zjadłam sobie

wtorek, 25 maja 2010
To, że generalnie amerykańskie piwo to tak zwane siuśki pantery wiedzą wszyscy. Ale są wyjątki. Czasem trafiają się perełki stworzone przez malutkie firmy. Jakiś czas temu obejrzałam fim pt. Beer wars, film o rynku piwa w USA. Szokujący i świetny. Polecam obejrzenie tego filmu nie tylko wielbicielom piwa, warto.
Jakie jest wasze ulubione amerykańskie piwo? Generalnie, zazwyczaj pijemy Fat Tire, ja lubie także Purple Haze. Mój mąż twierdzi że to takie babskie piwo więc pewnie nie wszyscy je lubią. Dogfish Head znałam tylko z opakowania. Wiedziałam, że firma istnieje ale jakoś rowerek na opakowaniu FAT TIRE bardziej działał mi na zmysły. Po obejrzeniu wyżej wymienionego filmu zafascynowała mnie historia tej firmy (o Bożenku jak fajnie byłoby dla nich pracować) i postanowiliśmy zaryzykować, zakupić i spróbować. Ja niestety tylko parę łyczków, ale już wiem co będzie pierwszą rzeczą, która będę jadła / piła za te kilka miesięcy.
Na butelkę Dogfish Head będę czekała bardziej niż na sushi... Polecam tym, którzy jeszcze nie znają.
niedziela, 04 października 2009
Sąsiedzi (ci od Elvisa) zaprosili nas dzisiaj na kolejne party w garażu. Tym razem byliśmy tylko my i oni, bo Brzuchatek nie mógł przyjść.
Sąsiedzi mają ostatnio u siebie góry jedzenia. Ostatnio sąsiad pojechał do Costco i kupił kilka galonów keczupu i wiadro szparagów. Keczup to wiadomo, może się przydać. Zadecydowaliśmy, że  nakręcimy jakiś filmik z keczupem, kosiarką i kotem w roli głównej.
No ale te szparagi to zarówno oni, jak i my będziemy pewnie jeść przez rok. Mamy też dostać jakieś brzoskwinie, bo też za dużo kupili...
A na dzisiejszej imprezie też była góra żarcia. Tym razem znajomi z Luizjany przywieźli im dwa coolery żywych krabów.




Jezu ile roboty jest przy tych krabach. Choć z drugiej  strony  IMHO lepiej już paćkać się z tymi krabami niż z rakami. No i są rzeczywiście wyśmienite.




Te kraby nazywają się blue crab i jak sama nazwa wskazuje są rzeczywiście niebieskie.



Na Wikipedii jest napisane, że podobno są nawet w Bałtyku, ale nie wiem czy to prawda bo ja tam ich nigdy nie widziałam. Podobno na Zachodnim Wybrzeżu gardzi się nimi, bo za dużo roboty przy obieraniu. Na Wschodnim natomiast są dość popularne.
Ledwo się ruszam, bo zjadłam 2 kukurydze, kiełbasę z jalapenio no i te kraby. Czas na serniczek i kolejny odcinek Deadliest Catch.

PS- Czy wiedzieliście, że 8 dag mięsa krabowego zawiera dzienną dawkę witaminy B12? No, ale pewnie takie kraby z Zatoki Meksykańskiej zawierają też roczną dawkę różnego syfu, którego normalnie byśmy nie jedli.
sobota, 09 maja 2009
Jakiś czas temu zapoznałam was z południową potrawą Biscuits and gravy, którą akurat lubię. Dziś czas na coś co warto spróbować, bo jeśli przejdzie TA ustawa to być może smak ten pójdzie w zapomnienie (nie żeby mi było akurat z tego powodu przykro)... 
Chicken fried steak tak naprawdę niewiele ma wspólnego z kurczakiem. Jest to po prostu wołowina w panierce. Coś jak nasz schabowy, tylko o wiele większy i taki bardziej dla odważnych. Pamiętam, że pierwszy i ostatni raz jadłam taki chicken fried steak w San Antonio w ponoć najbardziej lokalnej knajpce jaka tylko może być. Miało być niby jak u teksańskiej mamy. Pamiętam też, że mało nie zwymiotowałam, tak jakoś mi ten fired steak nie podszedł. Zresztą zobaczcie sami- potrawa smakuje dokładnie tak jak wygląda, czyli nieciekawie.


zdjęcie z Wikipedii

Nie skończyłam wtedy tego lunchu. Podobno, danie to ma być podobne do sznycla wiedeńskiego, ale myślę, że Rudi Lechner zaśmiał by się im w twarz. BTW- byliście kiedyś w restauracji Rudi Lechner's?  Jeśli nie to żałujcie, bo do takiej szopki naprawdę warto iść. A i jedzenie mają przyzwoite i nie drogie. No i śpiewają dużo po niemiecku i dużo tez tańczą. Średnia wieku klientów wynosi około 60-tki i to wtedy kiedy ja tam jestem i zaniżam hehe. Kiedyś dość często tam chodziliśmy. Warto się wybrać jeśli ma się urodziny, bo panowie dziadkowie zaśpiewają ( i zagrają na akordeonie) niemieckie 100 lat pewnie z 10 razy. 
No ale wracam do kurczaka. Następnego dnia niestety znowu musiałyśmy tam iść i zamówiłam dla odmiany chicken fried chicken czyli kurczak w panierce. Był to akurat taki bardziej kurczak z KFC, tylko że 10 razy większy. Zjadliwe, ale nie za zdrowe.
Myślę, że każdy kto tu przyjeżdża, powinien spróbować tego potwora, żeby wiedział czego nie traci nie jedząc go na codzień, albo i nawet od niedzieli.
Na zakończenie, taka myśl mi się ostatnio przyśniła. Może następne spotkanie naszego Book Clubu odbędzie się w kuchni? Oczywiście nie w mojej. Tak sobie pomyślałam, że mogłybyśmy się wybrać na zajęcia z gotowania na przykład do Central Market, albo Sur la Table. Tylko musiałoby to być w lipcu, bo w czerwcu mnie nie ma. Zresztą maj i czerwiec i tak jest już pewnie wykupiony...
czwartek, 30 kwietnia 2009
Pięknie brzmi, prawda? Taką piękną nazwę wczoraj wymyśliłam. Normalnie jakbym miała restaurację Tex-Mex to z pewnością byłby to jakiś tam seasonal special. Ale nie mam. 
Nie myślcie, ze znowu będzie o świni. Chociaż bardzo mnie korci, aby tu wkleić email od lekarza rodzinnego, w którym to panikuje, że nawet lekarze w Houston nie mogą dostać Tamiflu i że jeśli się już go komuś przepisze, to apteka wydzwania aby uzyskać potwierdzenie czy taka osoba jest rzeczywiście chora. Kto na tym Tamiflu trzyma łapę?
Podobno w Teksasie (jak i zresztą w całych Stanach) Tamiflu nie starczy dla każdego. 
Na pewno lek ten, jest natomiast na czarnym rynku. Podobnie jak wszystkie maseczki i chusteczki do mycia rąk, które zostały wykupione przez hjustońskich Meksyków, którzy to wysyłają je do rodaków zza południowej granicy... Obyśmy tych rzeczy nie potrzebowali, bo inaczej będziemy musieli robić sobie maseczki ze staników. 
Ale żeby nie było, że znowu o grypie, to wracam do tematu salsy influenzy, a właściwie octu balsamicznego (chociaż bardziej dressingu niż octu). Podzielę się z wami najnowszym odkryciem gastronomicznym. Byliśmy ostatnio u kolegi na kolacji i zaserwował nam sałatkę z takim czymś (my akurat próbowaliśmy black currant i passion fruit- passion fruit niestety narazie jest out of stock). 
No rewelacja! Trochę drogie, ale myślę, że warto kupić na te ciężkie, grypowe czasy.


sobota, 14 marca 2009
Dzisiaj na lunch- Tastes of Chicago- famous deep dish sausage pizza prosto z Chicago- sponsored by Pani i Pan Windy City



Szkoda, że Panią Windy City BBQ doprowadza do mdłości, bo moglibyśmy się zrewanżować BBQ z mojej ulubionej restauracji ze stolicy Teksasu - The County Line.

A jakie 'signature dishes' wysyła się z waszych stanów?
niedziela, 14 grudnia 2008
Cocina zaprosiła do kredensowego ekshibicjonizmu. Skoro pokazywałam już swoją lodówkę, wydaje mi się że nie wypada mi nie pokazać zawartości kredensu. Jest w nim masa różnych przypraw, ale nie chce mi się za bardzo robić zbliżeń, bo w sumie nie wiem którym przyprawom powinnam dać pierwszeństwo.
Sezamie otwórz się:
W drzwiczkach przyprawy, a na półkach od góry:
  • - słodycze (na pierwszym planie hałwa i delicje ze sklepu Phoenicia (hjustończycy wiedzą co to za sklep)
  • na drugiej półce (zbliżenie na drugim zdjęciu) w koszyku przyprawy w torebkach (typu majeranek z Polski),
  • na trzeciej półce herbatki, kawa Inka, chrupki i suszone owoce,
  • na czwartej mąki, cukry i inne produkty do pieczenia, (tak- zgadza się niektóre rzeczy trzymam w pudełkach po butach i wcale się tego nie wstydzę),
  • a na podłodze na plastikowym mebelku kasze, ryże i makarony












Mamy jeszcze drugą norę, w której trzymamy alkohole (większość mamy już ze 3 lata- jakoś kiepsko nam schodzą), termosy, puszki, leki (w pudełkach po butach) i emergency prowiant jakby był na przykład hragan i nie było co jeść.




Dodam jeszcze, że jeśli chodzi o przechowywanie przypraw, to moim łatwym do spełnienia marzeniem jest taki oto gadżet z Dean & Deluca. (Lub jego tańszy odpowiednik, który trochę trzeba udoskonalić).




Zapraszam innych do ekshibicjonizmu, ale tym razem nie liczę już ani na Anię, ani na drugą Anię.

niedziela, 07 września 2008
Chleb dla Polaka w Ameryce to jeden z poważniejszych problemów. Generalnie, jeśli nie mieszka się w Chicago to z dobrym chlebem można mieć problemy. I ja takie problemy miałam bowiem chleb zawsze okazywał się albo za gąbczasty, za słodki, za suchy albo zbytnio wydziwiony. Dobry chleb można zjeść w dobrych włoskich restauracjach, no ale to tylko kawałek albo dwa, albo pięć jak jest się akurat na chlebowym głodzie.
Przez jakiś czas smakował mi chleb seeduction z Whole Foods, ale teraz nie mogę już na niego patrzeć, bo jest słodki. Sytuację amerykańskiego pieczywa ratują bułki z jalapenio, albo z green chile, no ale to akurat nie jest chleb.
Na szczęście, jakiś rok temu odkryłam piekarnię Picnic. No cóż, może strona nie jest zbyt imponująca (wygląda trochę jakby zrobił ją Borat), ale za to wiedzą jak robić chleb. Mają tam najlepszy chleb z ziarnami, najlepszy chleb sourdough i tak zwany signature bread - żurawinowo- orzechowy. 
Picnic to także jedno z lepszych miejsc na lancz. Mają tam najalepsze chicken salad sandwiches, a także pork tenderloin sandwich z pikantnym majonezem i czerwoną cebulą. Pyszota. Ciastka także są niczego sobie. Generalnie osłabiają mnie te wszystkie amerykańskie scony (szczególnie te ze Starbucksa), ale scony z Picnic-a to niebo w gębie. Szczególnie ten z jeżynami, albo z białą czekoladą i brzoskwiniami. Uhmmmm...
W okresie ciążowym chodziłam tam bardzo często na lancz. Głównie dlatego, że tam niby było zdrowiej. Teraz chodzę tam po chleb i raz w tygodniu na lancz/ randkę z mężem. Miejsce jest jednak mało romantyczne. Na skali od 1-10 powiedziałabym, że zero. No ale chodzimy, bo uzależniliśmy się od tego chleba i kanapek, a sconach już nie wspomnę.
Piekarnia jest wiecznie pełna. Po raz kolejny okazuje się, że prosty pomysł, na skromne miejsce z dobrym jedzeniem to recepta na sukces.
środa, 04 czerwca 2008
No nic się nie dzieje bo się niby pakujemy, a niby obijamy. W związku z tym, że nic się nie dzieję i nie mam niby o czym pisać (tzn. mam ale trochę mi się nie chce), zamieszczę dziś przepis na nowe odkrycie sezonu letniego - pieczone kurczacze udka w sosie z limonki z imbirem. Myślę, że swietnie nadają się także na grilla.
Na 2 osoby potrzebujemy:
  • 6 udek kurczaka;
  • sok z 4 limonek;
  • 2 łodygi palczatki cytrynowej czyli lemon grass (aż musiałam prosić o pomoc w znalezieniu polskiego tłumaczenia, bo przyznam ze nie znałam). Ja używam suszonej, bo jakoś chyba świeża jest teraz nie w sezonie bo nie mogłam znaleźć;
  • 4 małe czerwone papryczki chili. W przepisie jest, że bez pestek, ale można z pestkami, tylko że wtedy będzie piekło dwa razy. Ja zrobiłam raz z pestkami i raz bez- da się zjeść;
  • 4 kawałki świeżego, startego imbiru;
  • 4 szczypiorki (poszatkowane);
  • 2 wyciśnięte ząbki czosnku;
  • 3 łyżki stołowe miodu;
  • ździebko soli (ździebko?).
Wszystko pięknie mieszamy w celu uzyskania marynaty. Wrzucamy udka i marynujemy przez jakieś dwie godziny (tak jest w przepisie, ale ja marynowałam przez cała noc i też było dobre). No i potem pieczemy przez 45 minut w temperaturze 200C/395F.
Wydawałoby się, że taki szczypiorek pasuje tu jak świni korale, ale naprawdę powiadam wam, że to tylko złudzenie.
Przepis pochodzi z tej oto ksiązki
niedziela, 11 maja 2008
Mam w pracy co-workera (bo kolegą w sumie raczej nazwać go nie mogę), który bardzo dużo gada o jedzeniu. Jego hobby to oglądanie food channel i marzenia o własnej restauracji. Kolega pochodzi z MA, krainy znanej z dobrych ryb i innych clam chawderów. Kolega lubi eksperymentować i próbować potraw z innych części świata, czy też innych części kraju. 
Jako egzotyczna (w jego oczach) co-workerka (bo koleżanką to raczej nie chciałabym aby mnie nazywał), podkarmiam go czasem jakimiś polskimi smakołykami. Kolega zakochał się na ten przykład w barszczu Knorra (z polskiego sklepu) i w Prince Polo (z Phoenicii). Conajmniej dwa razy w tygodniu pyta się kiedy przygotuję coś polskiego i przyniosę do pracy do spróbowania. Jak do tej pory jeszcze nic mu nie przyniosłam. 
Myślę, że jakieś 2 godziny tygodniowo marnujemy w pracy na gadanie o jedzeniu. Ostatnio na przykład dzielliliśmy się wrażeniami z jedzenia Haggis, bo dałam mu namiary gdzie w Houston można ten haggis nabyć. Bo można.
Natomiast kolega ostatnio bardzo dużo opowiadał mi o beignetach. Że takie dobre, że z kawusią i że to przysmak prosto z Nowego Orleanu (New Orleans' best European tradition)  i że koniecznie trzeba spróbować. W piątek poszedł w końcu do Cafe Beignet, zakupił 8 sztuk i miałam okazję spróbować.
Smaczne, ale jakże niezdrowe.
Nie wiem czy beignety są popularne we Francji. Nigdy nie byłam. Może ktoś wie? Podobno te z NO to francuska tradycja. 
Beignet (tu jest więcej zdjęć) to taki nasz pączek. Tyle, że kwadratowy. Te, które próbowałam były bez niczego. Bez nadzienia, z cukrem pudrem i polane miodem. Smażą je na twoich oczach, więc są zawsze ciepłe. Wczoraj jadłam także beignety truskawkowe, z nadzieniem na zewnątrz, czyli polane sosem truskawkowym i lukrem. Ze szklanka mleka. Smaczne, ale jakże niezdrowe. 
Mąż twierdzi, że polskie pączki (próbował tylko te z polskiego sklepu) są o wiele lepsze. W sumie też tak uważam, ale te z nadzieniem na zewnątrz są całkiem niezłe. Smaczne, ale jakże niezdrowe.
Nasze Cafe Beignet nie jest złe. Czysto i estetycznie. Na ścianach wiszą zdjęcią z NO, grają zydeco
W związku z tym, że Ania jedzie niedługo do Nowego Orleanu proponuję śniadanie w oryginalnym, legendarnym Cafe Du Monde ('must stop'). Lokalsi spotykają się tam na pączki, kawusię i ploty. Podobno ciężko jest się tam dopchać. No ale może warto. Jak już Ania tam będzie, to prosiłabym o cynk czy mają tam beignety z nadzieniem wewnątrz, a nie na zewnątrz.
wtorek, 06 maja 2008
Kolejną noc na naszej wyprawie spędziliśmy w hotelu, który może i wyglądał jak hotel, ale też był dość kuriozalny. No ale o tym może kiedy indziej.
Jednym z plusów spania w amerykańskich hotelach są niewątpliwie Biscuits and gravy. Niektórzy już z pewnością pukają się w czoło, no ale co ja na to poradzę, że po prostu lubię? Jeden lubi kaszankę, drugi ryż z truskawkami a trzeci biscuits and gravy.
Z biscuits and gravy, a także z innymi południowymi potrawami spotkałam się poraz pierwszy zupełnie nie na południu, bo na Alasce. Pracowałam wtedy z kilkoma kucharzami z Texasu, którzy zaznajomili mnie nie tylko z pico de gallo, jambalaya i watermelon salsa, ale właśnie z biscuits and gravy. Wtedy (a było to z 8 lat temu) nie mogłam zrozumieć jak ludzie w ogóle mogą coś takiego jeść. Oczywiście nie spróbowałam, bo mnie to trochę obrzydzało.
Tak było wtedy. Obecnie, rozumiem to świetnie.
Gdy przeprowadziłam się do Houston, zaczęła się moja przygoda z wyjazdami w tak zwane delegacje i jadanie w gorszych lub lepszych restauracjach (obecnie już nigdzie nie latam). (Pragnę przeprosić tu legendarnego już Biednego Studenta i poprosić o nieczytanie, bo będzie znowu o jedzeniu). Pewnego ranka, w Dallas TX to było, zeszłam z koleżanką na śniadanie i przyuważyłam te biscuits and gravy. Koleżanka (rodowita Teksanka)  nałożyła sobie 2 i właściwie zmusiła mnie do spróbowania. I wtedy mnie oświeciło. Tyle zmarnowanych lat! Przez tyle lat nie miałam pojęcia co tracę ... I tak już mi zostało. Byłam po prostu uzależniona od biscuits and gravy.
Każdy wyjazd w delegacje miał swoje plusy i minusy. Minusy to wiadomo. Plusy, to oprócz zwiedzania za nie swoje pieniądze, także możliwość oglądania mojego ulubionego programu The Weather Channel, no i biscuits and gravy.
Ale co to właściwie są te biscuits and gravy? Mówiąc krótko jest to taka słona bułka (biscuit) czy też kawałek suchej kluchy (suchej kluchy?), polana gravy. W tym przypadku gravy to biały sos z mąki, masła i mleka z kawałkami drobno posiekanej kiełbasy i z pieprzem. Wygląda to dokładnie tak jak na zdjęciu poniżej. Niezbyt zachęcająco, ale osobiście U W I E L B I A M. Biscuits and gravy jada się na śniadanie.
Teraz już nie jeżdżę w delegacje, więc i nie jadam już biscuits and gravy z taką częstotliwością jak dawniej. Ostatni raz jadłam je pewnie z rok temu.
Należy tu dodać, że biscuits and gravy (z białym sosem i kiełbasą) to ponoć bardzo południowy 'przysmak'. Nie spotkałam się z biscuits and gravy na przykład na zachodnim wybrzeżu. Jak jest gdzie indziej to nie wiem. Wiem, że gdzieś ponoć w Indianie je się taką kluchę z sosem pomidorowym. Trudno mi to sobie jakoś wyobrazić, no ale ten sos z mleka i kiełbasy też w sumie nie jest najłatwiejszy do wyobrażenia. Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, to oczywiście polecam.





Biscuits and gravy wśród amerykańskich żołnierzy aka S.O.B.  ("shit on a biscuit"). Zdjęcie z Wikipedii.
poniedziałek, 17 marca 2008
Dzisiaj w cyklu z serii 'gdzie w Houston można dobrze zjeść' zaproponuję sposób na romantyczną i oryginalną randkę, bo przecież Walentynki już za niecały rok.
Rozmawialiśmy sobie ostatnio z dziewczynami i Wujkiem na moim innym blogu o instytucji tak zwanego Baby Shower. Co prawda notka ta nie będzie o Baby Shower, a o czymś go poprzedzającym, a mianowicie o Bachelorette Party, czy też raczej czymś bardziej spokojnym czyli Bridal Tea.
Otóż koleżanka wychodzi za mąż, i zgodnie z tradycją postanowiła urządzić imprezę. No ale w związku z tym, że nie wszyscy obecnie mogą spożywać alkohol, postanowiła urządzić Bridal Tea.
Czym jest Bridal Tea zapytają zapewne ci, którzy nie wiedzą. Bridal Tea to połączenie angielskiej High Tea z Bachelorette Party.
High Tea to właściwie po naszemu podwieczorek połączony z kolacją (wg Wikipedii). Tylko, że w odwrotnej kolejności. Najpierw kanapki, jakieś tam może jajko, zimne mięso i na zakończenie coś słodkiego. Oczywiście High Tea u angielskiej królowej jest być może bardziej wyrafinowana, no ale nie o angielskiej królowej będziemy tu dzisiaj rozmawiać.
Dodam jeszcze, że High Tea kojarzy mi się z moją ostatnią wycieczką do San Francisco podczas, której zapoznałam starszą panią z Włoch. Pani gderka narzekała na pracujace w angielskich restauracjach Polki, które ponoć nie wiedzą co to jest High Tea (dla przypomnienia pani gderki odsyłam do komiksu).
Czym jest Wieczór panieński chyba wszyscy wiedzą. Spotykają się psiapsiółki, dają w prezencie bieliznę i 'dobre rady' na udany związek. Czasem zaproszą pana 'policjanta', albo 'pizza boy-a' żeby im poskakał po pokoju w samych majtkach, albo i bez. No i oczywiście piszczą. Bez piszczenia się nie da.
Tak więc koleżanka zaprosiła mnie na Bridal Tea. Było nas kilka, w każdej inna krew. Jedna z Egiptu, druga z Australii, piąta z Albuquerque... Zaproszono nas do Kiran's (4100 Westheimer). Ach, co za lokal. Kto nie był, niech sie kiedyś wybierze, bo warto. Warto, chociażby dla tej herbaty.
Na początku podano nam Masala Chai. Ostatni raz taki chai piłam jak byłam w Indiach. Żaden chai ze Starbucks czy Whole Foods choćby nie wiem jak się starał, po prostu w niczym nie przypomina tego, który pija się w Indiach na ulicy. A ten przypomina.
Tak więc siedziałyśmy sobie i piłyśmy ten chai, a panowie kelnerzy tylko nam dolewali i przynosili zakąski. Na początek - samosy aloo (z ziemniakami, imbirem, red chilli i kolendrą), do tego czatnej z tamarynkiem i miętą.
I dolewka chai-u.
Później kebab z mango czatnej i jakiś tam wrap z baraniną.
I dolewka czaju.
Kolejna herbata- tym razem English Breakfast. Następnie kanapeczki z ogórkiem i łososiem z owocami granatu. A potem kochani, nie żartuję - przyszedł pan kelner z deserem i chyba się zebździł, bo nagle zaczęło trochę śmierdzieć.
A na deser jakieś tam ciastka. Ciastka w sumie nic specjalnego, lepsze umiem zrobić- ale nie jestem też fanką deserów, więc zbytnio mi to nie przeszkadzało.
I tak sobie siedziałyśmy, sączyłyśmy herbatkę przez kilka godzin, otwierałyśmy prezenty i radziłyśmy koleżance jak sobie wychować męża ...
Świetne miejsce na długie spotkania.
Polecam High Tea w Kiran's szczególnie jako miejsce na romantyczną i oryginalną randkę. Oczywiście taka randka wypali tylko wtedy jeśli się na nią idzie z kimś, z kim ma się o czym gadać - bo inaczej można się śmiertelnie wynudzić. No chyba, że pan kelner zafunduje nam rozrywkę z cyklu- zgadnij jaki to zapach?
wtorek, 26 lutego 2008


W dzisiejszym odcinku o houstońskich (i nie tylko) restauracjach przedstawię Hooters.
Hooters jest jedną z restauracji, która bardzo kojarzy mi się z Ameryką. Jeszcze do niedawna od czasu do czasu chodziłam tam z moją koleżanką, która niestety wyprowadziła się do Kalifornii. Siedziałyśmy sobie wtedy na ławce na powietrzu, wiatr wiał nam we włosach, pot kropelkami spływał po ramionach, a tłuste od chicken wings palce sięgały po kufel z piwem... To były piękne czasy.
Hooters jest miejscem, do którego się chodzi, ale o którym się nie mówi. Szczególnie w pracy. Znam bowiem takich, którzy mieli kłopoty za stołowanie się w Hooters podczas podróży służbowych.
Nie znam faceta, który nie lubiłby tam chodzić. Owszem, wszyscy narzekają na jak widać kiepskie menu, no ale nie oszukujmy się, panowie raczej nie przychodzą tam ze względu na chicken wings i club sandwitch. Panowie przychodzą tam ze względu na obsługę.



A obsługa The Hooters to panie w pomarańczowych szortach, białych obciasłych koszulkach, push up-ach i rajstopach serwujące panom (i nie tylko) frytki, piwo i kurczaka. Nie tylko panom, bo Hooters promuje się na family friendly restaurant, do której można przyjść już z 5 letnim synkiem.
W Hooters przeważa tak zwany styl cheerleaderki z drużyny Dallas Cowboys- czyli kobieta marzenie przeciętnego Amerykanina. Ale oczywiście nie będę wam tu mydlić oczu twierdząc, że w każdym Hooters pracują panie jak z obrazka powyżej. W wielu przypadkach możemy mówić o tak zwanych Cheerleader Wanna Bees, co kończy się na utlenionych żółtych włosach i rozmazanym makijażu.
Hooters, jak można się spodziewać ma wielu przeciwników. Większość uważa, że dysryminują nieładne dziewczęta i że nie zatrudniają facetów jako kelnerów. Na te i inne skargi, Hooters odpowiada:
Claims that Hooters exploits attractive women are as ridiculous as saying the NFL exploits men who are big and fast. Hooters Girls have the same right to use their natural female sex appeal to earn a living as do super models Cindy Crawford and Naomi Campbell. To Hooters, the women’s rights movement is important because it guarantees women have the right to choose their own careers, be it a Supreme Court Justice or Hooters Girl.
Osobiście nic do Hooters nie mam. Wydaje mi się, że będąc w Ameryce (czy też w Anglii bo podobno są już też i tam) warto zajrzeć i doświadczyć.

Więcej o Hooters do poczytania na Wikipedii.
wtorek, 19 lutego 2008
Recall to słowo, które w Ameryce słyszy się w sumie dość często. Najczęściej słyszymy o wycofywaniu z rynku (zwróceniu do producenta) wadliwych części samochodowych, baterii w laptopach, czy (co mnie osobiście nie mieści się w głowie) leków. Ten ostatni sprawia, że moje zaufanie do amerykańskiego rynku farmaceutycznego spada właściwie z roku na rok.
Ostatnio słuchałam o wycofaniu jakiegoś płynu do czyszczenia szkieł kontaktowych (nie pamiętam marki, ale było to coś nie bardzo znanego). Jakiś koleś opowiadał o tym jak z dnia na dzień tracił wzrok, i w sumie nie był świadomy przyczyny. Ostatnio HEB zrobiło recall jakichś cukierków na Walentynki.
Generalnie, w Ameryce słowo recall słyszy się dość często.
My ostatnio dostaliśmy zawiadomienie z toyoty o recallu jakiejś tam części w elektryce samochodu męża. Taki recall to w sumie może jeszcze przejść, bo przynajmniej wiadomo, że producent stara się jakoś tam trafić do końcowego odbiorcy.
Ale takie cukierki czy płyn do kontaktów? Jak znaleźć wszystkich nieszczęsnych, którzy go kupili?
W Ameryce konsument musi się zatem troszczyć sam o siebie. Jeśli nie masz telewizji, nie czytasz gazet i przegapisz wiadomość o wycofaniu jakiegoś leku, zawsze możesz wejść na specjalną stronę poświęconą recalls.
W tym tygodniu dowiesz się na przykład o największym beef recall w historii Stanów. Mowa tu bowiem 143 milionach funtów wołowiny. I tu zaczyna się moje zdzwienie, bo recall sięga wołowiny przetworzonej na hamburgery czy inne kotlety aż w 2006 roku! Wiadomo, większość tejże wołowiny została już zjedzona. Ale okazuje się, że część tego zamrożonego mięsa z 2006 roku, wraz z duchami biednych krów czai się gdzieś w lodówkach dystrybutorów.
I to mnie dziwi. Dziwi mnie, że możliwa jest sprzedaż tak starego mięsa.
Z drugiej strony dziwię się mojemu zdziwieniu, bo w sumie nie takie rzeczy już w tej Ameryce widziałam. Dodatkowo, po przeczytaniu książki Fast Food Nation właściwie nie powinnam być zaskoczona.
Jeśli chodzi o przyczynę tego skandalu to chodziło o to, że krowy w rzeźni, były za słabe aby się poruszać (tych o słabych nerwach nie namawiam do klikania na ten link), tym samym było podejrzenie że mogły być chore. Stąd ten recall. W celu sprawdzenia tych 143 milionów funtów...
W sumie, pewnie nie ma się czym przejmować. W Anglii wszyscy jedzą wołowinę z chorych krów i jakoś żyją (taki tam wyolbrzymiony żarcik), ale mimo wszystko lubię mieć świadomość że kupuję jedzenie ze sprawdzonego miejsca. Chociaż z drugiej strony, gdy w zeszłym roku był recall szpinaku to Whole Foods także wycofało swój szpinak.
Tak sobie myślę, że kiedyś to były czasu... Człowiek jeździł sam po mleko do kuzynki (osobiście nadzorował dojenie). Jajka przywoził pan Czesiek- bo miał własny kurnik. Babcia za komuny wysyłała nam szyneczki własnej roboty. Dodam, że Babcia żadnych recalli nie robiła, chociaż kto tam wie jak tam z tą czystością było.
A teraz to aż żal patrzeć. Chociaż zważywszy na to, że nie można ufać płynom do czyszczenia kontaktów, może niedługo nie będzie się juz na nic patrzyło...
sobota, 19 stycznia 2008
Pokazałam wam ostatnio jak wygląda moje miasto nocą (sorry Dominik, ale nie chcialo mi się jeszcze nagrać tego downtown, a i szyba nadal nie wyczyszczona). W mojej okolicy jest masa nie tylko barów i gay barów (w których ostatnio imprezą przewodnią jest Gay Idol- cokolwiek to jest), ale także restauracji.
Mamy świetną restaurację francuską, dobre i nie drogie sushi, restaurację śródziemnomorską, hinduską, wietnamską i parę tak zwanych up scale. Generalnie spokojnie można iść na kolację na piechotę.
Otóż okazało się niedawno, że wszystko co piękne szybko się kończy i trzeba się mieć na baczności. Mamy bowiem na lower Westheimer rabusiów. Takich prawdziwych jak z westernu. No może nie na czarnych rumakach, ale za to w czarnym pickupie. Rabusie ci czekają pod restauracjami na klientów, po czym podchodzą do nich ze spluwką i żądają pieniędzy, komórek i zegarków i złotych zębów ... Zainteresowanych odsyłam TU.
Tak więc może na jakiś czas lower Westheimer musi iść w odstawku i czas odświeżyć kubki smakowe w innych restauracjach. Tym samym, przedstawię tu kilka moich ulubionych houstońskich restauracji i wspomnę te, które należy omijać (o jednej pisałam kiedyś tu).
Dzisiaj restauracja wietnamska.
Wczoraj, wybraliśmy się do Vietopia (5176 Buffalo Speedway). Vietopia jest moim zeszłorocznym odkryciem i lubię ja coraz bardziej. Byłam tam kiedys parę lat temu, ale jakoś wtedy nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Olbrzymia sala, masa stolików i jedzenie w przystępnej cenie. Jeśli ma się ochotę spotkać ze znajomymi w miejscu, w którym można spokojnie porozmawiać to Vietopia nadaje się do tego w 100%. Jeśli chodzi o jedzenie to owszem, jest na karcie dań parę nietrafionych pozycji, ale jest też kilka takich za które można dać się pociać. Na przykład: chicken mango rolls, Vietnamese hot and sour soup (przepis na bardzo podobną zupę znalazłam tutaj) czy też coconut curry. Dla nie pijących alkoholu polecam lemoniadę. Serwis trochę ślamazarny, ale właściwie nie ma za bardzo na co narzekać. Ceny przystępne. Chodzimy tam czasem, więc polecam.
Może ktoś lokalny zna inną wietnamską perełkę?
poniedziałek, 25 czerwca 2007



Weekend jak to miało miejsce przez jakieś ostatnie 2 miesiace okazał się deszczowy. Parada gejowska, która miała być świetna, okazała się kompletnym niewypałem. Zadanie domowe z Flasha zamiast 2 godzin zajęło mi dwa dni i boli mnie nadgarstek. Od poniedziałku zatrudniamy Chinkę Czikulikulinkę, która bardzo kiepsko rozumiem.
Aby się pocieszyć wybrałam się więc na odkrywanie nieznanego.
W ten deszczowy weekend postanowiłam zaszaleć i udać się w końcu (bo odkąd tu mieszkam nie byłam) do Chocolate Bar i napchać się czekolady, za która tak naprawdę nie przepadam.
Znam paru takich, którzy bez czekolady po prostu nie mogą. Przychodzą do domu i już otwierają szuflady, przychodzą do pracy i już rabują vending machines. Jakby mogli to dziecku z ust by odebrali.
Ja słodyczy generalnie nie jem. Ze słodyczy lubię jedynie Raffaello i M&Msy z orzechami, albo z migdałami. Lubie też takie polskie ciastka- Łakotki w czekoladzie. Reszta po prstu jakoś mi nie wchodzi. Generalnie w tej Ameryce jem bardzo mało słodyczy. Kiedyś kupiłam sobie M&Msy z vending machine, ale jakiś baran wsadził je na najwyższą półkę i zanim doleciały, to się roztrzaskały. Tak więc nie kupuję. I mi nie żal. A wy jecie słodycze?
Ale w ten weekend postanowiłam spróbować czegoś innego i zabrałam Mensza na randkę do tego baru właśnie.




O Bożenku, czego oni tam nie mieli... Owoce w czekoladzie, popcorn w czekoladzie, czekoladowa cegła (pół kg czekolady z owocami i orzechami), czekoladowa pizza z 'serem' zrobionym z białej czekolady, czekoladowe numerki i literki, czekoladowe serniki. Czekoladowe gadżety czyli piguły - bo pigułkami tego nazwać nie można - na PMS, zestawy dentystyczne (czekoladowa szczoteczka i pasta do zębów), czekoladowe kajdanki, czekoladowe tatuaże (hmmm), czekoladowa klawiatura, pieniądzem młotki, motocykle, aspiryna, skrzypce i nawet krowa. Do tego można było zakupić czekoladowego szampana i czekoladowe prezenty związane z zawodem fryzjerskim, doktora i nawet rybaka.
Oczywiście w takim sklepie nie można myśleć tylko o sobie. Szczególnie jeśli przed wejściem zostawiło się psa. Dla psów też można kupić 'czekoladowe' kosteczki. I sugar free chocolate też oczywiscie była.



Ja postanowiłam spróbować lodów, bo lody jak wiadomo są dobre na ochłody. Smaki oczywiście tylko i wyłącznie czekoladowe. Ja zamówiłam sobie jakiś taki z żórawinami i migdałami i z cytrynowy z białą czekoladą.
Zjadłam jakąś 1/4, resztę wywaliłam. Niby mała gałka, a tyle tego, że można całą rodzinę wykarmić.




Miejsce oczywiście warte odwiedzenie, ale nie sądzę, że się tam jeszcze kiedyś wybiorę. Może zimą na czekoladę do picia...


 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston