norwegia

piątek, 16 lipca 2010
Zrobię to szybko- tak jak powinno odrywać się plaster podczas depilacji woskiem.
W y p r o w a d z a m y  się z tego miasta.
Niektórzy już wiedzieli od jakiegoś czasu, inni dopiero od wczoraj, a od dzisiaj nie będę już musiała udawać na bloxie, że mam jakieś tam plany na jesień w Houston, bo nie mam. Tyle tytułem wstępu...
Czytelnicy tego bloga wiedzą, że z Houston mieliśmy taką love-hate relationship. Pierwszy raz postawiłam swoją nogę na houstońskiej ziemi w 1999 roku, kiedy to wraz ze swoim byłym wracaliśmy autobusem z Meksyku do Chicago. Pamiętam, że siedzieliśmy pod Church's chicken, patrzyliśmy na downtown i stwierdziliśmy, że Houston to najbardziej gówniane miasto i jakie to szczęście, że nigdy tam nie będziemy mieszkali.
O tym, że się myliłam dowiedziałam się w 2003 roku, kiedy to zaoferowano mi przeniesienie się  z Albuquerque (gdzie wtedy mieszkałam) do Houston.
Pamiętam jakby to było wczoraj. 11go września przyjechałam tu swoją mazdunią z małą przyczepką U Haul. Padało strasznie. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego deszczu, za to później widziałam o wiele gorsze.
Przez te 7 lat przeżyłam tu wiele.  Jest wiele rzeczy, które bardzo tu lubiłam i wiele, które doprowadzały mnie  do szaleństwa. Najważniejszymi minusami, (których żadne plusy nie zdołają przysłonić) są oczywiście letnie temperatury i to że wszędzie stąd jest daleko. Że jak się jedzie 10 godzin samochodem to nadal jest się w Teksasie. No chyba, że jedzie się na wschód, to jest się w Luizjanie, ale ten stan nie kręci mnie zbytnio, jak i sama wschodnia część Stanów.
Ale żyje się tu, w Teksasie generalnie łatwo. Pomijając te upały, kiedy to przychodzi letnia deprecha... W porównaniu do innych stanów nie jest tu drogo. Jest właściwie bardzo tanio. Ludzie mieszkają w dużo za dużych domach, za śmieszne pieniądze (w porównaniu do innych stanów oczywiście). Można się łatwo przyzwyczaić i wsiąknąć w tą łatwiznę. I wydaje mi się, że tak trochę wsiąknęliśmy.
Życie z małym dzieckiem w Houston, praca w korporacji, upały i te odległości do interesujących miejsc w inncyh częściach USA nie sprzyjały chęci szukania przygód. Chociaż może i chęci były, ale ostatnio brakowało nam już energii. Pewnie, że można jeździć  na plażę i robić piknik w Memorial Parku,  ale to jednak nie to samo co piknik w lesie, w którym nie ma skaczących pająków,  czy też krótka wyprawa w góry. Po 7 latach mieszkania w Houston zobaczyliśmy co było do zobaczenia w okolicy i zaczęliśmy narzekać na nudę. Na hjustońską, upalną,  weekendową nudę... I na to, że mamy masę sprzętu turystycznego, którego nie mamy okazji na codzień używać.
I tak jakoś wyszło, że chyba ktoś słuchał tych naszych ostatnich narzekań, bo mężowi została przedstawiona oferta przeniesienia do Norwegii. Spodziewaliśmy się, że zostaniemy wysłani do Anglii, co przyznam szczerze, nie było mi ani na rękę, ani na nogę.
Po zeszłorocznych wakacjach w Norwegii stwierdziliśmy, że nie chcemy tam mieszkać, bo zbyt wiele rzeczy nas tam osłabiło (kto czytał ten wie). Chociaż muszę przyznać, że teraz mój mąż twierdzi, że to ja byłam bardziej osłabiona, i że jego właściwie nic tam nie zaskoczyło i wszystko bardzo mu się podobało (hmmmm).
W każdym bądź razie teraz patrzę na to życie w Norwegii bardziej pozytywnie.
Na co liczę? Będę bliżej rodziny i polskich przyjaciół. Będę mogła spać z otwartym oknem. Nie żebym miała już menopauzę, ale przede wszytkim mam nadzieję, że w końcu się ochłodzę. Kupiłam sobie poraz pierwszy od chyba 10 lat zimowa kurtkę (o taką)! (Trzeba być chyba szurniętym żeby się z tego cieszyć, no ale cieszę się). Pomimo tego, że życie jest tam bardziej toporne niż w Houston (czytaj nie ma na przykład apteki drive thru i jeździ się mniejszymi samochodami), wydaje się, że istnieje większa szansa na przeżycie jakiejś tam 'przygody', czy też nowego doświadczenia. Niekoniecznie tylko w weekend, bo i pracują tam jakoś krócej niż tutaj.
Tak więc lecimy niby na 2 lata z możliwością przedłużenia. Mój drugi gagatek (bo podobno będzie drugi chłopak) urodzi się już tam. Liczę na to, że będziemy spędzali sporo czasu na powietrzu i że Franek będzie miał okazję na przeżycie wielu przygód w norweskim przedszkolu.
Czego będzie mi brakowało najbardziej?
Tutejszych znajomych i przyjaciół (polskich, amerykańskich i innych), z którymi przeżyłam 7 lat. Będzie mi brakowało naszego Polskiego Klubu Książki (Book Club aka Boob Club i ostatnio Diaper Club), który założyłyśmy dzięki temu blogowi. Będzie mi brakowało telefonów do Ani z Chiacago wykonywanych podczas porannego spaceru podczas, ktorych żaliłam się, że spadają mi gacie (teraz będę się żaliła, że obcierają mnie kalosze).
Będzie mi brakowało Whole Foods i dobrego tex-mex. No ale zabiorę ze sobą zapas przypraw i dodatków na kilka miesięcy, więc jakoś to będzie. A później będę błagała tutejszych znajomych żeby zamiast opłatka na święta, przysłali mi tortillę.
Bardzo żałuję, że nie będzie mnie na otwarciu nowego Whole Foods na Waugh i że nie pójdę na basen do nowego Y w downtown.  I że nie zagłosuję na Billa White'a w listopadzie. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Jeśli będzie nam zbyt zimno i ciemno, to za 2 lata może tu wrócimy. Chociaż wygląda na to, że nudzić raczej się nie będziemy. Przyjaciel męża (ten, u którego byliśmy w Harstad, a który teraz ma metę w Oslo) już planuje częste wizyty. Znajomi, których poznaliśmy w Houston (ci, do których lecieliśmy do Norwegii na wesele), którym właśnie urodziła się córeczka też się cieszą, że spędzą z nami ich (jej) urlop macierzyński. Przyjaciółka z Polski już się cieszy, że loty ze Szczecina do Stavanger takie tanie i też planuje częste przyjazdy. Pewien Norweg z męża pracy już planuje zapisanie mojego męża do klubu żeglarskiego i wędkarskiego i obiecuje mu taaaaaaaaakie łososie. Mąż się cieszy, bo całe dzieciństwo i młodość spędził na wodzie i bardzo za żeglarstwem (na niebieskiej wodzie)  tęsknił. Ja cieszę się mniej, bo peniam- żeglarstwo mnie przeraża. A do tego fajny_nosorożec (tutejsza koleżanka) życzy nam, abyśmy nigdy nie musieli wracać już do Houston!
Jest mi trochę smutno, że kończy się moja 10 letnia przygoda z Ameryką, bo pomimo wielu niezrozumień był to mój dom. Ale podświadomie wiem, że jeszcze kiedyś spełnie swoje marzenie i pomieszkam przez kilka lat w północno - zachodniej części Stanów. Choćby miało to być na emeryturze.
Przed nami miesiąc zamykania różnych spraw. Zakupy, pakowanie, sprzedaż domu i innych rzeczy.  Mamy także zamiar wcisnąć w to wszystko krótkie wakacje w Oregonie. Mam nadzieję, że brzuch który coraz bardziej widać nie będzie mi aż tak bardzo przeszkadzał ...
Tak więc żegnajcie głośne klimatyzacje i dmuchawy do liści- akurat za wami tęsknić nie będę. Bye bye klapeczki!  Teraz będziemy spotykać się już tylko w saunie ...
Póki co założylam nowego bloga pod nazwą Ropa i Tran (a co?), którego mam nadzieję będę regularnie uaktualniała. Zapraszam do odwiedzenia we wrześniu i dziękuję za to, że przeżyliście ze mną w Houston tyle lat...

-----
a mieszkać będziemy TU- łagodniej mówiąc- jest tam 'inaczej' niż w Houston.
niedziela, 26 lipca 2009
Nie chce mi się już więcej pisać o tej Norwegii, więc kończę zdjęciem wodospadu i zapodaję link do innych zdjęć- równie ładnych.


wtorek, 14 lipca 2009
Najbardziej w Norwegii podobały mi się przedszkola. Nie ważne czy deszcz czy śnieg, dzieci non stop są na powietrzu. Widziałam jak w deszczu skakały na skakance z panią przedszkolanką (ale nie z tą na zdjęciu, z inną- chudszą).
Dzieci w Norwegii są twarde jak ta rzeźba z Parku Vigeland w Oslo. Na szlakach często widać grupki małych dzieci, w malutkich kurtkach z gore-texu,  z malutkimi plecakami, które naprawdę nieźle zasuwają po tych lasach. 
Jak tak sobie na te dzieci i przedszkola popatrzyłam, to uświadomiłam sobie, że mogłabym tam mieszkać. Mogłabym żreć te hot dogi i użerać się z tym ich systemem. Zrobiłabym to dla Franka. Żeby Franek mógł chodzić do tak fajnego przedszkola. Może wyrósłby mi na Małysza? No ale raczej nie zanosi się żebym tam mieszkała, więc nie ma o czym gadać.
Natomiast, możnaby samemu takie przedszkole otworzyć. Niestety u nas tak się nie da. Jak każdy wie, ocieplić jest się łatwiej niż ochłodzić, tak więc takie przedszkole w Houston by nie przeszło, bo latem jest za gorąco. Myślę, że dzieciaki padłyby mi jak muchy, albo nabawiłabym je raka skóry. Poza tym u nas jak leje to jest od razu powódź.
No ale gdybym mieszkała w takim na przykład Oregonie to chyba otworzyłabym takie przedszkole i pewnie byliby chętni.







Lato w Houston jest do dupy, bo niestety zbyt wiele tym dzieciom nie można zaoferować. Bo niby co? Wyjście do muzeum czy do klimatyzowanego sklepu? Wydawało nam się, że wyjściem z letniej sytuacji będzie przyczepka na rower. Dzięki takiej przyczepce zarówno my się ruszamy, a Frankowi nie jest aż tak gorąco jak w wózku. Przyczepka jest bardzo fajna, bo można z niej zrobić wózek, albo dokręcić narty i pojechać z dzieckiem na narty (zdjęcia TU). No my w Houston raczej na narty nie pojedziemy, ale na rower to i owszem. W weekend byliśmy 2 razy dziennie.
Właściwie kupiliśmy ją bardziej sobie niż jemu, a tak w ogóle to chyba bardziej mi. Ostatnio na swoim rowerze jeździłam 21 miesięcy temu. 
Tak jak napisałam na fejsbuku (przy okazji przepraszam fejsbukowe koleżanki i kolegów, że muszą to samo czytać 2 razy) - zabawne, że po 21 miesiącach moje buty na rower nadal śmierdzą krowią kupą, w którą wlazłam prawie 2 lata temu... 




poniedziałek, 06 lipca 2009
Ania pisała ostatnio o tarasie na Searsie, więc i ja pomyślałam że zmałpuję i pokażę zdjęcia tarasu, na którym byliśmy w Norwegii.
Proszę bardzo- oto platforma widokowa nad fjordem Aurland. Też, podobnie jak na Searsie pewnie można się oprzeć o szklaną ścianę, zrobić zdjęcie i udawać, że się stoi w powietrzu. Ja się oczywiście nie odważyłam.










Pierwsze dwa zdjęcia pochodzą z Guardian, a reszta jest moja.
czwartek, 02 lipca 2009
Norwegia w niektórych momentach wydawała się dość zacofana. Jeśli zaś chodzi o transport to jednak są bardziej do przodu. 
W Oslo podobał mi się szybki pociąg z lotniska do centrum. Nigdy nie jechałam tak szybkim pociągiem (210 km/h), więc oczywiście trzeba było spróbować. 
Drogo (jak wszystko w Norwegii), ale warto (jak nie wszystko w Norwegii).



Oczywiście są osobne przedziały dla matek z wózkami, ale jak je zobaczyłam to trochę mną zatrzęsło. Taki normalny pusty korytarz z krzesełkami jak w polskich pociągach na korytarzu (wiecie, takimi otwieranymi w ścianie). Czyli, płaci sie tyle samo, ale jedzie się w baraku.  Na szczęście mieliśmy wózek składany, więc go złożyliśmy i usiedliśmy sobie w normalnych siedzeniach. Nie będą nam (matkom z dziećmi) pluli w twarz . 
W Oslo widać już auta na prąd. Widać je naprawdę często i gęsto.







Ale najbardziej podobało mi się Oslo Citybike czyli sieć rowerów, które można wypożyczać z jednego miejsca i odstawiać w drugim. Wystarczy wykupić tylko kartę sieciową i już można odpiąć rowerek i pojechać do biblioteki, albo do kina. Odstawiamy rowerek, oglądamy film i wracamy. Jedyny minus jest taki, że czasem stojak może być zapełniony i trzeba rower odstawić w innym miejscu.
Rowery są zadbane i gustowne. Jeżdżą na nich i panowie w gajerkach i panie w kaloszach. Sama bym się chętnie przejechała, ale niestety nie było mi dane.




Metro i tramwaje wydawały się działać sprawnie. Na stacji metra słychać znajome głosy rodaków. Co jedzie? Piątka? No dobra, to wsiadamy ...
wtorek, 30 czerwca 2009
Radarek chciał żebym napisała o tej Norwegii coś miłego. Podobało mi się w jaki sposób norweskie firmy dbają o swoich pracowników.
Otóż podobno większość dużych firm oferuje swoim pracownikom domki wypoczynkowe. Ale nie są to takie domki kempingowe jakie mieliśmy w dzieciństwie na wczasach w Dąbkach. Domki są konkretne. Z ogrzewaną podłogą, kilkoma pokojami, play station na pięterku, porąbanym drewienkiem, zmywarką, zabawkami dla dzieci, łódką, sauną i nawet z prosze ja was gofrownicą. Wszystko jest. Trzeba tylko zabrać pościel i jedzenie. 
Zasady wynajmu domków (które są położone w różnych częściach Norwegii) są proste. Kto pierwszy ten lepszy, przy czym kolega twierdzi, że zawsze jest pierwszy. I lepszy przy okazji też. Domki te firmy często wynajmują od ludu. Wspomagają tym samym pana i panią, społeczeństwo znaczy się. Właściciel takiej chałupy musi spełnić jakieś tam warunki (zapewnić drzewo na grilla itd.), a pracownik płaci symboliczne 20$ za dzień. 
Domek wyglądał tak:



Widok z domku



pokój na pięterku



część łazienki i sauna



living room (kurde, po ataku u Anety aż boję się, że zaraz jakiś wieśniak mi napisze, że po polsku to nie pisze się living room, a duży pokój)



kuchnia




Były jeszcze 3 sypialnie, ale nie będę was już zanudzać zdjęciami. Wszystko już niedługo będzie do obejrzenia na flickrze.


My pojechaliśmy na 4 dni. Dawno już nie delektowałam się takim nic nie robieniem.  Do południa zwiedzaliśmy Lofoty i robiliśmy pikniki w plenerze



(Nora- jeśli czytasz- to na zdjęciu jest ten ser, który tak bardzo mi smakowa ł)


a wieczorem robiliśmy grilla i piliśmy alkohol (wino) z bezcłowego. 
Chłopaki byli na rybach i udało im się złowić z 15 kg dorsza w 30 minut.







Zrobiliśmy także lokalny przysmak- łosia w sosie jagodowym (sos wg mojego przepisu). Smakowało tak jak wyglądało, czyli nie za bardzo (to znaczy sos był dobry hehe, ale mięso jakieś takie nie za bardzo). Myślę, że był to pierwszy i ostatni raz kiedy jadłam łosia.




Ania pytała kiedyś o zdjęcie zrobione nocą. Proszę bardzo. Na zakończenie. Zaznaczam jednak, że bywały noce, kiedy było o wiele jaśniej i jak się szło zrobić Frankowi coś do picia o 2ej w nocy to warto było mieć na nosie okulary przeciwsłoneczne.
To zdjęcie męża z rybami też było zrobione o 1ej w nocy.


poniedziałek, 29 czerwca 2009
Podobno leginsy są teraz modne wszędzie. Nawet te takie świecące, które nosiłyśmy w podstawówce w latach 80-tych. Szwagierka, która zawsze wie co jest modne, a co nie twierdzi, że w Anglii też panują leginsy. U was też?
No i w Oslo też prawie każda panna i pani miała na sobie leginsy. 
O tym, że leginsy są rzeczywiście modne, przekonałam się po powrocie. Okazuje się, że i w Houston, pomimo 40C panie też naszą leginsy.
Ja nie mam. To znaczy mam, ale nie odważyłabym się ich na ten upał założyć.

-------
Wracając jeszcze do Norwegii i mody. Zauważyłam, że w Norwegii króluje solarium. Masa dziewczyn jest żółta. Pomimo tego, że większość to blondynki, spora część płci żeńskiej utelnia się na kolor mleczny. 
Jeśli chodzi o linie lotnicze i podróż dzieckiem to wypróbowaliśmy już trzy: Continental, Lufthansa i SAS. Najgorzej wypada Continental, bo jak już kiedyś opisywałam łóżeczko było brudne i panie stewardessy robiły problemy z podgrzewaniem wody (bo wiadomo, że w Stanach o wszystko można się sądzić, a o poparzenie łatwo). 
SAS był taki sobie. Ale głównie z powodu pasażerów. Irytowało mnie, że brakowało tam jakiejś organizacji ruchu i wszyscy się pchali w każdą stronę. Normalnie jak w Egipcie na rynku. No ale jak już opisałam pod poprzednim wpisie- pan kapitan osobiście poszedł na poszukiwanie wózka i 2 razy udało nam się wziąć wózek na pokład, więc nie narzekam.
Na lotniskach w Norwegii są też wysokie krzesełka dla dzieci, czego nie widziałam na żadnym innym lotnisku. O dzieciach w Norwegii będzie kolejny wpis.
Lufthansa natomiast jest po prostu fantastyczna. Łóżeczko czyste, z prześcieradłem i innymi poduszkami. Dzieci dostają jakieś tam maskotki i jedzenie w słoiczkach (do wyboru dwa smaki) i przede wszystkim nikt nie robi problemu z wodą do mleka. Wodę albo ci pani podgrzeje, albo pokaże gdzie jest gorąca i zimna i można sobie samemu wymieszać. Poza tym są miłe dla dziecka i nie udają, że go nie widzą (co miało miejsce w Continental).
W ogóle po tej podróży to muszę przyznać, że Niemcy są bardzo zorganizowani i mają głowę na karku. Mąż podróżował z nieważną zieloną kartą. To znaczy karta była nieważna, ale miał do niej list z immigration, w którym było napisane, że karta jest przez rok ważna. Taki list oczywiście można łatwo podrobić, zrobić jakąś pieczątkę z ziemniaka itepe. Spodziewaliśmy się więc problemów. W Oslo pan prawie, że dostał gorączki jak zobaczył ten list. Natomiast w Niemczech nie było problemu, pani szybko dodała sobie rok do daty ważności i nie robiła problemów. Lubię ten niemiecki porządek. Lotnisko we Franfurcie też zawsze lubiłam i lubię nadal.
Nie wiem jak jest w innych liniach lotniczych. Podejrzewam, że BA też jest OK (chociaż może już nie, bo może za darmo to nikt się nie uśmiecha), i KLM pewnie też. Polecam jednakże Lufthansę.
piątek, 26 czerwca 2009
Wstęp- Generalnie poniższe historie by mnie nie ruszały gdyby nie to, że za usługi hotelowe i restauracyjne płaci się w Norwegii dość sporo. Być może jestem już bardzo zamerykanizowana (to znaczy nie być może, bo pewnie jestem), ale jeśli już za coś płacę to lubię wiedzieć dokładnie za co i płacić dokładnie za to, co zamawiałam.

Historia pierwsza:
Teściowa (65 lat) przyjeżdża do hotelu z 2 cieżkimi walizami. Dostaje pokój na 3 piętrze. Nie ma windy. Pyta się czy ktoś może jej pomóc wnieść bagaże. Panienka patrzy jej w oczy i mówi po prostu - nie. Prawdę mówiąc zatkałoby mnie jakbym była na jej miejscu. Co można odpowiedzieć na takie 'nie'?
Norwegia nie jest dla cieniasów. Tu wszystkie dziadki i babcie sami noszą sobie walizy. Tu nawet ludzik na światłach dla pieszych wygląda na takiego bardziej fit. 



Historia druga:
Wypożyczyliśmy samochód. Było nas 4 plus Franek plus masa walizek. Zdecydowaliśmy się na duże auto klasy '7 osób plus 5 walizek'. Dostaliśmy jakieś Renault Megane Scenic na 5 osób plus 2 rozkładane siedzenia w bagażniku (klasa '7 osób plus zero walizek'). A gdzie walizki ja się pytam? Facet długo nam tłumaczył, że i ten i ten jest na 7 osób i nie ma się co targować. A nam potrzebna była kobyła na 4 plus fotelik dla Franka, jeden rząd na toboły i pusty bagażnik. Facet mówi: 'jest tylko taki. Bierzecie albo nie, ale uprzedzę że innych samochodów nie ma'. No to kurde wzięliśmy, bo avis i hertz też już nic nie miał. Skasowali nas za droższe auto, bo w Norwegii za wszystko się płaci up front, a pan/pani zza lady nie wie jak zwrócić różnicę. Wszędzie mają cytuję 'nowy system' i nie umieją go jeszcze obsługiwać. A takie ponoć dobre szkoły mają w tej Norwegii...

Samochód był jako taki. Było oczywiście cholernie ciasno i ci co siedzieli z tyłu mieli też jakieś tam bagaże na kolanach przez kilka godzin.  Na szczęście Franek miał wygodny fotelik i nie marudził więc jakoś przeżyliśmy. 
Pod koniec podróży wysiadł nam ABS. GPS miał nie miał aktualnych map, a za wszystko się przecież płaci. I to do tego up front.

Historia trzecia:
W jednym hotelu zapłaciliśmy (oczywiście up front) za family room- żebyśmy mieli jeden większy pokój, w którym można przepakowywać te walizy żeby się wszystko ładnie upchnęło do samochodu hehehe. Pokój wydawał się nam mały, więc mąż poszedł się dowiedzieć. Pani mówi, że rzeczywiście dostaliśmy mniejszy chociaż chcieliśmy większy, ale większych już nie ma więc albo bierzemy albo nie i że jutro możemy wymienić i że się z nami skontaktują jeśli będzie coś wolnego. Do godziny 18 dnia następnego nikt się z nami nie skontakotwał, więc wieczorem poszliśmy po zwrot kasy. Kobieta nam mówi, że pokój jest- dla palących, ale jest. My na to, że teraz to sobie może go wsadzić, bo następnego dnia rano wyjeżdżamy i nie opłaca się nam przenosić. Ona na to, że nie może zwrócić kasy, bo musi czekać na kierownika tej szatni. Kierownik starał się nam wmówić, że może nam zwrócić tylko za jedną noc, bo w przypadku drugiej to była nasza wina, bo nie chcieliśmy tego pokoju dla palących. Mąż się wkarwił i walnął mu jakąś wiązankę. Okazało się, że kierownik tej szatni też nie mógł nam zwroćić tej różnicy, bo musiał zapytać się kogoś w Oslo. Zwrócili nam następnego dnia.

Historia czwarta:
W pewnym znanym hotelu na lotnisku w Oslo dostaliśmy w końcu duży pokój z czajnikiem. Niestety czajnik walił jakimś kalafiorem- podejrzewam, że ktoś zrobił w nim sobie kupę.  To znaczy zupę. Poszłam go wymienić. Panienka mi mówi: sprawdzę czy mamy zapasowe. Sprawdzała przez 4 godziny i jak się można było domyśleć nic nie znalazła. Mówi mi - nie mamy- trudno. Albo bierzesz pokój z kalafiorem albo nie. Musiałam jej grzecznie zasugerować, że jeśli nie ma zapasowego to może przecież iść do jakiegoś innego pokoju i podmienić. Aaaaa...


Generalnie codziennie mieliśmy jakieś takie historie, a ja nie lubię gdy muszę ludziom non stop patrzeć na ręce, bo jeśli nie patrzę to mnie naciągną.  

Norwegowie chyba nie lubią turystów, bo są upierdliwi i trzeba się przy nich napracować. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Lubią natomiast ich pieniądze. Myślę, że najlepiej by było gdybyśmy (my, turyści) przestali tam przyjeżdżać i zaczęli im wysyłać pieniądze pocztą.

Zakończenie- a jakie to wszystko ma znaczenie w obliczu śmierci? I to do tego śmierci Króla ... 
Świat bez Majkela Dżeksona jest światem, którego nie znam.
środa, 24 czerwca 2009
Jeszcze nigdy Houston nie wydawało mi się tak paskudnie brzydkie. Rzeczywiście jest susza. w całym Houston trawa i drzewa mają kolor lekko brązowy.

This Afternoon: Sunny and hot, with a high near 101. Heat index values as high as 106. East wind between 5 and 10 mph.

A w Oslo przedwczoraj było 20C i tak sobie myślałam, że 20C to idealna temperatura dla ducha i ciała.

ps- o Norwegii jeszcze będzie. Muszę się tylko ogarnąć i wyleczyć z tej 'świńskiej grypy', która mam już od 2 tygodni.
niedziela, 21 czerwca 2009
Dzień polarny jest bardzo męczący. Cieszę się, że już niedługo znowu będę widziała ciemność...
Pozdrowienia z Lofotów, więcej już niedługo.






środa, 17 czerwca 2009
Jeśli chodzi ośniadania i o norweskie bufety to jest różnie. W jednych hotelach jest wszystko ładnie pięknie, a w innych podają bufetowe resztki z wczorajszego obiadu, albo jajka OE, które wyglądają jakby kucharz je smażył pod pachą. Generalnie w bufecie można zjeść: jogurt z płatkami, owocami czy jak kto tam lubi, jajecznicę nie za bardzo, jajka OE nie za bardzo, bekon bardzo tłusty, ogórki, pomidory, papryka, śledzie w pomidorach lub w cebuli, w jednym nawet jakieś sardynki czy coś w tym stylu, łosoś jest rzadko i tylko w jednym miejscu był rewelacyjny (w ogóle o łososiu norweskim to dużo można gadać), 3 rodzaje szynek, jakieś salami i bardzo dobre żółte sery. No i chleb jest też rewelacyjny.
Jeśli chodzi o te żółte sery to niektórzy być może pamiętają, że miałam teorie iż jedzenie nabiału źle wpływa na moją cerę i mam jakieś tam wypryski. Dlatego też w Houston ograniczyłam jedzenie nabiału. I rzeczywiście pomogło. Tu jem te sery ile wlezie, jogurty itepe też i nic. Nie mam żadnych trądzikopodobnych problemów. Co przynosi następujące pytanie- czy w amerykańskich serach jest coś czego nie ma w tutejszych? Pewnie tak.
Na obiady podobno w Norwegii jada się najczęściej mrożoną pizzę. Podobno takie są statystyki. Nie łosoś, nie dorsz a pizza. WTF? W ogóle to łosoś jest bardzo drogi, a nie wszędzie można sobie pójść i złowić. 
Generalnie nie jedliśmy tutaj nic co by nas powaliło na kolana. Lubię ryby i generalnie sea food i spodziewałam się zjeść jakąś lokalną perełkę. Niestety nic takiego nie znaleźliśmy. Najlepszym daniem była zupa rybna w Oslo i kanapki z wędzonym łososiem na fish market w Bergen. Ale to przecież nic takiego, nie wspominając już że za cenę jednej kanapki w Stanach można sobie zjeść podobnych trzy.
Na takiej Alasce dla porównania, halibuta i łososia można zjeść właściwie wszędzie i w przystępnej cenie. Dlatego dziwię się, że tego łososia norweskiego tak naprawdę tu nie widać. Czyżby wszystko szło na eksport?
Pozostaje więc postawić sobie pytanie, czy lepiej jest wpierniczać hot dogi przez 50 lat, ale nie martwić się o emeryturę? Czy może jednak cieszyć się lepszym jedzeniem i pić dobre wino, ale martwić się o 401k i takie tam? No więc ja chyba wolę tą drugą opcję. I dzisiaj wiem, że jedzenie i brak jego różnorodności byłoby jednym z poważniejszych powodów aby w Norwegii nie mieszkać.


Poniżej - zdjęcia z fish market w Bergen.












poniedziałek, 15 czerwca 2009
Tunele w Norwegii to świetna sprawa, przez góry, 130m p.p.m, albo tak po prostu przez jakąś ścianę. Wjeżdżasz, włączasz klimę na obieg powietrza i jedziesz przez 500 m, albo 10 km. Albo przez 24 km ... Bożeeee jaka nuda.
Żeby nie było zbyt nudno, w tym najdłuższym tunelu drogowym na świecie, co 6 km jedzie się przez kawałek z niebieskim światłem. Niezły kosmos.










A tutaj filmik z tunelu. Jak słychać Franek tunelów nie lubi.
Nie zdarzyło mi się wiele razy spać w pokoju hotelowym ze wspaniałym widokiem. Raz kiedyś w Aleksandrii spałam w pokoju z widokiem na morze. Widok był mówiąc krótko zajebisty, ale w pokoju śmierdziało trochę szczyną. Kiedyś spałam też w hotelu z widokiem na Bryant Park, no ale to w sumie nie to samo co morze czy góry.
W związku z tym, że zaopatrzyliśmy się w FjordPass (yes, I love discounts) postanowiliśmy, że zaszalejemy i spędzimy 2 nocki w Stalheim Hotel. Hotel znany jest przede wszystkim z tak zwanego killer view i nawet zwycieżył kiedyś w jakimś tak konkursie na pokój z widokiem. Niestety za pokoje bez widoku płaci się tyle samo. 
Nam udało się ubiec autobusy z niemieckimi turystami i dostaliśmy 2 pokoje z widokiem. 





No cóż, pomimo tego że widok jest taki, że rzeczywiście trudno jest oderwać się od okna, hotel jest raczej słaby. Oprócz tego, że jak zwykle nie było czajniczka z gorącą wodą żeby Franiowi zrobić mleko, to żarcie było dość kiepskie (a do innych jadłodajni daleko, nie mówiąc już o jechaniu tam wieczorem ze śpiącym dzieckiem). Codziennie jadło się resztki z dnia poprzedniego (bufetowe) i nikt nie odkurzał podłogi (wiem, bo Franek nakruszył zielonym groszkiem i następnego dnia widać było te okruchy przy naszym poprzednim stole). W ogóle te resztki to je się wszędzie. W tym hotelu, w którym byliśmy na ślubie też przez 3 dni jedliśmy to samo. Krzesełek dla dzieci też nikt nie wycierał. Taka trochę syfnia. No ale ten widok ... Na ten widok skusili się też niemieccy turyści. Jedni przyjeżdzali autokarami i zostawali na noc (ci strasznie się pchali przy bufecie), a drudzy przyjeżdzali do hotelu na ciastko i herbatę. I na zdjęcie. Autokarem oczywiście. Nawet kurtek nie zdjemowali. Jedli te ciastka w kurtkach, cyknęli po zdjęciu i spadali.
Generalnie autokarów pełnych niemieckich emerytów pod tym hotelem było codziennie chyba z 15. Totalna załamka. No ale właściciel pewnie robi na nich niezła kasę, bo głupia herbata kosztuje tam 30 koron (wszędzie indziej 25 czyli też drogo). 
W okolicach hotelu jest masa różnego rodzaju szlaków turystycznych (wodospady itepe), więc jest co robić.  
Teraz, po szkodzie, zrobilibyśmy inaczej. Zamiast w tym hotelu, spalibyśmy dłużej na kwaterze we Flam (jakby kto był zainteresowany mogę podać namiary, bo niedrogo - w porównaniu z innymi cenami w Norwegii - i bardzo fajnie), a do Stalheim wybralibyśmy się na ... herbatę i ciastko. I na zdjęcie oczywiście. Być może nawet kurtek byśmy nie zdjęli. No, ale wtedy nie mogłabym powiedzieć, że spałam w pokoju z killer view. 
sobota, 13 czerwca 2009
Po kilku dniach spędzonych w okolicach Flam i Nærøyfjord powróciliśmy do Bergen, aby odprawić szwagierkę. Ona wraca do Anglii, a my jedziemy (samochodem niewypałem z Sixt'a) do Stavanger.
O Bergen coś tam jeszcze napiszę. Dzisiaj chciałam tylko umieścić kilka zdjęć z dzielnicy Bryggen, która to znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Domki są rzeczywiście malownicze. Przetrwały wiele pożarów i wybuch statku, którego siła je trochę 'przekrzywiła'. Spacerując bo Bryggen jest co podziwiać i jak ktoś lubi kupować tandetę, jest co kupować. Osobiście kupiłam tylko magnesik z trolem dla mamy (bo jak wiecie mama kolekcjonuje magnesy). Generalnie drożyzna, ale przyznam że nie ma aż tak wielu pamiątek które są Made in China.













No ale nie o tym miało być. Miało być o 'naszych'. Kurde jaki wstyd. Światowe dziedzictwo UNESCO, a z tyłu napis po polsku RYCHU GRYFINO. Na szczęście nie każdy umie czytać po polsku i może są tacy, którzy myślą, że wandalami byli na przykład Chińczycy.

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston