wtedy miała ten plan dla biedoty to pewnie cała impreza kosztowałaby mnie $14 * 12 miesięcy, a nie $1000. No ale jak to mówią co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Co nam oferuje plan ‘Spotkaj się z prawnikiem’? ‘Randka z prawnikiem’ is offering employees the opportunity to purchase group legal coverage, including estate planning, identity theft, real estate legal issues, defense of civil lawsuits, family law, traffic offenses, legal document preparation, immigration assistance, and juvenile matters, among others. Cieszyć się ze wspaniałej oferty, czy może zapłakać nad czasami, w których żyjemy?

piątek, 23 marca 2007
Jakie znacie największe bzdury w sieci? Dowody na to, że są na świecie większe czubki niż my tu na bloxie?
Ja ostatnio odkryłam twitter... Chyba się starzeję, bo w sumie bardziej mnie to śmieszy niż podnieca.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston